Miejsce, w którym zakrzywia się czas

Każda doba ma dwadzieścia cztery godziny, każdy rok dwanaście miesięcy. A jednak, mimo tej bezwzględnej i upiornie działającej matematyki, pewne rachunki i wyliczenia – dokonywane na własny użytek – czasem (nomen omen) zadziwiają.

[more]

I tak oto konstatuję, że pierwszy zakup płytowy, jakiego dokonałem, od pierwszego nabytku CD (Pearl Janis Joplin) dzieli raptem trzynaście lat – 1977 i 1990. Od tamtej pory mijają dwadzieścia trzy lata i może tylko obecność w domu dwóch facetów wyższych ode mnie o pół głowy dowodzi poważnych zmian, jakie w tym okresie się dokonały. Jak to zdążyłem, za przeproszeniem, się posunąć.

W 1977 nie byłem nawet absolwentem szkoły podstawowej, zaś w 1990 żonatym od trzech lat facetem, z żoną w mnogiej ciąży. Za sobą miałem trzy szkoły, dwie zmiany adresu i pierwsze rozczarowania dorosłego człowieka. Cały ogrom zdarzeń.

Z jednej strony pojawienie się dziecka, a cóż dopiero dwojga naraz, wywraca świat do góry nogami, a z drugiej – właściwie nie dzieje się już w życiu nic, co mogłoby się równać siłą doznań z okresem dzieciństwa i młodości.

Więc niby jest bardziej liniowo, a jednocześnie – w tej liniowości – czas zdaje się poruszać ruchem jednostajnie przyspieszonym. Dni, tygodnie i lata pędzą coraz bardziej naprzód, zupełnie oszalałe. Na łeb, na szyję, na złamanie karku. Szum w głowie wciąż się wzmaga, spraw wszelakich co dzień sporo, ale tych istotnych niewiele. Zupełnie na odwrót niż dawniej, kiedy było ich mało, a wszystkie wagi niezmiernej. Nowych książek regały pełne, ale jakby treść ich bez znaczenia w większości, płyt ilość nie do ogarnięcia, ale gdzież im do tych z lat 60. czy 70.

Tyle że świat się skurczył, przybliżył, a i my – nareszcie – do świata także. Więc niech tam, niech będzie, niech strzyka w kościach, jeśli musi. Narodzin wokół coraz mniej, pogrzebów coraz więcej.

Pamięć szczęśliwie ciągle dopisuje (to i owo). Na przykład ze studenckich czasów pierwsze lub jedne z pierwszych tomiki poetyckie ludzi parę lat ode mnie, od nas starszych. Przewidujące Wszyscy podpiszemy nasze spuszczone oczy Włodzimierza Dulemby. Pogodzone Jeszcze żyjemy Aleksandra Rybczyńskiego. Najnowszy testament Dariusza T. Lebiody. Albo Strefę skażeń Piotra Bratkowskiego. Strefa się zmieniła, skażenia pozostały. A może – strefa pozostała ta sama, a skażenia się zmieniły?

           *

     kiedy wejdą tu do nas

     uchylą drzwi

     zrobią ostre światło

     i rentgeny języków

 

     co zrobimy wtedy z oczami

     gdzie schowamy ręce

     gdzie podziejemy nasze kroki

 

Jak kupiłem swoją pierwszą płytę – czyli wspomnienie o Livin’ Blues

Pierwsza płyta. To było w kwietniu 1977 roku, mój pierwszy i ostatni zakup jako mieszkańca Tychów – Live Livin’ Blues. Miałem niespełna piętnaście lat i kiepskie pojęcie o muzyce. I zaliczone kilka lat przerwy w muzycznej edukacji wskutek zbyt długo czekającego na naprawę magnetofonu, co spowodowało, że moi starsi bracia z mniejszą niż wcześniej uwagą śledzili Trójkową ramówkę oraz płytowe nowości. A ja – przy nich – tak samo.

