Przez parę lat w pocie czoła budowano w Polsce stadiony na Euro 2012. Za miesiąc (piszę te słowa 9 czerwca) będzie już po wszystkim – mistrzostwa starego kontynentu w piłce kopanej przejdą do historii, a stadiony opustoszeją. Ile trzeba będzie czekać, by zagrały na nich równie wielkie piłkarskie gwiazdy?

[more]
Mam nadzieję, że te piękne obiekty nie będą stały całymi latami puste i niszczały. Że staną się arenami wspaniałych koncertów rockowych. Chyba że się mylę, a występy zagranicznych gwiazd nadal organizowane będą w miejscach, gdzie wygodnie się siedzi, z każdego miejsca dobrze widać i słychać – czyli na warszawskim Bemowie, poznańskiej Malcie czy w Stoczni Gdańskiej.
Jako zawistny Ślązak powinienem sobie życzyć, by nowe stadiony zarosły trawą, a jedyną sensowną areną koncertów był nadal Stadion Śląski (póki co – ciągle w remoncie, którego końca nie widać). Ale zawistny i głupi, mam nadzieję, nie jestem. I zastanawia mnie jeszcze jedno: czy w sporym europejskim kraju nie ma miejsca na więcej niż jeden koncert w trasie wielkiego wykonawcy (Rolling Stones, U2, Pearl Jam)? Czy naprawdę nie wypełniłyby się stadiony np. w Warszawie i Gdańsku, czy fani muszą czasem przebyć kilkaset kilometrów – drogami krajowymi, dodajmy, a nie autostradami – zarwać dwie noce, brać urlopy w pracy – by zobaczyć ukochanego artystę?
Argument, że obcowanie ze sztuką wymaga poświęceń, wydaje mi się niedorzeczny.
Jest taka anegdota związana z Józefem Brandtem, malarzem polskim żyjącym na przełomie XIX i XX wieku. Otóż wymyślił on sobie kiedyś, że namaluje Chrystusa. Ale, malując Boga, nie może przecież pracować w ten sam sposób, jak w przypadku innych obrazów. To coś wyjątkowego – pomyślał – więc będę malował na kolanach.
No i maluje. Mija tydzień, dwa. Praca słabo posuwa się naprzód. Kolana bolą, jest – ogólnie – niewygodnie. I oto którejś nocy przyśnił się malarzowi Chrystus, który powiedział: Ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze!.
Może więc ze sztuką lepiej obcować, gdy jest się jeśli już nie wypoczętym, to przynajmniej nie bardzo zmęczonym? Na przykład po całodniowej jeździe samochodem, bez snu, prysznica. Z kiełbasą na papierowej tacce, piwem w plastikowym kubku i tojtojem pod stadionowym ogrodzeniem. Z perspektywą upojnej nocy w drodze powrotnej.
Sam – i wiem, że nie ja jeden – rezygnuję z takich eskapad na drugi koniec Polski. To duży wysiłek organizacyjny i finansowy. Jestem przekonany, że myślący i postępujący podobnie jak ja szczelnie wypełniliby drugi, a – kto wie? – może i trzeci stadion między Odrą a Bugiem na koncercie swego ulubionego wykonawcy.
*
A póki co jest tak, że na Malcie zagra Faith No More (tak, wiem, że to Malta Festival), a na Bemowie Red Hot Chili Peppers. Czy należy stąd wyprowadzić wniosek, że stadiony są za drogie dla organizatorów koncertów? Ale za to odpowiednio tanie, by stać kompletnie bezużyteczne?
