Muzyka i sport, duch i materia

Są sprawy z gatunku tych, na które mamy wpływ, i takie, na które wpływu nie mamy. Nawet Chrystus, zaczepiony przez matkę na weselu w Kanie Galilejskiej, że gospodarzom brakło wina, w pierwszym odruchu odparł: Czy to moja lub twoja sprawa, niewiasto? Od lat staram się zachowywać zdrowy dystans do wydarzeń sportowych, przekonując siebie, że w żaden sposób nie wpływają one na moje codzienne życie. A jednak czegoś żal, jak śpiewał Ryszard Riedel.

[more]

Bo sukcesy sportowe rodaków łączą ludzi, dają tak potrzebne –  od czasu do czasu – poczucie wspólnoty. Polski naród – by użyć bogoojczyźnianej frazy – tak bezlitośnie traktowany przez historię, potrzebuje wzmocnień pozytywnych, tego, by nasi wygrywali. By dokopali sąsiadom, pokonali pozostałych. Dopóki piłka w grze, mamy poczucie, że jesteśmy razem. Oflagowane samochody, knajpy, balkony. Biało-czerwona über alles.

Gdy rozlega się ostatni gwizdek sędziego – najczęściej przychodzi nam w złości, bezsilnej i pełnej niemocy, rozejść się do własnych obowiązków, skończyć święta i wrócić z podkulonymi ogonami do powszedniości. A to przecież nie nastraja optymistycznie, to denerwuje. Znów te pytające spojrzenia żony/męża, problemy z dziećmi, czepiający się szef, głupi kierowcy na drodze, rosnące ceny. Pospolitość skrzeczy.

Znamienne, że wydarzenia sportowe o wiele przyjemniej przeżywać stadnie – być na meczu, zasiąść w pubie, strefie kibica lub chociaż z sąsiadem lub bratem przed telewizorem. Komentować na gorąco. Jaki sens ma okrzyk skierowany do pustych ścian: Co oni, k…, robią?!

Z muzyką jest inaczej. Muzyka jest o wiele bardziej intymnym doznaniem. Może dlatego, że dotyka czegoś takiego jak wrażliwość. Płyt najlepiej słucha się w samotności, wtedy nuty docierają do nas najpełniej. W zupełnej ciszy, bez zajmowania się czym innym (choć to akurat nie zawsze jest możliwe).

I, niejednokrotnie, dopiero z tymi utrwalonymi w głowie dźwiękami idziemy na koncert ulubionego wykonawcy. Niby w stadzie, ale jednak osobno, pojedynczo. Reagujemy wspólnie – oklaskami, owacjami lub gwizdami – ale przeżywamy nuty docierające do uszu, każdy ze słuchaczy, oddzielnie. Wspaniale jest poczuć, że moje wzruszenia są także wzruszeniami ludzi siedzących lub stojących obok. W szczególnych momentach, na koncertach najwspanialszych – mówimy o magii. O tym czymś, co płynie ze sceny, ogarnia wszystkich słuchających i wraca do muzyków. Cudowne sprzężenie zwrotne, które unosi nas nad ziemią.

Czyli – konkluduję –  sport jest rozrywką ubogich, wyzwalającą dość pospolite emocje, muzyka zaś to wyższy stopień wtajemniczenia, dostępny tylko wybranym – ? Nawet jeśli przyjmiemy, że jest tak rzeczywiście, to przecież historia całkiem sporo notuje przypadków, kiedy nawet intelektualiści oddają się tej plebejskiej rozrywce, okazując się czasem wręcz fanatycznymi kibicami.

I nic w tym złego. Mieszanie się w życiu tego, co wysokie i co niskie, dokonuje się bezustannie. Jestem pewien, że mnóstwo wspaniałych pomysłów zrodziło się w głowach ludzkich zaraz po zwróceniu ciężaru naturze. By duch mógł wznosić się w górę, materia nie powinna ciążyć.


Dodaj komentarz