Nie wszystko warte jest zapisania

images2

Za moich czasów – powiedział profesor Ireneusz Opacki – spisy lektur były krótsze – Mickiewicz: wszystko, Słowacki: wszystko, Norwid: wszystko… – Śmiech studentów stał się zdecydowanie bardziej nerwowy. – A na koniec, przed obroną, zdawało się jeszcze egzamin z całej historii literatury polskiej.

[more]

*

– Panie profesorze, z czego będzie pan pytał na egzaminie?

Był rok 1984, bodaj maj, gdy z sali padło to pytanie. Sesja egzaminacyjna zbliżała się wielkimi krokami.Indagowany zastygł na chwilę.

– Wiem, że docent Nowak pyta z życiorysów, ja nie będę – odparł, wywołując wybuch śmiechu wśród ponad setki studentów szczelnie wypełniających salę wykładową.

– Wiecie państwo – dodał po chwili – za moich czasów spisy lektur były krótsze – Mickiewicz: wszystko, Słowacki: wszystko… – Nasz śmiech stał się zdecydowanie bardziej nerwowy. – A na koniec studiów, przed obroną, zdawało się jeszcze egzamin z całej historii literatury polskiej.
*Polonistykę na Uniwersytecie Śląskim, tę w zakresie historii i teorii literatury, budował profesor Ireneusz Opacki. Niesamowite, w królestwie Gierka i Grudnia on – człowiek z Lublina, w dodatku z KUL-u. Uczeń profesora Zgorzelskiego, bodaj największego mickiewiczologa wśród literaturoznawców.

Anna Opacka, żona i także profesor, opowiadała nam kiedyś, że gdy spotykali się wtedy, w pierwszej połowie lat 70., w gronie znajomych naukowców, ci pokpiwali sobie z ich decyzji:

– UŚ – co to za uniwersytet?!…- UJ nie lepszy!… – odcinali się żartem.

Opacki wychował liczne zastępy wiernych uczniów, późniejszych doktorów i profesorów. Nie mam wątpliwości, że  w pamięci wielu – tych, którzy mieli szczęście z nim się zetknąć – pozostaje niedoścignionym mistrzem. 

Na ludzi wybitnych nie natrafiamy w życiu codziennie. Tych, których spotykamy dostatecznie wcześnie, by we właściwy sposób mogli wpłynąć na nas – jeszcze mniej. To banał, że nie każdy znaczący naukowiec jest zdolnym dydaktykiem, a nie każdy utalentowany nauczyciel – wnikliwym uczonym. Opacki został przez Opatrzność lub naturę wyposażony w wiele talentów i po wielekroć je pomnożył. Jako wybitny literaturoznawca, był jednocześnie wspaniałym pedagogiem, uwielbianym przez kolejne roczniki studentów, a ponadto charyzmatycznym administratorem – w czasie gdy studiowałem, był dyrektorem Instytutu Literatury i Kultury Polskiej i miał za sobą kilka lat prorektorowania UŚ.

Z romantyzmem, w którym się specjalizował, studentom przychodziło zmagać się na drugim roku. Do spółki z oświeceniem, co powodowało, że wykłady z historii literatury mieliśmy przez cały ten czas dwa, za to tylko czterdziestopięciominutowe. Opackiego słuchało się z zapartym tchem, trzy kwadranse mijały błyskawicznie. Postawny pan w średnim wieku, ze sporą nadwagą, łączył w sobie cechy intelektualisty i sarmackiego gawędziarza. Jego wykłady miały renesansowy oddech, zaś brawura i humor, z jakimi prezentował kolejne zagadnienia, mogły tylko budzić podziw i zazdrość w adeptach sztuki nauczycielskiej.

*

Minął rok z okładem, trzeba było podjąć decyzję o wyborze seminarium magisterskiego. Z przyszłą żoną mieliśmy zbyt wiele respektu i obaw, by wybrać grupę profesora – uznaliśmy, że to nie progi dla nas. Zresztą, miejsc u niego zabrakło natychmiast.

Zajęcia, na które się zdecydowaliśmy, z pogranicza literatury i języka, raz się odbywały, raz nie. Byłem coraz bardziej przerażony i zastanawiałem się, jak wybrnąć z tej sytuacji. Na początku grudnia zacząłem intensywnie namawiać moją dziewczynę, byśmy ratowali skórę. Wreszcie ustąpiła.

