Sławomir Piwowar 1953-2015

piwowar

17 marca 2015 roku zmarł Sławomir Piwowar, świetny gitarzysta i klawiszowiec, współpracownik m.in. Czesława Niemena, SBB, Grzegorza Ciechowskiego, Kasi Kowalskiej i Urszuli.

[more]

*

W póltora miesiąca po Janie Skrzeku zmarł Sławomir Piwowar. Obaj pojawili się na krążku Memento z banalnym tryptykiem SBB nagranym w 1980 roku, a wydanym dwanaście miesięcy później, już po rozpadzie formacji. Piwowar był wtedy pełnoprawnym członkiem zespołu, jego fotografia pojawiła się na okładce płyty tak samo jak Józefa Skrzeka, Apostolisa Anthimosa i Jerzego Piotrowskiego. Jego autorstwa był drugi utwór na krążku – Trójkąt radości.

Piwowar był już wtedy znanym i uznanym muzykiem, przede wszystkim gitarzystą, ale i klawiszowcem. Po raz pierwszy jego nazwisko znalazło się w opisie albumu jazzowej grupy Paradox, Drifting Feather, w 1971 roku. Później wziął m. in. udział w nagraniach płytowych Marianny Wróblewskiej, współpracował z zespołem Piotra Figla. 

Pełną nobilitację przyniosło mu członkostwo w zespole Aerolit. Czesław Niemen po rozwiązaniu grupy Niemen (czyli SBB plus Helmut Nadolski i czasem Andrzej Przybielski) utworzył nowy – ostatni jak się miało okazać – skład towarzyszący: z Andrzejem Nowakiem na klawiszach, zmarłym przedwcześnie w 1975 roku Piotrem Dziemskim na bębnach, Jackiem Gazdą (od lat w Easy Rider) na basie i właśnie Piwowarem na gitarach. Album wydany został w 1975 roku. Trzy lata później drogi Niemena i Piwowara zeszły się powtórnie przy okazji powstawania dwupłytowego Idee Fixe.

Z końcem lat 70. nastąpił krótki okres współpracy Piwowara z SBB. Już po rozwiązaniu formacji, niejako z rozpędu, nazwiska Piotrowskiego i Piwowara widnieją wśród muzyków uczestniczących w nagraniu Józefiny, solowej płyty Skrzeka z 1981 roku, wydanej tak naprawdę dwa lata później. W reaktywowanym SBB pojawiał się okazjonalnie jeszcze dwukrotnie, w 2006 i 2014 roku.

Po dłuższej przerwie Sławomir Piwowar znalazł się w zespole Obywatela G.C., w składzie, który dokonał rejestracji muzyki do filmu Stan strachu (1989). Cóż za smutny zbieg okoliczności: razem ze Stanisławem Zybowskim, bardzo dobrym gitarzystą, prywatnie mężem Urszuli, także – jak SP – urodzonym w 1953 roku, także – jak Ciechowski – zmarłym w 2001 roku.

Nie jest więc zaskoczeniem, że w 1992 roku ma swój udział w nagraniu albumu Urszuli & Jumbo. Nigdy nie byłem fanem tej piosenkarki, ale fakty w przypadku tego krążka są takie: lwią część muzyki napisał Zybowski, tekstów – Bogdan Olewicz (tekściarz Perfectu), w chórkach podśpiewują Kayah i Stanisław Sojka, na basie grają Bodek Kowalewski (Maanam) i Paweł Mąciwoda (w przyszłości Scorpions). Piwowar w zespole Urszuli zakotwiczył na dłużej, słychać go na wielu jej płytach, aż po Eony snu w 2013.

