O starzeniu się

Zmarł Tadeusz Mazowiecki. Nie, nie mam zamiaru odchodzić od muzyki i wkraczać na grząski grunt polityki. Ale nikt bardziej nie uosabiał w moich oczach wielkiej przed laty nadziei na normalność i przyzwoitość w każdej sferze życia. Na to, że nastanie czas godności i uczciwości.

[more]

Od dawna już wiem, jak naiwna była to wiara, ale jeśli kiedykolwiek myślałem o moich autorytetach, do głowy w pierwszej kolejności przychodził mi właśnie On. Niniejszy tekst powstał rok temu. Dziś, w tych smutnych okolicznościach, wyciągam go z elektronicznej szuflady.

*

Dwa pierwsze objawy starzenia, co do których – jak to zwykle bywa – diagnoza stawiana jest ex post – i to bardzo ex.

Pierwszy ma znamiona czysto fizyczne. Lata wpierw suną powoli, pod górę, zdaje się, że nieosiągalną, aby niepostrzeżenie rozpędzić się nie wiadomo kiedy i jak. I patrzę na innych. I ciągle wydają się starsi, gorzej utrzymani, bardziej zapuszczeni i utyci. Aż nagle okazuje się, że wszyscy oni młodsi są ode mnie.

I w tych rozważaniach, w tych na innych popatrywaniach osiągam moment, gdy już nie myślę o sobie jako o młodszym. Bo już coraz wyraźniej widać, że tamci mają mniejszy przebieg. Tak popatruję w metrykę, pesel i coraz bardziej się niepokoję. Czasem zdarza się, że przejdę cmentarzem, z nieznaną wcześniej uwagą studiując daty graniczne. I przerażenie zaczyna ogarniać. Bo po tamtej stronie są już ci, co urodzili się tylko trochę przede mną, równo ze mną, po mnie, a nawet bardzo po mnie. Serce zaczyna walić i tłuc się w piersiach.

Więc uciekam. Z cmentarza. Od myśli w wariactwo mogących wprawić, w szaleństwo na jawie wpędzić raz na zawsze. Uciekam od siebie. Do innych zajęć, istotnych lub zupełnie nie. Bo trzeba zabić albo przynajmniej zagłuszyć tę transcendentną, natrętną i pożałowania niegodną ideę w sobie.

Drugi objaw starzenia się sięga w bebechy, mózg zlasowany i żołądek owrzodzony, w jelita nietrzymające już tak mocno jak kiedyś. Bo gapię się w coraz bardziej płaską i coraz większą w domu telewizję. I twarze w tej telewizorni coraz większe i mędrsze. Tylko że ta mądrość jakaś inna, do mnie niekoniecznie przemawiająca. Nieufność coraz wyrazistszą w środku i na zewnątrz budząca i usypiająca frazami obitymi jak Gołota – przez wiele lat, niemiłosiernie i mocno po gębie. I jakoś wstyd się robi tego słuchać. Bo to nieświeże niczym jaja chłodnicze gatunek III w sklepie „Społem” za Gierka. Zalatuje jak hauskejza (ser domowy, znaczy) wypełzająca nocą sama z lodówki. Ta mądrość jakaś mało mądra, a wręcz – nie bójmy się tego słowa – głupia coraz bardziej.

I coraz młodsza. Więc łapie za szyję myśl grzeszna, że młodość minęła, ominęła mnie szerokim łukiem, pomachała i zwiała. Że nie moja ona już. Że pokory wciąż mniej i mniej we mnie. I tych, co mądrze mówili, z rokiem każdym też mniej. Jak uwierzyć w prawdy objawione głoszone przez kogoś tylko trochę ode mnie starszego, ba!, młodszego i to o coraz więcej wiosen? Jakże to tak? Nie uchodzi wiarę dać szczenięciu, co uczelnię wyższą w Pipcicach Dolnych nawiedzało, a nawet – jak twierdzi – ukończyło. Toż wąs pod, za przeproszeniem, nosem dopiero mu się rozsypuje, oczko jakoweś w jej rajstopach z markowego marketu, znowu za przeproszeniem – i to większym – się puszcza. Młodość ta może i młoda, a czasem, choć z za rzadka, piękna, ale – zupełnie nie do uwierzenia, nie do wiary całkiem.