[more]

Dopadały mnie więc różne dziwne „pomysły”. Najwspanialszym był ten, kiedy stwierdziłem, że

Abba jest najlepszym zespołem

na świecie. Musiało to nieźle ubawić paru bardziej zaawansowanych w penetrowaniu muzyki szkolnych kolegów. Dziś, z perspektywy lat, z pobłażaniem przyglądam się sobie, ale jednocześnie utwierdzam w przekonaniu, że szwedzki kwartet był na rynku pop music zespołem wyjątkowym. To naprawdę sporo muzyki. Dużo talentu, kultury muzycznej i łatwości wymyślania ładnych piosenek. No i – znacznie powyżej przeciętnej – doznania estetyczne. Dwie bardzo niebrzydkie kobiety i dwóch sympatycznych facetów. Ale nie o Abbie miało być.

Kupując swą pierwszą płytę nie wiedziałem nawet, że jest to

grupa holenderska.

Coś mi dzwoniło, nazwa gdzieś obiła się o uszy, ale nic ponadto. Strzał był jednak celny. Livin’ Blues, w tamtych czasach dobrzy znajomi Budki Suflera, częstego gościa w kraju tulipanów, byli współtwórcami tego, co w holenderskim rocku najlepsze – należeli do grona kapel nieustępujących poziomem grupom anglosaskim. Focus, Ekseption były dobrze znane słuchaczom Trójki. LB byli bardziej mainstreamowi, bluesowo-rockowi, ale było to również bardzo porządne granie, które – jak dziś widać – dobrze sobie radzi z upływem czasu. Wokal, gitara (Ted Oberg, lider grupy), bas i perkusja – czterech facetów, którzy mieli należyte pojęcie o tym, jak powinien wyglądać rokendrol obficie czerpiący z bluesa.

Live to była polska, późniejsza o dwa lata reedycja holenderskiego wydania. Siedem świetnie zagranych numerów, w tym klasyk Williego Dixona Hoochie Coochie Man i chwytliwy Crazy Joe.

Parę tygodni później, w czerwcu lub lipcu 1977 roku, wraz z jednym z braci wybraliśmy się na

koncert

Livin’ Blues, który odbył się w bardzo dziwnym na owe czasy miejscu – na stadionie GKS-u Tychy. Scena z prowizoryczną garderobą ustawione na bieżni, kilka jako tako wypełnionych widzami sektorów. W roli supportu miał wystąpić raczkujący dopiero Exodus, ale ostatecznie pierwsza zagrała Budka Suflera, jeszcze z Cugowskim. Lublinianie wyjeżdżali wtedy wielokrotnie do Holandii i tam zaprzyjaźnili się z członkami LB. Trasa tych ostatnich po Polsce chyba nie została jakoś szczególnie zapamiętana, choć – powtarzam – był to kawał muzycznego mięcha.

Najweselsza sytuacja miała miejsce jeszcze przed występami, kiedy John Fredriksz, wokalista, podpuszczony najwyraźniej przez Suflerów, założył

fioletowe dzwony

(spodnie z mocno rozszerzonymi poniżej kolan nogawkami). Fiolet był wtedy bardzo modnym kolorem wśród mieszkańców hoteli robotniczych, zwanych na Śląsku pogardliwie wulc-hausami – pracowników kopalń, hut i innych zakładów produkcyjnych. Śmiech, jaki wzbudził swym przejściem niczym męski model po wybiegu, był pewnie spodziewaną reakcją. Oczywiście, frontman zaraz zmienił dolną część ubrania.

Dwa lata później, znów z dwudziestoczteromiesięcznym poślizgiem, Polskie Nagrania wydały kolejny krążek grupy –

Blue Breeze.

Bardziej stonowany, ale wciąż soczyście gitarowy i znamionujący w dalszym ciągu bardzo dobrą formę zespołu. Szczególną uwagę zwracały Shylina i Back Stage oraz otwierający drugą stronę utwór tytułowy.

To był 1979 rok. Po sierpniu 1980 wszystko się zmieniło, nastąpiła eksplozja rodzimego grania. Po kolejnych kilkunastu miesiącach i wprowadzeniu w grudniu 1981 stanu wojennego życie zamarło. Słuch o holenderskim zespole zaginął, z Wikipedii wiadomo tylko tyle, że Ted Oberg próbuje co jakiś czas wskrzeszać kapelę. Z jakim artystycznym skutkiem – chyba mało kto w Polsce wie.