Cover to Cover: Robert Johnson i The Jeff Healey Band, Stop Breakin’ Down

W ścisłym związku z wpisem o „Klubie 27” rozpoczynam dziś nowy cykl. Nie jest to, mam nadzieję, strzelanie do własnej bramki. Bo choć upieram się raz po raz, że rokendrol to muzyka oryginału, jednak roi się w niej od kolejnych wykonań bardziej i mniej znanych utworów. Kolejnych wykonań nieraz bardziej znaczących od pierwowzoru. Dla mnie istotnym wyróżnikiem będzie odmienność wersji, ale nie zawsze i nie tylko to.

Na pierwszy ogień – coś z samego początku.

[more]

Cover to Cover

to tytuł albumu Jeffa Healeya z zespołem (1995). Skoro stąd zaczerpnąłem tytuł cyklu, to wypada zacząć od niego. A na wymienionym krążku mamy nowe wersje piosenek W. Dixona, Creedence Clearwater Revival, Cream, Beatles, Led Zeppelin czy J. Hendriksa. Oraz Roberta Johnsona, urodzonego w 1911 roku czarnego bluesmana, którego wykonania i sposób gry na gitarze wywarły wielki wpływ na dzieje bluesa i rocka.

Wydawałoby się, że

romansowanie z mężatką

jest bezpieczniejsze niż z panną. Ta ostatnia przecież może chcieć wszystkiego i od razu, zamężna pani, sama świadoma pewnych ograniczeń, zwykle jest ostrożniejsza w żądaniach. Co jednak zrobić z zazdrosnym mężem? Dziś już nie dowiemy się, kto przygotował, kto podał do wypicia truciznę, a kto chciał – i czy rzeczywiście – go przed tym powstrzymać: kochanka czy jej mąż? Dwudziestosiedmioletni Robert wyzionął ducha, ale jego – siłą rzeczy niedoskonałe technicznie – nagrania parę dziesiątków lat później wywarły wielki wpływ na kilka pokoleń gitarzystów.

W 1961 roku ukazał się album King of the Delta Blues Singers zbierający piosenki Johnsona, zdaniem wielu – jeden z najlepszych albumów bluesowych w historii.

Jeff Healey

też już, niestety, nie żyje. Ten Kanadyjczyk urodził się w 1966 roku, a jako roczne dziecko stracił wzrok. Mimo to bardzo szybko nauczył się grać na gitarze i trąbce. Tę pierwszą trzymał płasko ułożoną przed sobą, co – przy wspaniałej technice – pozwalało mu osiągać wyjątkowe efekty brzmieniowe.

Już jako nastolatek stał na czele własnego tria, szybko zyskując opinię wirtuoza. Występowali z nim B.B. King, Steve Ray Vaughan, Mark Knopfler, George Harrison, Eric Clapton, Buddy Guy, Ian Gillan czy ZZ Top.

Był zapalonym kronikarzem, zgromadził olbrzymią płytotekę klasyków bluesa i jazzu. Posiadał ponad trzydzieści tysięcy płyt (!) nagranych jeszcze na 78 obrotów na minutę.

Tak jak nowotwór odebrał mu wzrok, nie pozwolił również dożyć czterdziestych drugich urodzin. Healey zmarł w marcu 2008 roku.



Blues molowy o „Klubie 27”

Klub powstał dawno temu, ma otwartą formułę i doczekał się nawet własnego artykułu w Wikipedii. Kilkoro jego członków wywarło wielki wpływ na muzykę rockową. Wpływ zdecydowanie artystyczny, aczkolwiek niehigieniczny tryb życia i przedwczesna śmierć stanowią nierozerwalną część ich legendy.

[more]

Bezmyślność i okrucieństwo losu zawsze towarzyszyło ludzkiemu istnieniu. Zawsze też informacje o śmierci ludzi znanych, popularnych, lubianych rozpalały głowy i prowokowały do dyskusji. Chcesz stać się legendą? Umrzyj, najlepiej młodo.

Na jedyny taki w historii,

rokendrolowy ferment

– końca lat 60. i początku 70. – złożyło się parę czynników. Pokoleniowy – wejście w czas dorosłości ludzi niepamiętających drugiej wojny światowej. Polityczny – konflikt w Wietnamie, w który zaangażowane były USA i Wielka Brytania. W pierwszym przypadku skutkowało to tysięcznymi powołaniami do armii, wyjazdem na azjatycki front i, w stanowczo zbyt wielu przypadkach, powrotem do ojczyzny w trumnie lub na wózku inwalidzkim.

Kulturowy, artystyczny – rokendrol osiągnął dojrzałość. Do lamusa odchodziły dwuipółminutowe piosenki o miłości chłopca do dziewczyny zilustrowane dość nieporadnym, amatorskim potraktowaniem instrumentów. Wokół tej niewiarygodnie szybko dojrzewającej muzyki skupiło się mnóstwo zjawisk. Rock stał się

sposobem na życie.

Dla wybranych na scenie, dla większości – wokół niej. Dla wszystkich – sposobem na ucieczkę. Od nudy, norm społecznych, zastanego porządku. Sposobem na odreagowanie. Także – za sprawą używek. Najwyższe wzloty artystyczne przeplatały się więc z ludzkimi upadkami.

Aż wreszcie w sidła śmierci, co było nieuchronne, zaczęli wpadać ci najwięksi. Oklaskiwani przez miliony, kochani, uwielbiani. Tak się złożyło, że w ciągu trzydziestu dwóch dni 1970 roku pożegnało się z tym jedynym znanym nam światem trzech znakomitych wykonawców, rok z niewielkim okładem wcześniej zmarł członek jednej z najsłynniejszych grup nie tylko tamtych czasów, a w lipcu 1971 przez „drzwi percepcji” przeszedł kolejny z największych.

Alan „Blind Owl” Wilson, współzałożyciel Canned Heat, przedawkował 3 września, Jimi Hendrix – 18 września, Janis Joplin – 4 października 1970 roku. 4 lipca 1969 wyciągnięto z jego prywatnego basenu martwego Briana Jonesa, dopiero co wyrzuconego z The Rolling Stones. Niemal równo dwa lata później, 3 lipca 1971 w Paryżu, znaleziono w wannie nieżywego Jima Morrisona. Dwa lata, pięć trupów z najwyższej rokendrolowej półki. Wystarczy?

Bluesowo-rokendrolowy pokój w „Klubie 27”

otwarł jednak wiele lat wcześniej, bo w 1938 roku, uważany za pioniera współczesnego łojenia Robert Johnson. Genialny Murzyn, na którego wciąż powołują się najwięksi z największych gitarzystów.

„Klub 27” to umowne i bardzo pojemne hasło. Miejsce, do którego w ostatnim dwudziestoleciu wejściówki otrzymali Kurt Cobain i Amy Winehouse. Lecz przecież śmierć zagościła wśród rokendrolowców tak samo, jak w każdym innym środowisku. A właściwie zdecydowanie wyraźniej, bo ludzie związani z tą muzyką – jak to zwykle z niepokornymi artystami bywa – byli i są bardziej skłonni niż przeciętni śmiertelnicy smakować życie we wszelkich jego przejawach. Także takich, kiedy bezustanne balansowanie na cienkiej i kruchej granicy kończy się jego – życia – utratą.