Po drodze jest jeszcze jeden istotny element jego muzycznej drogi: obsługa klawiszy na pierwszej płycie Kasi Kowalskiej – Gemini – w 1994 roku. Dziś, z perspektywy późniejszych dokonań tej piosenkarki, trudno sobie uzmysłowić albo przypomnieć, jak ważny to był debiut, jak ważny (obok Bartosiewicz i Nosowskiej) nowy damski głos w polskiej muzyce. Piwowar pojawia się także na drugiej płycie Kowalskiej: Koncert inaczej (1995). I wreszcie, by dopełnić listy, klawisze Piwowara słychać na krążku Ogrody (1995) Iry. Wspomagał ponadto Ewelinę Flintę i wskrzeszony na krótko Bemibek.

*

Kasia Kowalska napisała na swoim profilu na FB: „Dziś odszedł wspaniały człowiek, wybitny muzyk Sławek Piwowar. Sławku, będziemy nosić pamięć o Tobie w naszych sercach”. A koledzy z SBB pożegnali muzyka słowami: „Dobranoc, Jaśko. Sławomir Piwowar 1953-2015”.

[W NaTemat: 21 marca 2015]

Ubieranie choinki 2011, Republikanie i Turnaulandia

Cztery dni temu minęła dziesiąta rocznica śmierci Grzegorza Ciechowskiego. Wspominano wielokrotnie, jak Markowi Niedźwieckiemu przyszło na antenie Trójki podać tę okropną wiadomość. To był ogromny szok. Umieranie w wieku czterdziestu czterech lat jest zdecydowanie przedwczesne, a tu w dodatku chodziło o osobę ze świata kultury, powszechnie znaną, cenioną, o bardzo inteligentnego człowieka, niezwykle zdolnego kompozytora. I to tuż przed świętami.

[more]

W 2001 roku

zmarł mój ojciec, w marcu. Zmarł także Stanisław Zybowski, prywatnie mąż Urszuli. Świetny, niespełniony, niewykorzystany odpowiednio rockowy gitarzysta. Facet, o którym Ciechowski powiedział swego czasu, że był jedynym, który po wyjeździe z Polski „Samby” Otrębskiego (nagrywali razem Tak, tak) był w stanie w krótkim czasie wyuczyć się materiału, który grany był potem podczas trasy koncertowej. Byłem w 1988 roku, widziałem. Pełny „Spodek”, cały zespół w rewelacyjnej formie, Ciechowski u szczytu swych twórczych sił – miał wtedy trzydzieści jeden lat.

Nigdy nie byłem zwariowanym fanem Republiki, uważam, że miała lepsze i gorsze momenty, ale to wszystko są rozważania i oceny artystyczne dotyczące poziomu dla większości muzyków – i to nie tylko w granicach Polski – niedostępnego. Dlatego 22 grudnia miałem pretekst, by kupić wreszcie Nowe sytuacje na CD (muzyka i okładka wciąż robią wrażenie). I by tego dnia, przy ustawianiu choinki, wrzucić do szufladki odtwarzacza kilka płyt tej grupy.

*

A na odmianę, po secie Republiki, puściłem sobie świątecznego Turnaua. I przyszło mi do głowy, że gdyby Ciechowski żył – tych

dwóch Panów Grzegorzów,

dwóch pianistów i kompozytorów, może zeszłoby się ze sobą na scenie. Dwa światy (ale czy Robert Fripp, lider King Crimson, tak inspirujący dla G. C., i Keith Emerson, który mocno pobrzmiewa w wielu utworach G. T., są aż tak daleko od siebie?), dwie estetyki – to byłoby ciekawe. Nawet dwie dykcje – nienaganna Turnaua i kiepska Ciechowskiego – takie zderzenie to dla niejednego odbiorcy muzyki w Polsce byłoby coś. Niemożliwe?

Dziś taki kwartet: Grzegorz T. śpiewający kawałki Republiki, a razem z nim na scenie Krzywański, Biolik i Ciesielski – mógłby stworzyć jakość, która nam tu na ziemi i Obywatelowi G.C. w niebie chyba bardzo by się spodobała. Grzegorz Turnau bardzo twórczo podszedł już do piosenek Starszych Panów (znakomita Cafe Sułtan) i Marka Grechuty. Sądzę, że piosenki Ciechowskiego także potraktowałby, w odróżnieniu od kilku innych interpretatorów, w zupełnie nowy sposób.

