Na pięć spotkań przed zaśnięciem

Euro wkracza w decydującą fazę. Po dwóch pierwszych ćwierćfinałach, zwycięstwach faworytów, już wiadomo, że w czwórce najlepszych nie będzie żadnych przypadkowych gości. W ogóle, jeśli popatrzeć na europejską piłkę w przekroju ostatnich lat, to wśród ćwierćfinalistów brakuje mi jedynie Holendrów. Ale, jak wiadomo, układ był taki, że albo oni, albo Portugalczycy – i tym razem pomarańczowi dali ciała nie mniejszego niż panowie z orzełkiem na piersi.

[more]

Hiszpania-Francja to mecz, który mógłby być finałem tej imprezy. Ale powoli, ani jedni, ani drudzy dotąd nie zachwycili. Francuzi – wydaje się – wydostają się z kompromitującej zapaści, ale w którym miejscu tej drogi są dziś, trudno powiedzieć. Hiszpanie, o których do niedawna miałem podobne zdanie jak o Anglikach (że nigdy nie sięgną po najwyższe laury), jednak pokornie odrobili lekcje prowadzone od mniej więcej dziesięciu lat przez najlepszych najemników w Realu i Barcy – i stali się klasowym zespołem, z którym każdy dziś może przegrać. I który, co byłoby czymś zupełnie niesamowitym, może wygrać trzecią wielką imprezę z rzędu.

Włochy-Anglia to ciekawa para, choć przyszłego mistrza tu bym nie wypatrywał. Mimo różnych wpadek w bliższej i dalszej przeszłości, obie drużyny zawsze budziły respekt i, zwykle, ogrywały przeciwników. Wyspiarzy nie lubię, bo grają futbol schematyczny, zawsze taki sam, pozbawiony iskry geniuszu, choć za sprawą przygotowania fizycznego – wystarczający na większość rywali. Włosi są natomiast mistrzami świata boiskowej prowokacji (któż nie pamięta czerwonej kartki Zidane’a po „zagraniu” Materazziego?). Jeśli akurat nie da się wjechać w kości tak, by sędzia nie widział, to zawsze jeszcze można rywala pozdrowić w narzeczu, które znane jest obu stronom. Więc jeśli Włosi pierwsi strzelą bramkę, ujrzymy to, co już dobrze znamy: podejmowanie rywali na własnej połowie, grę z groźnej kontry i – do perfekcji opanowane sposoby, by sędzia pokazał kartoniki paru Anglikom, może nawet  trafi się jakiś czerwony.

Kto mistrzem? Portugalia chyba nie, choć ma w składzie Cristiana Ronaldo, który znajduje się u szczytu swych możliwości, a te są wielkie. Można go nie lubić – za płaczliwy wyraz twarzy, za to, że wie, iż jest świetny, ale to dzisiaj piłkarz kompletny. Umiejący pociągnąć drużynę do natarcia, znakomicie strzelający z dystansu i głową w polu karnym, kręcący obrońcami drużyny przeciwnej i, co najistotniejsze, mimo starannej ich asysty, ciągle znajdujący piłce drogę do siatki. Tylko czy cała reszta drużyny jest dostatecznie dobra? Osobiście wydaje mi się, że nie. Że Portugalczykom zawsze będzie czegoś brakować, by wygrać ME lub MŚ.

Zostają więc Niemcy. Długo grali z Grecją jak Polacy. Prowadzili 1-0 i nie wykorzystywali wielu sytuacji strzeleckich. Ale to, co odróżnia ich od naszych kopaczy, to postawa po stracie gola. Rodzimi futboliści stanęli, zaś Niemcy, rozsierdzeni, w kilkanaście minut pokazali Grekom, kto tu rozdaje karty. Tylko czy w meczu z na przykład Hiszpanią można sobie pozwolić na marnowanie tylu znakomitych okazji? I czy można wygrać wszystkie mecze w turnieju, co od lat nikomu się nie udaje?

W sumie Euro okazuje się imprezą ciekawą, pada – w odróżnieniu od ostatniego mundialu – całkiem sporo bramek. Gospodarze co prawda już nie grają, ale my, Polacy, niestety wstydzić się musimy nadal. I to bardzo. Za stan murawy w stolicy i w Gdańsku, który przywodzi na myśl stadiony krajowej drugiej albo trzeciej klasy rozgrywkowej. Realizator transmisji telewizyjnej meczu półfinałowego w Warszawie zdecydowanie powinien oszczędzić nam widoku z kamery zawieszonej nad środkiem boiska.


Dodaj komentarz