O piłce w rytm marsza żałobnego

Trochę już chodzę po tym świecie, sporo więc – również jako kibic – przeżyłem. Pamiętam złoty medal piłkarzy na olimpiadzie w Monachium w 1972 roku. Pamiętam eliminacje do MŚ w 1974. Mecz z Walią w Cardiff na początek, w którym przegraliśmy 0-2, a Jan Ciszewski po skończonym boju wypowiedział prorocze słowa: Dopóki piłka w grze…

[more]

Wtedy nauczyłem się wierzyć, że w sporcie, podobnie jak w innych sferach życia, zdarzają się miłe niespodzianki i piękne, nieoczekiwane chwile. Po słabych występach, jak dwa pierwsze remisy z Kamerunem i Włochami w 1982, zdarzyło się drugie 45 minut meczu z Peru, w których rywale zostali zmieceni z boiska (5-1), a potem wspaniałe 3-0 z Belgią – i te dwa mecze na światowym poziomie wystarczyły, by zdobyć trzecie miejsce na hiszpańskim mundialu.

Ostatni piłkarski cud w strojach narodowych miał miejsce przed finałami w Korei, kiedy po latach posuchy daliśmy radę wysoko wówczas notowanym Norwegom i zawsze groźnym Ukraińcom.

Nigdy nie zasiadałem przed telewizorem (jeśli już zasiadałem) z brzydkim pragnieniem A niech tym naszym niedołęgom dokopią! Wciąż w sercu kibica tli się nadzieja, że może tym razem będzie inaczej, lepiej. Takie magiczne myślenie, o którym kiedyś pisał zdruzgotany Adam Michnik, mając na myśli intronizację Henryka Walezego albo Korybuta Wiśniowieckiego. A pisał to przy okazji wyborów prezydenckich w 1991 roku, kiedy do drugiej tury, obok Lecha Wałęsy, wszedł – zamiast Tadeusza Mazowieckiego – człowiek znikąd, facet z czarną teczką – Tymiński (krążył wtedy dowcip: Co Tymiński ma w teczce? Podręczniki do technikum dla Wałęsy).

No właśnie. Patrząc na grę reprezentantów Polski w drugiej połowie pojedynków z Grecją i Czechami, miałem wrażenie, że – z zachowaniem oczywiście proporcji – chyba podobnie było z klęskami Rzeczpospolitej w przeszłości. Wszyscy widzieli, co się dzieje, że zmierza to do nieuchronnej katastrofy – i jednocześnie nikt nic nie robił. Żadnej mocy sprawczej, by podjąć próbę ratowania się przed upadkiem, raczej wypisana na twarzach ochota do jak najszybszego zejścia ze sceny (z boiska). Ewentualnie, jak Radziwiłłowie, zdradziecka chęć, by ułożyć się z mocniejszym przeciwnikiem i wytargać dla siebie postaw czerwonego sukna. Dziś już nie ma chętnych do szarży ułańskiej w ostatnich minutach meczu. Został tylko gest Rejtana, czyli rozdarty t-shirt pijanego kibica w pubie po meczu.

Ale za to, gdyby można było toczyć rozgrywki dalej, po dziewięćdziesiątej minucie, my byśmy im wszystkim, zaborcom i okupantom, pokazali. Do butelek po powerade nalali „Zdroju Jana” z rozpuszczonymi tabletkami na przeczyszczenie, w nocy wymalowali linie pola karnego na dwudziestym metrze, sędziemu do kieszonki włożyli tylko czerwone kartki. O tak, w tym bylibyśmy dobrzy. Najlepsi. Co najmniej na Starym Kontynencie.



Dodaj komentarz