Metheny to gitarzysta rozpoznawalny już po kilku dźwiękach. Wypracował własny, nie do pomylenia z nikim, styl gry. To niemało. W minioną środę, zamiast obejrzeć w telewizji mecz o mistrzostwo Półwyspu Iberyjskiego, znalazłem się, po raz pierwszy, na koncercie tego gitarzysty. Wypadało wreszcie odrobić zaległości.

[more]
Najpierw na scenie stanął jednak redaktor Marcin Kydryński. Jak to często ma w zwyczaju, głosem pełnym egzaltacji nazwał bohatera wieczoru Mozartem dzisiejszej muzyki, a zaraz potem Leonardem da Vincim, w uznaniu zasług za skonstruowanie orkiestronu. Oj, pomyślałem sobie, nie jest dobrze, bo jeszcze się nie zaczęło, a ja już nie nadążam.
Z Methenym zetknąłem się w latach 80. Wieczory płytowe Tomasza Szachowskiego w programie drugim radia, zachwyty prowadzącego nad ówczesnymi dokonaniami Mr. Pata. A ja, choć moje muzyczne zainteresowania zaczęły wtedy wykraczać nieco poza rock, jakoś nie potrafiłem się w tej muzyce odnaleźć. I tak zostało.
W domu mam tylko trzy płyty tego wykonawcy – i nigdy nie sięgałem po nie ze szczególną atencją. Teraz, przed koncertem, postanowiłem się przemóc, no bo trzeba wreszcie spróbować oswoić się z tymi dźwiękami. A tu, cholera, dalej nic. Trudno, bilety są, może iluminacja nastąpi w czasie występu.
Na pewno była to muzyka. Ładna. Za ładna. Ogród jazzowy jest ogromny. Jest w nim miejsce dla Armstronga, Ellingtona, Davisa i wielu innych, niekoniecznie tak wielkich jak wymienieni. Ale Metheny stoi zaledwie pod płotem tego ogrodu i to, zdecydowanie, z drugiej strony. To jazzowa (new age’owa?) konfekcja, z pewnością o bardziej skomplikowanej fakturze niż dokonania Chrisa Bottiego, Kenny’ego G czy Candy Dulfer, ale jednak konfekcja. Zamiast w sklepie z soczystym mięsem i wędlinami, stoimy pod wystawą sklepową pośledniej firmy cukierniczej. Jest kolorowo i mdło. Nie bez powodu wymieniłem wyżej saksofonistów i jednego trębacza, bo właśnie saksofonista, Chris Potter, grał wczoraj szczególnie na okrągło i w sposób do bólu przewidywalny. Saksofon tenorowy, zajechany do imentu przez dziesiątki lat w różnych produkcjach rockowych i popowych, nie powinien tak brzmieć na koncercie o większych, zdaje się, aspiracjach. Jak bardzo chciałem, by zamiast kolejnej nudnej solówki saksu, powietrze przeciął dźwięk trąbki klasy Stańki. Żebyśmy choć na moment unieśli się w powietrze. Ale nic z tego.
Gitara nie jest moim ulubionym instrumentem jazzowym. Metheny tylko mnie w tym nieulubieniu upewnia. Zamiast jego pitolenia (zgoda, z wielką znajomością przedmiotu, ale co z tego?) lepiej wrzucić do szufladki odtwarzacza Kenny’ego Burrella.
Dawno nie uczestniczyłem w koncercie, którego emocje prawie w ogóle – poza może dwoma, trzema fragmentami – mnie nie dotknęły. Bo te emocje w bielskiej hali były, o czym świadczyła gorąca reakcja większości widowni, łącznie z owacją na stojąco. Niestety, widać jestem impregnowany na tego typu doznania, nie rozumiem ich, mój robotniczo-chłopski w korzeniach umysł nie jest w stanie tego ogarnąć. Przykro mi, ale jak ta muzyka ma zachwycać, skoro nie zachwyca?
Polska jest sporym rynkiem muzycznym, zwłaszcza jeśli spojrzymy tylko na Europę. I nawet gdy wziąć poprawkę na fakt, że płyty sprzedają się tu coraz słabiej. Nie można mieć za złe artyście, że ze szczególnym upodobaniem odwiedza te miejsca na świecie, gdzie przyjmowany jest najcieplej, że tam (czyli tu, w Polsce) gra mu się najlepiej.
Trudno oprzeć mi się wrażeniu, że Sławianie, my lubim sielanki. Że mamy swoje wynalazki, których fenomen mało gdzie na świecie rozumieją. To też jeszcze nic złego. Gorzej, jeśli świat ma rację, a my jesteśmy w błędzie i – rozkochani – zupełnie tego nie dostrzegamy. Przykłady? W literaturze William Wharton, grafoman, któremu zdarzyło się napisać dwie-trzy niezłe książki. Marillion – obrzydliwy, moim zdaniem, plagiat starego Genesis, nudny i wtórny, zespół kochany nad Wisłą jak nigdzie indziej.
Metheny jest dla mnie kolejnym takim wynalazkiem. Zdaję sobie sprawę z tego, że osiemnastokrotnie nagrodzonym Grammy. Nigdy nie lubiłem niemieckiej elektroniki, nudzili mnie Oldfield i Vollenweider, a tych klimatów wyczuwałem wczoraj znacznie więcej niż jazzu. Mniejsza o definicje, po jakie licho ja ciągle o tym jazzie? Ale prędko do Metheny’ego nie wrócę. Na świecie tyle jest pięknej muzyki, po co więc katować się czymś, co nie sprawia absolutnie żadnej przyjemności?