Z perspektywy lat widzę, że studiując w tym martwym czasie, w latach 1982-87, po pierwszej Solidarności, kiedy wielu nauczycieli akademickich wyrzucono z pracy, a przed drugą, mieliśmy całkiem sporo szczęścia. Wśród prowadzących zajęcia, obok osób przeciętnych i zupełnie bezbarwnych, było kilka  wybitnych. Co więcej, wśród koleżanek i kolegów – studentów też trafiło się kilkoro przyszłych profesorów. Moje osobiste szczęście polegało na tym, że z paroma spośród nich miałem kontakty nie tylko uczelniane. Jedną z tych osób była córka Profesorostwa, Danuta – dziś także profesor – z którą studiowaliśmy razem na roku i wspólnie uczęszczaliśmy na wiele ćwiczeń. 

Opacki, co za pech, miał od paru tygodni nogę w gipsie i seminarium odbywało się u niego w domu. Nie było więc prostej drogi, by znaleźć go na uczelni i uprosić o przyjęcie do już i tak rozrośniętej nad miarę grupy. 

– Danka, ratuj! – zdesperowany zaczepiłem ją pewnego dnia. – Spytaj tatę, czy nie przyjąłby nas jeszcze do swojego seminarium.

Po paru dniach przyniosła odpowiedź:- Możecie przyjść.

*

Nic piękniejszego na koniec studiów nie mogło nam się przytrafić. Z uczelni szliśmy na tramwaj, by znaleźć się po kilkunastu minutach w zupełnie innej części Sosnowca (Wydział Filologiczny UŚ mieścił się wtedy w stolicy Zagłębia, tam też mieszkało bardzo wielu pracowników naukowych, także Państwo Opaccy). 

Seminarium było liczne, prawie trzydziestoosobowe. Całą tą bandą wtaczaliśmy się do domu Profesorostwa, gęsto zapełniając największy z pokojów. Żona, pani Anna, ciepła i bezpośrednia, uwijała się, by czymś nas ugościć: gorącą herbatą i jakimiś ciasteczkami.Profesor był u siebie i nie zaprzątał sobie głowy szczegółami. Z nogą w gipsie, w pasiastej piżamie, leżał na wersalce. Obok, na kuchennym taborecie, miał zawsze paczkę marlboro, zapalniczkę i popielniczkę. Tak wyposażony czekał, aż usiądziemy i zapanuje cisza.

Najpierw ktoś wyznaczony referował fragment swojej pracy, potem dyskutowaliśmy na ten temat. Tak mijało półtorej godziny – i w uczelnianych warunkach zajęcia dobiegłyby końca. Ale nie tam, w domu. Prawdziwe uczty wtedy dopiero się zaczynały. Opacki uchylał drzwi do swojego świata, porywająco i barwie opowiadając o wszystkim: literaturze, tzw. dawnych czasach albo o aktualnych sprawach uczelni, na przykład o przygotowaniach do reaktywacji Wydziału Radia i Telewizji (którego został potem dziekanem). Cały czas miał na uwadze dobro zarówno całego uniwersytetu, jak i samej polonistyki, z troską pochylał się nad ludźmi: swoimi wychowankami wśród kadry naukowej i studentami. Był zbyt wielki, zbyt wybitny, by odczuwać niepokój czy zazdrość wobec sukcesów innych. Było zupełnie odwrotnie: raczej serdecznie kibicował i motywował.

Kiedyś jeden z kolegów – seminarzystów zapytał go:- Panie profesorze, jeśli można uczynić mały zarzut: dlaczego pan tak mało pisze?

Opacki, jak to zwykle miał w zwyczaju, zastanowił się chwilę, a potem z uśmiechem odparł:- Nie wszystko, co przyjdzie człowiekowi do głowy, warte jest od razu zapisania.

*

Profesor i jego noga wydobrzeli, zajęcia przeniosły się na uczelnię, a na początku lipca 1987 roku przyszedł moment obrony. To były moje ostatnie chwile jako studenta. Nie pamiętam już, czy wszedłem na egzamin pierwszy, czy jako jeden z pierwszych.  Największą nagrodę stanowiło wtedy dla mnie to, że profesor, gdy już poodhaczał w papierach, co musiał, przeniósł wzrok na mnie i z – chyba nieudawanym – zainteresowaniem zaczął słuchać tego, co miałem do powiedzenia.

A potem wyszedłem z sali i powoli zaczęło do mnie docierać, że w tych murach, w tej uczelni już nikt niczego ode mnie nie chce. Radość natychmiast pomieszała się z żalem, że to już koniec. I pewnie z niepokojem, co też mnie czeka w przyszłości.

