Polanie

Myślę, że z Polanami – w polskim wymiarze – jest jak z Chuckiem Berrym. Nie byli pierwsi, wzięli się przecież z Niebiesko- i Czerwono-Czarnych (a przed nimi był jeszcze Rythm and Blues z Bogusławem Wyrobkiem), ale od nich zaczyna się między Bugiem a Odrą granie dorównujące ówczesnym anglosaskim dokonaniom.

[more]

Początki były niełatwe, nagrania radiowe, choć słychać już w nich niezłe możliwości muzyków, w gruncie rzeczy brzmią archaicznie – od strony kompozycji i realizacji nagrań bardzo jeszcze nieporadnie. Rozwój następował jednak błyskawicznie. Trasa z The Animals po Polsce, koncerty w klubach Danii i, przede wszystkim, NRF, gdzie wygrali w 1966 roku festiwal (w Hamburgu). Po nim przez pół roku występowali  co wieczór w różnych klubach, grając najlepszy wtedy repertuar z okolic bluesa, rocka i czarnej muzyki. Możliwości warsztatowe poszybowały wysoko w górę, kwintet zarobił też na wspaniały w polskich warunkach sprzęt.

Gdy wrócili do kraju, nagrali LP. Siedem kawałków na pierwszej stronie po polsku i pięć coverów po angielsku na drugiej. I wszyscy dotychczasowi ich prześmiewcy zostali z otwartymi ustami. Był już co prawda Niemen, ale on przecież nawiązywał bardziej do czarnych, Charlesa, Browna i, przede wszystkim, Reddinga, jednak właśnie oni tak dosypali do pieca, że aż trudno było uwierzyć, iż to grają Polacy. Granicząca z wirtuozerią sprawność wszystkich pięciu członków zespołu (braci Bernolaków, Wandera, Nebeskiego i Puławskiego), całkiem niezły wokal tego ostatniego, jego gitarowe solo w znakomitym Nieprawda, nie wierzę do dziś robi olbrzymie wrażenie. Pełne zawodowstwo.

Potem ukazała się jeszcze mała płyta, tzw. trójka, z dwoma utworami z repertuaru The Artwoods (zespół Arta Wooda, w którym na klawiszach grał Jon Lord) i Georgią Raya Charlesa. Była w prostej linii kontynuacją drugiej strony longa, nie pozostawiając wątpliwości co do umiejętności muzyków. I…

Coś się stało. Jeszcze do zespołu dołączył Wojciech Gąssowski (wokal), co było dziwne, zważywszy że dalej przecież pozostawał w składzie Piotr Puławski, ale niebawem wszystko się rozleciało. Nebeski  powołał do życia grupę O, która przekształciła się w ABC, a reszta zniknęła ze sceny. Wander prowadził przez wiele lat klub muzyczny w USA, w którym dla polonusów grały kolejne pokolenia rockmenów polskich. To był pierwszy taki przypadek w Polsce, że świetni muzycy tak nagle i bezpowrotnie zamilkli. Wielka, wielka szkoda.

Polanie byli ze mną zawsze. Miałem sześć lat, gdy ich płyta pojawiła się w domu. Ja rosłem, a te nuty ciągle głębiej wchodziły mi do głowy. W połowie lat 80. Polskie Nagrania wydawały serię reedycji płytowych, krążków z lat 60. i początku 70., łącznie dwadzieścia pięć płyt, i znalazło się w niej oczywiście miejsce na Polan. Kupiłem więc ustereofonicznioną wersję, a przede wszystkim – nowy egzemplarz płyty. I dalej jej słuchałem z niesłabnącą przyjemnością. A parę lat temu przyszła wreszcie kolej na CD. Jedyny krążek, do którego miałem dostęp przez całe życie. Jeden z tych, do których ciągle chcę mieć dostęp, do których wciąż wracam.

Nie wiem, nie rozumiem, dlaczego nagrania Polan nie pojawiają się od czasu do czasu na antenie Trójki, choć w pełni na to zasługują. Ale już się temu nie dziwię, z biegiem lat mam świadomość, że dotyczy to nie tylko tej grupy. W swej zarozumiałości będę się jednak upierał, że to ja mam rację, że Polanie wielkim zespołem byli. Że Tadeusz Nalepa mocno zerkał na początku istnienia Breakoutów w ich stronę. Że to od nich zaczęło się w Polsce porządne gitar łojenie, zaczął bezkompromisowy, nowoczesny  rock’n’roll. Że.

Szkoda, że zostało po nich tak niewiele, a w tej niewielkości jeszcze mniej materiału oryginalnego. Ale dobrze, że zostały te nagrania. Artyści przechodzili do historii za sprawą jednej książki, jednego obrazu, jednej płyty. Tak właśnie jest – z zachowaniem proporcji, w skali polskiego rocka – z Polanami.