Gdzież, ach, gdzież podziali się ci, których wielbiłem przed laty? Gdzież są ci, którym słowa z ust spijałem, których pokornie i w ciszy nabożnej słuchałem, próbując przyswoić sobie choć niektóre fragmenty? I boleśnie konstatuję, że zostawili mnie jak sierotę, samego na tym tu zapyziałym padole łez pełnym. Łysiejącego i siwiejącego zostawili, ślepego coraz mocniej w tej mgle codziennej. Bez przewodników, jeśli nie liczyć starców – mędrców ostatnich, co to jeszcze budzą się rano i strach pomyśleć, co oni myślą, gdy na mnie, na nas i tych młodszych patrzą.

A reszta gdzie, większość większością głosów przytłaczająca? Do lepszego ponoć świata się już przenieśli, zmęczeni oglądaniem ojczystego domu, który publicznym wciąż bardziej i bardziej się staje. Zostawili. Jakby szydząc: no, starzej się, starzej! Zobacz, jak to jest! Jak to jest, kiedy mądrość, bywa, z parkinsonem i alzheimerem przy stole siada i do łóżka idzie, jak tej mądrości w postaci czystej, i to bynajmniej nie wódki, ubywa jak stanu wód w suszę. A dziadostwo z pajdokracją pod rękę idzie. Ulicami. Przed mikrofonami i kamerami zębiska szczerzy. Do obiektywów i fotoszopów się wdzięczy.

A mnie średniowiecze dławi w gardle, ściska w mostku, myśl mąci. I Boga, bo kogo innego, trzeba by wzywać na pomoc. A porobiło się tak, że Boga strach co dzień przyzywać. Bo nie wolno tak wciąż, jakby coraz bardziej lekce sobie Jego ważąc, jakby nadaremno. Boga wszystkich ludzi, ale naszego Polaków powszedniego najbardziej.

[W NaTemat: 28 października 2013]

Miejsce, w którym zakrzywia się czas

Każda doba ma dwadzieścia cztery godziny, każdy rok dwanaście miesięcy. A jednak, mimo tej bezwzględnej i upiornie działającej matematyki, pewne rachunki i wyliczenia – dokonywane na własny użytek – czasem (nomen omen) zadziwiają.

[more]

I tak oto konstatuję, że pierwszy zakup płytowy, jakiego dokonałem, od pierwszego nabytku CD (Pearl Janis Joplin) dzieli raptem trzynaście lat – 1977 i 1990. Od tamtej pory mijają dwadzieścia trzy lata i może tylko obecność w domu dwóch facetów wyższych ode mnie o pół głowy dowodzi poważnych zmian, jakie w tym okresie się dokonały. Jak to zdążyłem, za przeproszeniem, się posunąć.

W 1977 nie byłem nawet absolwentem szkoły podstawowej, zaś w 1990 żonatym od trzech lat facetem, z żoną w mnogiej ciąży. Za sobą miałem trzy szkoły, dwie zmiany adresu i pierwsze rozczarowania dorosłego człowieka. Cały ogrom zdarzeń.

Z jednej strony pojawienie się dziecka, a cóż dopiero dwojga naraz, wywraca świat do góry nogami, a z drugiej – właściwie nie dzieje się już w życiu nic, co mogłoby się równać siłą doznań z okresem dzieciństwa i młodości.

Więc niby jest bardziej liniowo, a jednocześnie – w tej liniowości – czas zdaje się poruszać ruchem jednostajnie przyspieszonym. Dni, tygodnie i lata pędzą coraz bardziej naprzód, zupełnie oszalałe. Na łeb, na szyję, na złamanie karku. Szum w głowie wciąż się wzmaga, spraw wszelakich co dzień sporo, ale tych istotnych niewiele. Zupełnie na odwrót niż dawniej, kiedy było ich mało, a wszystkie wagi niezmiernej. Nowych książek regały pełne, ale jakby treść ich bez znaczenia w większości, płyt ilość nie do ogarnięcia, ale gdzież im do tych z lat 60. czy 70.