*

Zdecydowanie bardziej uprawnieni do tego, by wspominać i opisywać postać Opackiego, byli i są ci, którzy wyszli spod jego skrzydeł i pozostali blisko literatury. Oni, akademicy, znacznie więcej mogliby o nim powiedzieć. Ale jednego jestem pewien: dzięki tym paru niezwykłym ludziom, z którymi jako student miałem okazję się zetknąć, dzięki przede wszystkim profesorowi, moje studia miały taki właśnie smak. A potęga smaku, jak wiadomo, jest wielka.

Profesor Ireneusz Opacki zmarł w 2005 roku. Miał niecałe siedemdziesiąt dwa lata i mógł jeszcze wiele dobrego uczynić.

Ostatni raz widziałem go w GCK-u, dzisiejszym Centrum Kultury im. Krystyny Bochenek w Katowicach. Był to albo koniec lat 90., albo początek obecnego stulecia. Brał udział w dyskusji – co dokładnie było jej treścią, już nie pamiętam, coś o literaturze polskiej i chyba, szerzej, słowiańskiej. W gronie dyskutantów znaleźli się wtedy także profesorowie Tadeusz Sławek i Aleksander Nawarecki. Czyli ci, których – obok Opackiego – zaliczam do trójcy świętej swoich nauczycieli. Ale to już temat na inną opowieść. 

*

P.S. 2 czerwca 2017 zmarła profesor Anna Opacka. O swoim mężu zawsze wyrażała się per Opacki – mieszając w sobie tylko właściwy sposób szacunek i podziw jednego naukowca dla drugiego z nutą dobrotliwej ironii właściwą małżonkom o poważnym już stażu. Była wymagająca, ale ciepła i serdeczna. Oraz bezpośrednia: do studentów częściej niż w powszechnie przyjętej formie „pani/pan” – zwracała się na ty. Co tylko dowodziło, że w relacjach międzyludzkich pewne osoby mogą pozwolić sobie na gesty, których większości zdecydowanie nie wolno i nie wypada robić. Bo gdy Pani profesor zapamiętywała nasze imiona, czuliśmy się po prostu wyróżnieni.

[W NaTemat: 21 czerwca 2017]

 

Wigilia

Słów – które nie ranią, spojrzeń – które leczą, obecności – zupełnie niecodziennej. Nieobecności nie do zapomnienia. Świątecznych serc.

[more]

*

Rodzinna wigilia, choć to i tak niepełny jeszcze skład – jedenaście osób, które miały zasiąść przy stole, wśród nich goście – brat z rodziną. Mającą dojechać dwoma samochodami, z których jeden stał już pod domem, czekaliśmy tylko na troje spóźnialskich. Potrawy – nigdy nie liczyliśmy, czy jest ich dwanaście, więcej albo mniej – były już przygotowane lub finiszowały w garnkach na gazie lub w szklanych miskach w piekarniku. 

Rozległ się – drugi w odstępie kilkunastu minut – dzwonek do drzwi, więc poszedłem otworzyć. Zanim przekręciłem zamek, nacisnąłem przycisk elektromagnesu otwierającego furtkę. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast spodziewanych biesiadników ujrzałem w ciemności nieznaną męską postać. Która w dodatku skorzystała już z faktu, że furtka została otwarta i zmierzała teraz po kilku schodach w stronę drzwi i mnie w progu.

–  Dobry wieczór – usłyszałem niepewne pozdrowienie, natrafiłem na równie niepewne spojrzenie i pełne napięcia oczekiwanie. Mężczyzna był w nieokreślonym wieku, zaniedbany, zarośnięty, ubrany w jakieś nieforemne i dalekie od stanu względnej czystości łachmany. Nie wyczułem alkoholu ani też natarczywości, raczej wyczekiwanie naznaczone niepewnością, ale i – tak – nadzieją.

Więc to dla ciebie ma być to wolne nakrycie? – pomyślałem. Obok mnie stanęła żona i z niepokojem spojrzała na przybysza wciąż stojącego w progu, a potem przeniosła wzrok na mnie. Uchylone drzwi powodowały, że do środka wpadało zimne powietrze.

– Proszę… – jakoś tak bezwiednie, jakby poza sobą, swoją wolą i rozumem podjąłem decyzję i, ku przerażeniu połowicy, cofnąłem się o krok, by facet mógł wejść do środka. Zrobił to, choć raczej nieśmiało i wciąż wyczekując, co będzie dalej. W przedpokoju znaleźli się już wszyscy domownicy i część gości, też jakby ze zdziwieniem pomieszanym z przerażeniem patrząc na całą sytuację. W tej martwej ciszy, którą przecinało tylko posapywanie potraw w kuchni, nie zdobyłem się na jakieś pytanie czy próbę szybkiego spławienia intruza.