I – mam wrażenie, że czterech inteligentnych facetów nie miałoby problemów z dogadaniem się. Tak więc – kawałki Republiki w aranżacjach Turnaua. Panowie, proszę do sali prób!

(pisane 26 grudnia 2011)



Long live rock’n’roll, it live, let it live

Tym różnimy się od zwierząt, iż wiemy, że umrzemy. Wszyscy. Z biegiem lat tych śmierci wokół nas wciąż więcej i więcej. Coraz więcej tych, których znaliśmy, lubiliśmy, kochali, którzy dostarczali wzruszeń – a których nie ma już w tym jedynym znanym nam świecie. Każda śmierć wyjątkowa, tak jak wyjątkowe, niepowtarzalne jest życie każdego człowieka.

[more]

Czy można zastanawiać się, czy etyczne jest wartościowanie –

czyja śmierć ważniejsza,

a czyja taka sobie, jedna z wielu? Nieuchronnie zmierzając w swych rozważaniach w stronę muzyki, pomyślałem tak: czy bardziej należy żałować tych, którzy okazali się niezastąpieni – solistów, liderów grup, muzyków, bez których kumple nie wyobrażali sobie dalszej wspólnej działalności – od tych, którzy znaleźli swoich następców?

Spojrzałem ostatnio na okładkę analogowego wydania Najemnika Dżemu. Trzy do trzech. Trzech jest w tym zespole do dziś. Perkusista wrócił do macierzystego zespołu. Riedel i Berger dżemują już ze świętym Piotrem.

Każde działanie żyjących muzyków uważam za zasadne i uprawnione, nie czuję się upoważniony do jego moralnej oceny. Mogę tylko mówić o swoich wrażeniach, próbować dokonywać artystycznej oceny. Mówiłem już o tym, ale powtórzę: bardzo, bardzo się cieszę, że Dżem działa dalej. Cieszę się, bo muzyka zespołu jest ciągle wysokiej próby. Rozważanie, jak by to było,

gdyby żyli Rysiek i Paweł,

jest ze wszech miar niestosowne i niezręczne, Ból, żal, wzruszające wspomnienia – pozostają, ale budzimy się rano i trzeba dalej żyć.

Niemen, Grechuta, Nalepa, Ciechowski. Wymieniam tylko największych w polskiej muzyce drugiej połowy XX i początku XXI wieku. Tę listę, niestety, można by ciągnąć bardzo długo. Ona zawsze będzie otwarta i wciąż uzupełniana o kolejne nazwiska. Tych ludzi już nie ma, ale twórcze działanie jest tą cudowną sferą życia, dzięki której obdarzeni największym talentem pozostają na długo nie tylko w pamięci, ale przede wszystkim w głowach i sercach innych – za sprawą napisanych książek, namalowanych obrazów, skomponowanej i nagranej muzyki.

Ponad

pół wieku rock’n’rolla

to dużo i mało jednocześnie. Nie sposób dociec, ile znaczyć on będzie za kolejne pół wieku, za sto, dwieście lat w dziejach ludzkości. Jednocześnie jednak dla wielu żyjących dzisiaj rock jest czymś, bez czego trudno sobie wyobrazić świat. Tak się porobiło, że nawet tak wielka ilość hałasu i decybeli, niespotykana wcześniej w historii, dowodzi wrażliwości. Tej czy innej, ale wrażliwości.

Dla mnie muzyka – pojmowana od lat szerzej, ale jednak z akcentem na gitary i perkusję – jest jedyną używką, od której stale jestem uzależniony. A przecież nie ja jeden. Jest nas naprawdę bardzo, bardzo wielu. Niech żyje rokendrol. On żyje. Pozwólmy mu żyć.