Tyle że świat się skurczył, przybliżył, a i my – nareszcie – do świata także. Więc niech tam, niech będzie, niech strzyka w kościach, jeśli musi. Narodzin wokół coraz mniej, pogrzebów coraz więcej.

Pamięć szczęśliwie ciągle dopisuje (to i owo). Na przykład ze studenckich czasów pierwsze lub jedne z pierwszych tomiki poetyckie ludzi parę lat ode mnie, od nas starszych. Przewidujące Wszyscy podpiszemy nasze spuszczone oczy Włodzimierza Dulemby. Pogodzone Jeszcze żyjemy Aleksandra Rybczyńskiego. Najnowszy testament Dariusza T. Lebiody. Albo Strefę skażeń Piotra Bratkowskiego. Strefa się zmieniła, skażenia pozostały. A może – strefa pozostała ta sama, a skażenia się zmieniły?

           *

     kiedy wejdą tu do nas

     uchylą drzwi

     zrobią ostre światło

     i rentgeny języków

 

     co zrobimy wtedy z oczami

     gdzie schowamy ręce

     gdzie podziejemy nasze kroki

 

Pilchopisanie lekturą „Dziennika” znaczone

Motto: „Wolę tych, co mówią: dobrze, że istnieje sztuka, bo prawda by nas zabiła”.

Najpierw dwa cytaty: „Przez lata pracy w rozmaitych redakcjach napatrzyłem się bez liku kolegów, powiedzmy, „dziennikarzy”, dla których opór materii słownej był równie niepokonywalny jak opór powietrza dla rodzimych futbolistów. W sumie zrozumiałe, że o kunszcie sztuki literackiej nikt tu nie chce mówić”.

[more]

„W życiu nie bardzo, kariera marna, marzenie – najczęściej jakieś literackie marzenie – prysło, zdawało się, że już jest po meczu, a nawet po dogrywce, a tu masz!! Jaka znienacka ocalająca niespodzianka! Nagle w ciemnym jak dusza nieudacznika tunelu błysnęło światło, potem jęło się przybliżać, potem robiło się coraz jaśniej, potem światło było jak euforia i na koniec złocista niczym klucz do wszystkich sezamów świata klawiatura się pokazała. Równie piękna jak dalekosiężna i wszechmocna.

Nagle ci, którzy z racji wszelakiej nikczemności głosu nie mieli i mieć nie powinni, głos zyskali, i to jaki! Tubalny! I z miejsca iluż odbiorców się pojawiło! Ilu wiernych i podziwu pełnych czytelników! Jaka publiczność!

„Na forach internetowych zawrzało” – nowa to fraza w polszczyźnie przez licznych jako znak ważnego jakiegoś wydarzenia społecznego bywa z powagą odbierana; w istocie jest wrzeniem szkoda gadać czego w szkoda gadać czym”.

*

Wchodzić z Jerzym Pilchem w polemikę to zajęcie wielce ryzykowne. Nawet ze świadomością, stuprocentową pewnością, że – ja go znam, on mnie nie, ja go czytam, on mnie nie. Biada temu, kto się Pilchowi pod pióro (kiedyś), albo, jak sam z niejakim żalem stwierdza, klawiaturę (teraz) nawinie! Toteż raczej, pokornie, zgadzać się najczęściej będę. Przez szacunek.

Dla rocznika, bo on czułość moją niezmiennie budzi, bo pierwsze roczniki pięćdziesiąte (52 i 54) to daty narodzin moich braci starszych. Wielkich i wybitnych, którzy już studiom wyższym się oddawali, gdy ja w piątej klasie powszechniaka pierwsze niegodne rodu trójczyny głęboko do tornistra przed ojcem chowałem, ba!, pały nawet upokarzające jąłem otrzymywać jako zapowiedź przyszłych – wielu pał kolejnych, a i niepowodzeń czy wręcz klęsk życiowych.

Ze zgredowego przeświadczenia mojego, że lepsze w świecie już było, że przede mną godniejsze pomieszkiwania na ziemskim padole roczniki się rodziły.