– Niech pan zdejmie buty i proszę za mną.

Poprowadziłem go do piwnicy, gdzie mamy drugą kabinę prysznicową. Szybko wziąłem z półki wielki worek, do którego postanowiłem wrzucić jego nieświeże i – kto wie? – może zarobaczone czy zawszone ubranie.

– Proszę się rozebrać, ciuchy wrzucić do worka. Tu jest mydło, zaraz dam ręcznik. Proszę się umyć, a ja tymczasem przygotuję coś do ubrania.

Moja postura i waga lekkopółśmieszna sprawiała, że niewiele moglem mu zaoferować. Garderoba moich synów, rosłych chłopów, bardziej nadawała się do takich celów. Szybko wyciągnąłem z szaf bieliznę, jakieś stare dżinsy, koszulę i polarową, rozpinaną bluzę. No i kapcie. 

Brnąłem dalej w całą tę sytuację, pewnie miałbym zdecydowanie większe opory i obawy, ale prócz mnie w domu było jeszcze sześciu mężczyzn (reszta gości zdążyła tymczasem dotrzeć), w tym czterech młodych i krzepkich. Ale i tak trudno mi było uwolnić się od myśli, co też zrobi ten mężczyzna, czy jest sam, a może ciągnie za sobą jakieś towarzystwo, czy nie jest bandytą, czy nie przyjdzie mu do głowy przyłożenie komuś noża do gardła albo czegoś innego nieprzewidywalnego. Ogarnąłem wzrokiem pralnię i kabinę, wziąłem do ręki wór i wystawiłem go przed domem. Umyłem ręce i poprowadziłem przybysza do stołu.

Do posiłku zasiedliśmy dobre trzy kwadranse później, niż planowaliśmy, w zwarzonej atmosferze i milczeniu. Zapaliliśmy świece, wysłuchaliśmy czytanego przez jednego z synów stosownego fragmentu ewangelii św. Łukasza, pomodliliśmy się i przyszedł czas składania życzeń. Żona wzięła do ręki talerzyk z opłatkami, każdy wziął jeden i przyszedł moment składania sobie życzeń. Zamiast do żony, zwróciłem się najpierw w stronę niespodziewanego gościa. Nie wiedziałem, co powiedzieć i co zrobić, jakie wykonać gesty. Czułem, jak krew burzy mi się w żyłach i rosną emocje.

– Wszystkiego dobrego, spokojnych świąt – wydukałem.
– Nawzajem.

Wyciągnąłem rękę. Co robić? Drugą dłonią dotknąć jego ramienia? Całować go przecież nie będę. Przytulić „na misia”? Przez głowę przemknęła mi myśl, że zapomniałem dać mu przybory do golenia, a zarost miał chyba tygodniowy. Nadal prowadzony jakąś niewidzialną ręką, wykonałem gest przytulenia, wprawiając w osłupienie resztę rodziny. Zaraz nasze policzki nieuchronnie się zetkną.

Obudziłem się zlany potem, serce waliło jak oszalałe. Szczęśliwie panująca wokół ciemność niemal natychmiast zaczęła przynosić ukojenie: jak dobrze, to tylko senny koszmar! Ale i tak długo jeszcze się wierciłem, zanim udało mi się powtórnie zasnąć. Tak to jest: wiesz, że przyjdzie posiedzieć dłużej w noc – noc wigilijną – przy stole i chciałbyś być w dobrej formie i wyspany, a tymczasem los i senne zwidy płatają ci przykrego figla.

*

Grudniowy wieczór dwudziestego czwartego grudnia ma to do siebie, że zapada bardzo szybko. Umówiliśmy się z bratem i jego rodziną na szesnastą, tak by pół godziny później zasiąść do stołu. Było dziesięć po czwartej, gdy rozległ się dzwonek. Pełna iluminacja w domu nie pozostawiała żadnej wątpliwości co do obecności domowników – przed nikim nie dałoby się jej ukryć. A jednak – nie wiem czemu – zawołałem do synów:

– Chłopaki, spójrzcie dyskretnie przez okno, kto dzwoni.

