Kogut z atomowym napędem

atomic_rooster

Słuchając nowej płyty jednej z gwiazd Open’era 2014, Jacka White’a, przy utworze otwierającym całość, „Three Women”, mam nieodparte skojarzenia z dokonaniami zespołu z przełomu lat 60. i 70., którego znakiem rozpoznawczym było charakterystyczne współbrzmienie organów Hammonda oraz gitary. Chodzi o Atomic Rooster.

[more]

Ocalenie tego 

stylistycznego wyróżnika 

jest tym istotniejsze i cenne, że skład zespołu zmieniał się bezustannie, a dotyczyło to w równym stopniu instrumentalistów, jak i wokalistów. Założyli go w połowie 1969 roku dwaj współpracownicy Crazy World of Arthur Brown, organista i pianista Vincent Crane oraz perkusista Carl Palmer. Pierwszy skład uzupełnili gitarzysta i wokalista Nick Graham i, niedługo potem, gitarzysta John Cann. 

Kwartet nagrał debiutancki album – Atomic Roooster – który ukazał się w lutym 1970 roku. W grupie nie było już wtedy Grahama, Palmer w czerwcu odszedł do Emerson, Lake & Palmer. Na jego miejsce pojawił się Paul Hammond. Z kolejnych zmian odnotuję jeszcze tylko krótką obecność Petera Frencha (z Leaf Hound), który zaraz potem zasilił Cactusa, oraz Chrisa Farlowe’a – w obu przypadkach wokalistów.

Kapela nawiązywała do najlepszych wzorców grania z okolic 

bluesa i rocka

spod znaku The Cream, nasączając swe utwory sporą dawką – jakże by inaczej w tamtym okresie – psychodelii. Tworzyła też, oczywiście jako jedna z wielu, podstawy hard rocka. I właściwie nigdy nie cieszyła się szczególnie wielkimi względami krytyki ani publiczności. Największy sukces odniósł drugi krążek – Death Walks Behind You (1970) – dochodząc do dwunastego miejsca brytyjskiego zestawienia. Trudno też mówić o przebojach, choć sporą popularnością cieszyły się Tomorrow Night i Devil’s Answer.

W połowie lat 70. Polskie Nagrania wydały 

składankę nagrań

grupy pochodzących z dwóch pierwszych albumów, która gra mi w tle, gdy piszę te słowa. Dziś to zespół zapomniany, zwłaszcza nad Wisłą, a niesłusznie. Brzmią te utwory bardzo dobrze, spore umiejętności muzyków pozwalały na naprawdę wiele, raz po raz jesteśmy blisko wirtuozowskich popisów. Wytłumaczenie na „zaledwie” miejsce w szeregu dla AR próbuję znaleźć w tym, iż świetnie grających formacji w tamtym czasie było całe mnóstwo i przebicie się do ekstraklasy było niezmiernie trudne i wymagało niemałego szczęścia.

A tego ostatniego wyraźnie brakowało. Wypominano zespołowi nazbyt 

mroczne klimaty,

epatowanie demonicznością. To była „robota” Crane’a, całe życie borykającego się z depresjami (właśnie jego problemy ze zdrowiem spowodowały przerwanie trasy Crazy World of Arthur Brown po USA w 1969 roku).

Atomic Rooster rozpadł się w 1974 roku, sześć lat później wznowił na kolejne trzy działalność, ale bez powodzenia. Ciekawostką jest fakt, iż wtedy, około 1983 roku, trochę grał z nimi David Gilmour.

Tytuł drugiej płyty – Śmierć kroczy za tobą – nabrał szczególnego znaczenia w 1989 roku, gdy czterdziestopięcioletni wówczas Vincent Crane nie wytrzymał i popełnił samobójstwo. Trzy lata później, w efekcie narkotykowego nałogu, to samo uczynił Paul Hammond. W 2011 roku na atak serca zmarł John Cann.

Dorobek, który zespół pozostawił po sobie, to znaczący ślad w historii mocnego grania. Zwłaszcza gdy mowa o trzech pierwszych albumach.

[W NaTemat: 25 czerwca 2014]