Przez szacunek polonisty, któremu w literaturze nie wyszło wcale, a w życiu też nie bardzo, dla polonisty, który talentów biblijnych nie zakopał, lecz pomnożył na chwałę boską i własną.

Dla frazy, bo Pilcha czytając, studencką miłość do Konwickiego Tadeusza na pamięć przywołuję. Frazy, co cudnie – miast jednego, po inżyniersku wycyzelowanego zdania w stylu dajmy na to Coetzeego, pięć albo i więcej całostek gramatycznych z podmiotem i orzeczeniem na czele przed oczy mi kładzie. Bym ślinił się zazdrośnie, ale też, co tu gadać, pomlaskiwał raz po raz, rozprowadzając po podniebieniu sypiące się zza Pilchowej pazuchy smakołyki.

Dla ziemi jego rodzinnej, która z Jawornikiem w szczególności, i moją jest arkadią wakacyjną. Bezprądową, bezwodną, ze źródełkiem bijącym na parceli tylko w nie dość suche lato, bezwygódkową – a jednak arkadią niedościgłą coraz bardziej.

Dla jego oglądu świata, który jakoś tak niezmiernie mi, maluczkiemu, bliski. Wielbię go i wielkości zazdroszczę, jak tylko zazdrościć potrafi katolik bezecny, co to już dawno przestał wierzyć w jeden święty, powszechny i apostolski kościół, lutrowi jak pień smreka dumnie wyprostowanemu, a jednocześnie o korzeniach rozległych i poplątanych.

*

Więc to prawda, że w internecie od grafomanów maści wszelakiej roi się aż mdli i na zwracanie ciężaru naturze drogą powrotną się zbiera. Że forum to grafomanum wielkie jest i jak wszechświat nieogarnione, że myśl najbardziej nawet nikczemną przyjmie jak własną, pomruku choćby niezadowolenia z siebie nie wydając. Bezmiar internetu, bardziej niż jakikolwiek inny bezmiar, niemierzalny jest żadną miarą. A jednak, Wisły kijem nie zawrócisz, nawet u źródeł, w Wiśle samej. To po pierwsze primo.

Po drugie – mój kolega Grześ H. zgrabnie zauważył, że wśród uczestników życia blogowego najwięcej jest blagierów, a garstka tylko artystów. Taka to garstka, dodam od siebie, że zasady Pareta nijak zastosować się nie da. 80:20? Za cholerę. Ale to i w realu już, jak ludzkość długa i szeroka, nie sprawdzało się i nie sprawdza nigdy. I chwała Bogu! Bo gdyby dwadzieścia procent ludzkiego wytworu myśli godne było uwagi naszej szczególnej – w stan wariactwa popadlibyśmy niechybnie i nieubłaganie, żadną mocą nie będąc w stanie takiej ilości ogarnąć. Na szczęście jest tego znacznie mniej. Od zawsze, a nie tylko odkąd internet stał się jeszcze jednym źródłem przekazu, hajdparkiem szalonego stwórcy.

Kto grafoman, kto geniusz? Kto literat, kto słowokleta niegodzien uwagi? Gdzie ta granica? Heinrich Heine rzekł, że pierwszy mężczyzna, który porównał kobietę do róży, był genialnym poetą, zaś drugi – grafomanem. Granica to jednak, jak tzw. życie uczy, cienka, licha i nie tak prosta jak wieszcz germański błyskotliwie powiada. Ilu ich jest, tych, co warto czytać w rękopisie, maszynopisie, wydruku komputerowym? Których warto wydać? Którzy dziesiątki, setki lat przetrwają? Już Norwid wieszczył, że syn może się nie poznać, o współczesnych nie mówiąc, że dopiero wnuk wielkość prawdziwą dostrzeże i od zapomnienia ocali.

O kogo warto się spierać – jak Abraham w cudnej żydowskiej targowicy z Bogiem o wystarczającą ilość sprawiedliwych? I gdzież ta granica? Czy tam, gdzie Stwórca na sądzie ostatecznym zakreśli linię oddzielającą ostatniego zbawionego od pierwszego potępionego? Jakaż różnica między nimi, ilość dobrych uczynków do przewin określona w proporcji będzie czy zwykłą różnicą bramek? I tak samo: gdzież ta różnica pomiędzy tym, którego jeszcze czytać warto, a tym, co pióro lub klawiaturę powinien ze wstydu spalić, a przynajmniej nie kalać swymi opuszkami plugawymi?