Polkomtelowi do świątecznego sztambucha

Jestem Waszym klientem od 1998 roku, po takim jednak potraktowaniu oświadczam, że nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbym przedłużyć umowę. Nie życzę sobie także kolejnych telefonów (czekałem choć na jeden przez cały miesiąc) – jesteście po prostu firmą niepoważną i niewiarygodną. Oczekuję natomiast pisemnego wyjaśnienia całej sytuacji.

[more]

*

Pod koniec marca przyszłego roku wygasa moja umowa z siecią Plus GSM. Każdy, kto posiada telefon komórkowy (a więc dziś już prawie każdy chodzący w tej części świata po ziemi), wie, że operatorzy raz po raz usiłują zarzucić na nas, nomen omen, sieci.

Próbuje to czynić także ten

operator, 

z którym akurat jesteśmy związani, w myśl zasady, że najlepszą obroną jest atak. I w ten sposób w drugiej połowie października dopadł mnie Plus, ustami jakiejś pani proponując nową, oczywiście zdecydowanie korzystniejszą umowę. Gdy poprosiłem o kilka dni do namysłu, usłyszałem, że powinienem podjąć decyzję szybko, gdyż promocja trwa krótko. Skończyło się na dwudziestu czterech godzinach, spojrzeniu w internet, by przynajmniej w ten sposób zobaczyć, jaki telefon wybrałem i którym miałbym się posługiwać przez następne dwadzieścia kilka miesięcy (nie ma oczywiście szans, by konkretną ofertę otrzymać od operatora drogą mejlową).

Zgadzam się na warunki zaproponowane przez panią. Jest bodaj środa, 21 października. Zostaję poinformowany, że kurier, zgodnie z moją sugestią, zjawi się u mnie w domu za dwa dni.
Wczesnym popołudniem 23 października zaopatruję się w „dedykowany” (jaka oszałamiająca kariera słowa, które bezczelnie wchodzi w kompetencje terminu „przeznaczony”) pokrowiec, by od razu zredukować niepokoje związane z ewentualnym upadkiem urządzenia na podłogę. Futerał przyjdzie mi w najbliższych dniach – ufam, że bez większych trudności – oddać sprzedawcy. Dlaczego? Oto list, który wysłałem do firmy Polkomtel 26 listopada:

„dot. nowej umowy na 25-miesięczny okres

W połowie października br. przedstawicielka Państwa firmy złożyła mi telefonicznie nową ofertę związaną z przedłużeniem umowy abonenckiej. Oświadczyła, że nie powinienem się długo zastanawiać, gdyż propozycja jest bardzo atrakcyjna i wymaga szybkiej decyzji. Uzgodniliśmy warunki dotyczące taryfy oraz nowego aparatu telefonicznego (miał to być Samsung J1), a także to, że kurier zjawi się u mnie w piątek, 23 października, między 17.00 a 19.00*.

Kurier

przyjechał około 20.00, kiedy nie było mnie w domu. Z żoną ustalił, że przyjedzie nazajutrz, w sobotę 24 października, około godziny 9.00. Nie przyjechał ani też nie zadzwonił. Bez zapowiedzi za to przybył 27 października około 16.00, kiedy także byłem nieobecny (rozmawiał z nim mój syn). I tyle, słuch o nim zaginął, podobnie jak o przesyłce dla mnie oraz nowej umowie do podpisu.
Bodaj dzień wcześniej, 26 października w godzinach okołopołudniowych, zadzwoniłem na numer 2699, aby zasięgnąć informacji. Nie udało mi się uzyskać połączenia z operatorem, pozostawiłem więc – zgodnie z sugestią – swój numer telefonu do kontaktu. Do dzisiaj – jest 26 listopada – nikt do mnie nie oddzwonił. Tymczasem już 23 października otrzymałem od Was esemesa, że „oferta będzie aktywna od nowego okresu rozliczeniowego”.

Ponieważ nie dotrzymali Państwo zobowiązań ustalonych telefonicznie, ponieważ niczego też nie podpisywałem – rozumiem, iz obowiązuje nas dotychczasowa umowa zawarta na dwadzieścia pięć miesięcy w dniu 19 marca 2014 roku, stąd proszę o wystawianie mi kolejnych faktur.

Jestem Waszym klientem od 1998 roku, po takim jednak potraktowaniu oświadczam, że nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbym przedłużyć umowę. Nie życzę sobie także kolejnych telefonów (czekałem choć na jeden przez cały miesiąc) – jesteście po prostu firmą niepoważną i niewiarygodną. Oczekuję natomiast pisemnego wyjaśnienia całej sytuacji”.

___

* Co potwierdzono esemesem, którego otrzymałem o 19.28 w dniu 22 października.

