Tereny wystawowe Expo z końca XIX wieku w Pradze, a na nich specjalnie na tę okoliczność powstała fontanna zaprojektowana przez Františka Křižika. W ostatnich latach dołożono jeszcze reflektory – i w tym koszmarnym połączeniu secesji z demoludową zabudową barakowo-betonową od pewnego czasu odbywają się… No właśnie, co to jest? Organizatorzy nazywają to szumnie spektaklami wody i światła.

[more]
W czasie kilkudniowego pobytu w Pradze mieszkaliśmy z żoną w hotelu na peryferiach miasta. Zbyt daleko, by wypuścić się wieczorem na jeszcze jedną przechadzkę po stolicy Czech. Z braku lepszego pomysłu – wraz z całą grupą jedziemy więc na 22.00 na ów „spektakl”. Wszelkie nasze przypuszczenia potwierdzają się jeszcze przed wejściem na widownię, bowiem uszy załapują się na końcówkę poprzedniego pokazu (te odbywają się co godzinę). Oj, chyba będzie naprawdę źle – kicz zatriumfuje w pełni – wizualnie i słuchowo.
Na widowni głównie Polacy, podobno właśnie my jesteśmy głównymi konsumentami tego czegoś. Czy komercyjne stacje telewizyjne kompletnie wyprały nam już mózgi, że gawiedzi podoba się to, co kolorowe, mieniące się i niewymagające absolutnie żadnego wysiłku intelektualnego? Woda leje się z rurek w różnych kierunkach, trochę wyżej lub trochę niżej, raz na lewo, raz na prawo. Zmieniają się barwy. Po minucie wiadomo już wszystko, a tu przed nami jeszcze trzy kwadranse. Takie to w swych korzeniach rodem z najniższej półki rozrywki niemieckiej. To, co od biedy można nazwać obrazem, stanowią fragmenty filmu rzucane na ekran utworzony ze strumieni wody. Jakość kiepska, podobnie jak dźwięku, który dobywa się ze sprzętu dość pośledniej klasy.
I w tym miejscu zaczyna się robić znacznie przyjemniej. Streep i Brosnan nie mówią bowiem po czesku, a po angielsku, a warstwę muzyczną pokazu stanowią piosenki z filmu Mamma Mia, czyli przeboje Abby. Dobrze więc trafiliśmy, bo ilustracji muzycznych wodnych przedstawień jest więcej,
Abby w takiej dawce miałem okazję posłuchać po raz pierwszy od wielu lat. Mój dawny sentyment do Szwedów nigdy nie wygasł, a w trakcie tej imprezy pomyślałem sobie o takim trójkącie: Beatles – Electric Light Orchestra – ABBA. Drudzy inspirowali się pierwszymi, Jeff Lynne zawsze przyznawał się do wielkiej fascynacji dokonaniami czwórki z Liverpoolu. ABBA zaś, choć najbardziej popowa – była jednak zespołem o wielkiej kulturze muzycznej, brzmieniowo bardzo od ELO, śmiem twierdzić, nieodległej. Zarówno wykonawczej, jak i kompozytorskiej i aranżacyjnej.
Choć po latach czuje się w tych nagraniach patenty z lat 70., nie sposób nie docenić bogactwa brzmieniowego i mnóstwa świetnych i pięknych pomysłów melodycznych i harmonicznych zawartych w kolejnych przebojach. To pop, który wypływa jeszcze wartkim strumieniem z głów utalentowanych ludzi, a nie bezdusznych komputerów pełnych plastikowych brzmień.
Pamiętam, jak w 1977 roku byłem rozczarowany, że w segmencie tzw. muzyki dyskotekowej Abbę detronizuje Boney M., typowy niemiecki produkt w landszaftowatym, cukierkowym opakowaniu.
ABBA się broni – różnorodnością i szlachetnością muzycznych rozwiązań, bezpretensjonalnym ciepłem dwóch damskich głosów, solidnym aparatem wykonawczym. Dla pierwszych roczników sześćdziesiątych (i chyba nie tylko) Szwedzi są wspomnieniem szkolnych zabaw i pierwszych prywatek. Są też chwalebnym wyjątkiem w dziejach festiwalu Eurowizji – ich triumf w 1974 roku, piosenką Waterloo, był początkiem autentycznej, wielkiej kariery.
Powtórzę za Markiem Niedźwieckim: kochajmy Abbę. Bo na to zasługuje.