Im większy wór, a internet to wór bezdenny, tym trudniej ziarna od plew oddzielić. Robota to benedyktyńska, ale czy jednak całkiem niemożliwa, z góry na klęskę skazana? Jeśli z tej setki, co ja mówię, z tych tysięcy talent choć jeden blaskiem czystym i niepokalanym bijący, niczym bursztyn z morza, wyłowić się uda – to chyba warto? Zwłaszcza że, jak sam Pilch w innym miejscu pisze, w dziennikarskiej branży, w, za przeproszeniem, realu, wśród panów redaktorów wielu jest takich, którym nigdy nie dane będzie zgłębienie nie tylko meandrów, ale i podstaw zupełnych mowy ojczystej? Spostrzeżenie to celne i dające się rozciągnąć chyba na każde pole działalności ludzkiej, nie tylko piśmienniczej. Do adremu wracając, może z internetem, choć w paru, za to bezcennych przypadkach będzie tak jak z Maksem Brodem, co to woli ostatniej Franza K. nie wypełnił – i tym samym dzieje literatury w skali ogólnoświatowej odmienił?

To tyle. Więcej grzechów nie pamiętam. Już zamykam usta niegodne, już siadam w jednej z najdalszych ławek, by przed ironią i gromami choćby tylko z oczu ciskanymi nieco się uchronić. Milknę pokornie, w słuch się zamieniam. Siadam ostrożnie, by skrzypienie jakieś fałszywe krystalicznie górskiego powietrza nie przecięło, by żadnego słowa z ust Pilchowych nie uronić. Z resztkami wiary, że to nie jest ośla ławka.

(sierpień 2012)


 

Słowo o szefach

„Mój mąż jest z zawodu dyrektorem” – dumnie oświadcza w filmie Poszukiwany, poszukiwana małżonka Jerzego Dobrowolskiego. Żeby nie było nieporozumień, daleki jestem od stwierdzeń, że wszystkie kobiety (mężczyźni, lekarze, nauczyciele, politycy, agenci ubezpieczeniowi itd.) to… Że wszyscy szefowie – prezydenci, prezesi, dyrektorzy, kierownicy – są tacy jak ci, o których niżej. Ale, niestety, jest takich bardzo wielu.

[more]

Świetnie, jeśli szef zna się na robocie. To naprawdę wiele załatwia i sporo ułatwia.  Powoduje, że – przynajmniej z grubsza – wie, o czym podwładny, kontrahent – do niego mówi. Nieraz jednak zdarza się tak, że niestety ma o meritum sprawy pojęcie mętne albo nie ma go wcale. I to już jest dramat.

Do tego trzeba dołożyć cechy, powiedzmy, ogólnoludzkie. Jakim szef jest człowiekiem – ? Z klasą (ten musi znać się na robocie, nie można być jednocześnie dyletantem i mieć kasę, przepraszam, klasę) lub bez, osobą o wysokiej kulturze osobistej (rzadko) lub chamem (częściej). Lubiącym ludzi lub stroniącym od nich, z sercem czy zamkniętym w sobie, nieprzystępnym.

Zajmowane stanowisko zmusza szefów do wystąpień. Na forum, przed audytorium. Jedni to uwielbiają, czują się wtedy jak ryba w wodzie, innym przychodzi to z trudem, mozolnie uczą się radzić sobie ze stresem i plączącym się językiem. Niektórym nic nie pomaga.

Ale są, bo muszą być, słuchani. Szef może wygadywać największe głupstwa. Jeśli tak się dzieje, mało kto ma tyle odwagi, na tyle silną pozycję w firmie, by powiedzieć mu to wprost. Więc zwykle gadają całkowicie bezkarnie. Jeśli to lubią – mówią w dodatku za dużo i za długo. Nawet gdy mądrze, trudno jest to wytrzymać za kolejnym – dziesiątym, setnym, pięćsetnym razem.