*

Na swoje nieszczęście, 9 grudnia, natychmiast po otrzymanym upomnieniu, zasiadłem do laptopa, by uregulować czterodniową zaległość w wysokości 48 zł i 48 groszy. Tak się do tego jednak zabrałem, że zrobiłem 

przelew na 4.888 zł.

Nieźle się spociłem, gdy spojrzałem w ekran. Co robić?

Dzwonienie na 2699 jest bezsensowne – „Prosimy o pozostawienie numeru telefonu. Nasz operator jest w tej chwili zajęty, oddzwoni, jak tylko…” – czy jakaś tym podobna formułka.

Błyskawicznie drukuję potwierdzenie przelewu, wsiadam w samochód i jadę do najbliższego punktu Plus GSM, tego samego zresztą, w którym parę ostatnich razy odnawiałem umowę. Dowiaduję się, że takiego zgłoszenia nie mogą przyjąć. No jasne, tam mogę tylko zaciągnąć nowe zobowiązania, a nie podjąć próbę wyjaśnienia czegokolwiek. Przy okazji jedna z obsługujących pań potwierdza moje obawy co do infolinii: „No, nie oddzwaniają”.

Przez pewien czas usiłuję połączyć się z największym salonem katowickim: może tam mogą więcej i coś mi poradzą? Nikt jednak nie podnosi słuchawki. Dzwonię na numer 2699, ten od razu wskazuje mi inny: 2601. Cały czas rozmawiam z automatem. Wreszcie trafiam na 601 102 601 (tu mogę się mylić, bo plusowe numery dziwnym trafem poznikały z historii ostatnich połączeń). Wreszcie, po paru minutach wysłuchiwania tego, co też sieć ma mi wspaniałego do zaproponowania, z drugiej strony słyszę żywego człowieka. 

Który mnie informuje, że pieniędzy nie ma jeszcze na koncie, najlepiej, żebym zadzwonił jutro lub pojutrze, gdy będą już widoczne. Operacji mającej na celu zwrot przelanych w nadmiarze pieniędzy trzeba bowiem dokonać w trakcie połączenia telefonicznego. Tego dnia nie zrobię już nic, ale zatliła się iskierka nadziei, że sprawy przybrały właściwy obrót. W chwilę po rozmowie oddzwania do mnie numer 422 033 000. 

Automat

bada mój stopień zadowolenia, chce, abym podzielił się wrażeniami z rozmowy. Przerywam połączenie, bo wolałbym podzielić się wrażeniami dotyczącymi skuteczności moich – i drugiej strony – zabiegów, a nie tym, czy podoba mi się barwa głosu pana po drugiej stronie.

Następnego dnia dzwonię na podany przez niego numer: 601 102 607. I już wiem, że pan wprowadził mnie w błąd, bo tam, w ciągu paru minut połączenia i po wysłuchaniu całego szeregu nieinteresujących dla mnie informacji, łączę się z… automatem, który informuje mnie, że stan mojego konta to ponad cztery tysiące osiemset złotych. Tyle to wiedziałem już i wcześniej.
Wykonuję kilka niepotrzebnych połączeń z 2699 i 2601, wreszcie wybieram 601 102 601. Po kilku minutach słyszę człowieka. Wydaje się, że sprawa się wyjaśnia. Pan mówi, że firma ma siedem dni na dokonanie przelewu, ale zwykle jest to jeden, góra dwa dni. Ponieważ drugi dzień roboczy to sobota, więc pieniędzy na koncie powinienem oczekiwać w poniedziałek, 14 grudnia.

Natychmiast dzwoni  422 033 000, ale tym razem już nawet nie odbieram. Znów wydaje się, że cel już blisko, że zasieki korporacyjne udało się sforsować i wyjść na ostatnią prostą.

Po drodze, szukając różnych dróg rozwiązania problemu, 10 grudnia o 10.28 wysyłam do biura obsługi klienta sieci mejla (jestem tak wzburzony, że nie sprawdzam nawet pisowni):

„Dzień dobry,
to niewiarygodne, ale nie sposób do państwa sie dodzwonić – tak, by usłuszeć głos człowieka, zktórym można by porozmawiać i wyjaśnić w dwóch zdaniach sprawę. nie interesuje mnie automat mówiący pod numerem 601 102 607, że mam nadpłatę na koncie – to wiem. Intersuje mnie, jak moge otrzymać moje pieniądze z powrotem.
Wczoraj zapewniano mnie, że odbywa się to tylko podczas rozmowy telefonicznej, po weryfikacji danych – ale dziś pod numerem 601 102 607 słyszę tylko automat – mam chyba prawo nie pamietać numeru pluskod5?!
Proszę o kontakt – i prostą odpowiedź, kiedy otrzymam zwrot nadpłaconej omyłkowo kwoty – w wysokości, bagatela – 4.839,12 zł (róznica między wpłaconymi 4.888 zł a należnością w wyskości 48,88 zł”.