Najgorsze jednak jest to, że szefowie zwykle nie przestają być szefami po godzinach. Wieczorem, na urlopie lub emeryturze. Ich kompetencje stają się rozciągliwe jak guma w starych majtkach. Dalej wygłaszają swe opinie tonem autorytatywnym, nieznoszącym sprzeciwu. Na każdy temat. Bo oni się znają: w knajpie lub markecie – na żywności, przed telewizorem – na polityce, muzyce i sporcie, u cioci-kloci na imieninach – na wszystkim razem. Są nieomylni, genialni, zasłuchani w piękną barwę swego głosu, w barokową frazę kolejno wygłaszanych zdań.

Szef ma pozycję. W firmie, ale najczęściej w domu i zagrodzie też. Żaden kasujący go prawnik, lekarz, architekt wnętrz, ogrodnik, współplemieniec rodzinny, zwłaszcza jeśli gołodupiec, nie powie mu: „Zamknij się chłopie, pier… trzy po trzy, a nie masz o tym zielonego pojęcia!”.

Złośliwy jestem? Pewnie tak. Ale nie pisałbym o tym, gdybym wielu takich, niekoniecznie jako swoich przełożonych, nie spotkał.

Koniec, panie dyrektorze, już? Świetnie. Orkiestra, tusz!

(czerwiec 2012)

 

Blog and Books

Był czas, że handlowałem książkami. Sprzedawałem książki. Ale czy – jako jeden ze znienawidzonej rzeszy handlarzy obnośnych – mam prawo nazwać się księgarzem? Nawet jeśli miałem przygotowanie do tej profesji, jako absolwent polonistyki, lepsze niż większość parających się dzisiaj tym zajęciem?

[more]

Patrząc z bliska na ten wydawniczo-hurtowniano-księgarski grajdoł, mówiłem nieraz, że księgarze sprzed lat, sprzed wieków, przewracają się w grobach. No bo tak – po przełomie 1989 roku nastał wolny rynek. Mój ojciec zawsze powtarzał, że funt handlu jest lepszy niż sto kilo roboty. To stare powiedzenie znów stało się bardzo aktualne. Sklepy prywatne zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu. Co by tu otworzyć? – zastanawiał się niejeden. – Warzywniak już jest, spożywczymonopolowy też. Wiem, otworzę księgarnię! Jak postanowił, tak zrobił. Większość tych ludzi nie miała pojęcia o literaturze, książka była dla nich takim samym towarem jak pół litra czy słoik ogórków.

*

Panie i panienki w hurtowniach. Czasem bardzo miłe, to było już sporo. Ale o kompetencje w wielu przypadkach lepiej nie pytać. Właściciel jednej z hurtowni zadał  dziewczynie chcącej podjąć pracę  pytanie o polskich noblistów, czym wprawił ją w wielki popłoch.

Mój skrajny przypadek wyglądał następująco:

Stanisław Barańczak w 1999 roku otrzymał nagrodę Nike za Chirurgiczną precyzję. Widziałem codziennie po stanach magazynowych, że poza mną właściwie nikt tego tomiku nie kupuje. I któregoś ranka tleniona blondynka, świeżo po maturze, odpowiada mi, że nie ma. Jak to?! – pytam zaskoczony i wychylam się, by spojrzeć na monitor komputera. – Przez „ch”, proszę pani.

Panienka bez zmrużenia oka poprawia błąd i oświadcza: Nie ma. Wychylam się raz jeszcze, spoglądam w ekran i mówię: Przez „u”, proszę pani.

*

Z pomieszczeń tzw. wzorcowni, czyli miejsc, gdzie hurtownie eksponowały posiadany towar, notorycznie ginęły książki. Kiedyś zniknęły w katowickim „Matrasie” cztery tomy Wielkiego słownika angielsko-polskiego i polsko-angielskiego. Leżały nie dalej niż półtora metra od jednego ze sprzedażowych stanowisk komputerowych. Ktoś się nie bał i za..bał – podsumuję, lecąc staropolską frazą.

Byli też księgarze-złodzieje działający metodycznie – codziennie wynosili z hurtowni pod kurtką lub swetrem jedną – dwie książki, za które nie płacili. Do czasu.

*

Przejdźmy na drugą stronę lady. Czytelnicy. Znawcy. Bibliofile.

W 1996 roku Wisława Szymborska otrzymała nagrodę Nobla. Przekrojowy Widok z  ziarnkiem piasku był bestsellerem tamtej jesieni i zimy. Do księgarni wchodzi elegancko ubrany młody mężczyzna: flauszowy płaszcz za kolana, biała koszula, krawat, szal fantazyjnie przerzucony przez szyję i kołnierz.

– Czy są wiersze Wisłockiej?

– Może Szymborskiej?

– Nie, nie, Wisłockiej!

*

Do księgarni wchodzi bardzo już wiekowa pani, ani chybi – emerytka.

– Czy są Krzyżacy?

– Są, proszę bardzo – księgarz podaje egzemplarz.

– A to jest w jednym tomie, takie chude?! – pyta zdziwiona pani.

– Chce pani większy format? Proszę bardzo…

Starsza pani jakoś nie dowierza.

– Coś to takie dziwne – mówi w końcu, odkładając książki na ladę. – To ja pójdę gdzie indziej.

*

Do księgarni zbłądzili ojciec z około dziesięcioletnim synem. Dziecko łapie tatę za rękę i nieśmiało wskazuje podręcznik, który bardzo by mu się przydał. Ojciec wali chłopaka na odlew w twarz i cedzi przez zęby:

– W ubiegłym roku nie miałeś i zdałeś, to w tym też sobie poradzisz!

*

Sprzedaję słowniki w jakimś biurze. Jedna z pań decyduje się na zakup. Druga, by nie być gorsza, oświadcza:

– Ja też mam w domu Słownik wyrazów obcych Kobylińskiego.

*

Parę lat temu pewna pani profesor, literaturoznawczymi – nazwiska, proszę wybaczyć, nie pamiętam – powiedziała, że to nieprawda, że ludzie dziś czytają mniej niż dawniej. Różnica polega na tym, iż kiedyś do tego, że się nie czyta, wstyd było się przyznać.

*

Na swój wygląd trzeba zapracować! – mawiała Kobieta Pracująca w Czterdziestolatku.

Znajomy księgarz, wcześniej górnik, zwykle twarz miał taką, jakby dzień wcześniej ostro zabalował. Na powtarzające się ze strony innych wesołe zaczepki odparł kiedyś tak:

– Mój sztygar ciągle powtarzał – jeśli czujesz się tak, jak wyglądasz, to ci współczuję.

W bajce jak w życiu

„I żyli długo i szczęśliwie”. Taki finał ma niejedna bajka. Odkładamy książkę, uśmiechamy się, że wszystko dobrze się skończyło. Dzieci, choć wcześniej poruszone losami bohaterów, zaniepokojone o ich zdrowie i życie, zasypiają pewne, że świat jest piękny, a dobro zawsze zwycięża zło.

[more]

„Żyli długo i szczęśliwie”. Jedno zdanie na koniec historii, dłuższej lub krótszej, czasem mrożącej krew w żyłach. W finale wszystko się prostuje, jest wreszcie dobrze, tak jak być powinno. I to jest właściwy moment, by postawić ostatnią kropkę.

„Długo i szczęśliwie” nie jest już, nigdy nie było i nie będzie, pożywką dla literatury. Cóż ciekawego można napisać o szczęśliwej egzystencji aż po kres dni? Nudne to, kiczowate, ckliwe i łzawe. On kocha ją, ona jego, rodzą się im cudowne dzieci, nikt się z nikim nie kłóci, panuje dostatek i wieczna szczęśliwość. To naprawdę nie jest już materiał dla sztuki z pewnymi ambicjami. ”Długo” rzadko kiedy znaczy pięknie, „długo” oznacza nieuchronną powszedniość i monotonię, rutynę i szarość. Zaś szczęście to zwykle coś, co było, co się zdarzyło, a nie – jest i trwa.

 „Żyli długo i szczęśliwie” – to szlachetność i pokora, a może po prostu uczciwość porządnej literatury.