Już o 10.50 otrzymuję odpowiedź:

Szanowni Państwo, dziękujemy za kontakt z Zespołem Internetowej Obsługi Klienta sieci Plus. Wiadomość została przekazana do naszych specjalistów. Postaramy się udzielić odpowiedzi 

w najkrótszym możliwym terminie. 

Jednocześnie informujemy, że odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania znajdą Państwo na stronie: http://bok.plusgsm.pl Z poważaniem Zespół Internetowej Obsługi Klienta sieci Plus.
Już 16 grudnia dociera do mnie kolejna wiadomość (z interesującą frazą „wątek dyskusji” – zaiste, gorąca to dyskusja):
Wątek dyskusji Odpowiedź [tu nazwisko]16/12/2015 13:56Szanowny Panie,
dziękuję za nadesłaną wiadomość.
W odpowiedzi wyjaśniam, iż przesłaną korespondencję przekazałam do odpowiedniej komórki w naszej firmie. Dodam, że zwroty nadpłat w formie przelewu bankowego realizowane są w terminie 7 dni roboczych, od chwili przyjęcia zgłoszenia.
W przypadku innych pytań, zapraszam do ponownego kontaktu.
Z poważaniem [tu nazwisko] Internetowa Obsługa Klientahttp://www.plus.pl Sugerowana automatyczna odpowiedź11/12/2015 17:31.Serdecznie przepraszamy, czas udzielenia odpowiedzi wydłuży się. Prosimy o cierpliwość. Odpowiedź odeślemy w możliwie najkrótszym terminie.

*

W tzw. międzyczasie, 9 grudnia, otrzymuję esemesa: „Witamy, potwierdzamy rozpatrzenie zgłoszenia z dnia 2015-12-02. Odpowiedz pisemna otrzymaja Panstwo w najblizszym terminie. Pozdrawiamy Plus Reklamacje”.

Jest 21 grudnia. Cisza. O 10.10 wysyłam mejla:

„Dzień dobry, od zgłoszenia mija dwanaście dni – telefonicznie uczyniłem to 10 grudnia i zapewniano mnie, że najprawdopodobniej w poniedziałek, 14 bm., pieniądze wrócą na moje konto.Czy w ogóle macie je zamiar zwrócić? (…)”.

Dziś wysyłam kolejnego:

„Ponawiam moje pytanie:czy dokonacie zwrotu pieniędzy, czy mam się zwrócić do rzecznika praw konsumenta?”

*

Co mogę jeszcze zrobić, by wygrać batalię z zamkiem rodem z powieści Franza Kafki – albo, posługując się może bardziej zrozumiałym dla korporacji terminem – z 

matriksem?

Z niezdobytą twierdzą, z bezduszną machiną? Zatrudnić prawnika, by dokładnie rozeznać swoją sytuację i poczynić odpowiednie kroki? Zwrócić się do rzecznika praw konsumenta?

Patrząc na te dwa ostatnie miesiące zmagań z Polkomtelem, zastanawiam się, czy jest – a jeśli tak, to jaki – związek jednej sprawy z drugą? Nijak jednak nie znajduję wytłumaczenia dla tego typu działań Goliata przeciw Dawidowi.

Trzy dni zostały do świąt. Nowy Testament mówi, że gdy biją cię w policzek, nadstaw drugi. Mogę oczywiście życzyć: wesołych, radosnych, zdrowych itp. wszystkim związanym taką czy inną umową o pracę lub kontraktem z Plusem. Tylko komu, bo poza jedną podpisaną z imienia i nazwiska panią mam do czynienia z samymi automatami oraz Gallami Anonimami.

Oczywiście, odejdę do innej sieci. Mimo iż nie mam złudzeń, że tam będzie mi lepiej. Chodzi jednak o zasadę.

*

A najbardziej – o zwykłą, ludzką bezsilność w tak prostej, wydawałoby się, sprawie. Czy tam, po drugiej stronie, jest choć jeden człowiek, którego interesuje nie tylko pobieranie opłat i wynik sprzedażowy, ale też to, by zwykły Kowalski lub Nowak nie musiał czekać całymi tygodniami na rozwiązanie problemu? Dla korporacji wymieniona wyżej kwota jest bez znaczenia, natomiast dla mnie…

Dawno już te słowa napisał Ignacy Krasicki:

Chłopcy, przestańcie, bo się źle bawicie!