Zbieg z okoliczności

Przez parę miesięcy biłem się z myślami (ale bez przesady, nie za mocno i tylko od czasu do czasu), czy uruchomić drugiego bloga, by w nim pomieścić te notatki, których nijak do muzycznych zaliczyć się nie da. Ostatecznie jednak stwierdzam, że ani nie jest ich szczególnie dużo, ani też chyba nie będzie wiele w przyszłości. Z różnych powodów. A jednak trochę żal pozostawić je tak zupełnie na boku, na jakiejś elektronicznej stercie, z którą nie wiadomo, co zrobić.

[more]

Niech mi więc wybaczą ci, których to nie zainteresuje, którzy szukają w BLOG AND ROLLU, jak sama jego nazwa wskazuje, zdań o muzyce. Kosztem utraty jednorodności – ale też dając sobie prawo do napisania czegoś na inne tematy – postanawiam uruchomić nową rubrykę pt. „Zbieg z okoliczności”. W niej, czasami, zamieszczę coś niemuzycznego. Zapraszam każdego, kto zechce zajrzeć. Natomiast czytelników nastawionych na muzykę pragnę zapewnić, że rockowe granie dalej stanowić będzie istotę moich zapisków.

Chyłkiem w kolejny rok

Jeszcze nie wiem, czy to już zawsze tak będzie, ale w tym roku zupełnie nie mam poczucia winy – przede wszystkim wobec żony – że jest Sylwester, prawie dziewiętnasta, a my w całkiem normalnym odzieniu siedzimy sobie jak gdyby nigdy nic w domu i nie mamy zamiaru nigdzie się ruszać.

Nie raz dopadały mnie w życiu chwile, gdy żałowałem, że nie nauczyłem się tańczyć. Po to, by łagodnie przechodzić przez te okoliczności, które nakazywały pojawiać się na parkiecie. By nie cierpieć mąk wewnętrznych i nie skręcać się w obawie, że podepczę partnerkę – jej stopy, a już na pewno buty.

Gdzieś tam w głowie muzyki całe mnóstwo, choć niekoniecznie takiej, przy której ogół lubi wywijać różne figury z okolic gimnastyki artystycznej. Tak przy okazji: nawet na koncertach, w czasie których zupełnie zapadam się w dźwięki dobiegające do mych uszu, też – z pozoru – niewiele ze mną się dzieje. Gwizdać nie potrafię, wielominutowe klaskanie i wycie, by jeszcze raz wywołać artystę na scenę, mimo iż absolutnie do osiągnięcia tego celu niezbędne, też mnie męczy. Dobrze, że inni reagują bardziej spontanicznie, bo sam nie byłbym w stanie doprowadzić do żadnego bisu – poza kolejnym bzyczeniem muchy.

I tak sobie teraz siedzimy, z żoną, a nie muchą oczywiście. Przez szufladkę przewinęła się debiutancka płyta Magnificent Muttley – grupy, o której istnieniu jeszcze parę dni temu nie wiedziałem, teraz kręci się Let Love Rule Lenny’ego Kravitza. Trawimy sobie powoli ostatnie nabytki książkowe, sączymy wino (żona) albo piwo (ja). Zdani na siebie i własne propozycje repertuarowe muzyczno-literacko-filmowe. Wieczór jak wiele innych. Fajerwerki słychać z pewnego oddalenia, sztuczne ognie rozjaśnią niebo za parę godzin. Jeszcze tylko parę esemesów i telefonów, kieliszek o północy i będzie po wszystkim.

Czyli prawie jak zwykle. Może tylko z każdym rokiem niepokoju więcej i nostalgii, pragnienia, by życie bolało jak najrzadziej i pozwoliło nam jeszcze pobyć trochę w tej grze. By zmian jakichś szalonych i bolesnych nie doświadczyć, byśmy znów za rok, a nawet za dziesięć lat – co tam, choćby trzydzieści! – byle o własnych siłach mogli wstać z fotela i wznieść ten dziwny toast.

Mediom, nawet tym ulubionym, odpuszczam w ten wieczór wszystkie muzyczne grzechy. Sobie samemu odpuścić – to i owo, i jeszcze tamto – niestety jest już znacznie trudniej. 

(pisane 31 grudnia 2012)