Dla was to jest igraszką, nam idzie o życie.

P.S. Dzisiaj, 23 grudnia, o 9.01 wysłałem kolejnego mejla:

„Cisza z Waszej strony doprawdy bożonarodzeniowa. Pozwalam więc sobie przesłać link do tekstu o całej sprawie”.

O dziwo, bo nie jestem aż tak zadufany w sobie, by wierzyć, że mój tekst może zrobić równie wielkie wrażenie na kimkolwiek jak analizy profesora W. Orłowskiego – już po trzynastu minutach otrzymuję wiadomość:

„Szanowny Panie,
dziękuję za nadesłaną wiadomość.
Chciałabym poinformować, że odpowiedź w sprawie terminu zwrotu błędnie nadpłaconej kwoty otrzymał Pan dnia 16/12/2015. Zaksięgowanie zwrotu nadpłaty na Pana rachunku może nastąpić do końca 7 dnia roboczego od daty przyjęcia zgłoszenia. Jest to zależne od czasu realizacji zlecenia przez bank.
W przypadku innych pytań, zapraszam do ponownego kontaktu.
Z poważaniem [tu to samo nazwisko} Internetowa Obsługa Klientahttp://www.plus.pl”.

Może bym się i zgodził, tyle że moje zgłoszenie z podaniem numeru konta bankowego miało miejsce 10, a nie 16 grudnia. Półtorej godziny temu zajrzałem na konto – i znowu zaskoczenie. Pieniądze zostały wreszcie zwrócone. Dla mnie to zdecydowanie istotniejsza z dwóch spraw, więc się – po prostu – ucieszyłem i odetchnąłem z ulgą. Ale czekam na coś jeszcze…

[W NaTemat:22 grudnia 2015]

___

* Co potwierdzono esemesem, którego otrzymałem o 19.28 w dniu 22 października.

___

* Co potwierdzono esemesem, którego otrzymałem o 19.28 w dniu 22 października.

Andrzej Duda Song

dwa_licie

Jak to dobrze, że prezydent zgodził się na telewizyjną debatę. Jak to dobrze, że ją obejrzałem. Warto było czekać. Na pierwsze pytanie zadane przez kandydata Dudę. Wśród wielu spraw niecierpiących zwłoki, ważnych i pierwszorzędnych, istotnych dla narodu i obywateli teraz i w najbliższej przyszłości na plan pierwszy wysunęła się kwestia, czy Polska to nie tylko ofiara, ale i kat narodów. Na tydzień przed drugą turą najważniejszy jest stosunek głowy państwa do Jedwabnego. Zaiste, jedwabiste to pytanie.

[more]

Poczułem się, jakbym miał – podejrzewam, że takie właśnie może być, bo jestem pijący nienadużywający – delirium tremens. Albo deja vu. Jakiś wehikuł czasu, za sprawą którego przeniosłem się w czas sprzed 10 kwietnia 2010 roku. Poczułem uderzenie w tył głowy, błyskawiczne „Skądś to znam” i zaraz potem: „Już wiem skąd”.

Kim jest prawdziwy Polak? To człowiek zgięty w pół pod ciężarem krzyża, z głową – jak żona Lota – ciągle przekręconą w tył, w tragiczną przeszłość, z nogami spętanymi biało-czerwoną szarfą. Z flagami opuszczonymi do połowy masztu, z wieńcem i wiązanką kwiatów składaną pod pomnikiem ku pamięci i czci. Wśród wrogów otaczających nas ze wschodu, z zachodu i południa, imperialistów zza oceanu i Unii Europejskiej (gdzie schronienie znalazł zbiegły z kraju Donald T.) – szukający przyjaciół z konieczności nieco dalej – na przykład w słonecznej Gruzji.

Nie mogąc wybaczyć rządzącej partii całego szeregu zaniechań, przedkładania interesów własnych nad publiczne itd. itp., z przerażeniem skonstatowałem, że oto już za chwilę mogę być wrzucony w opisaną wyżej wistość rzeczy. Najpierw brodząc (bredząc?) w niej stopami, a od jesieni, po wyborach parlamentarnych, zanurzony po dziurki w nosie. Z głową raz po raz wpychaną pod wodę.
Panie Boże, który – wierzę – że jesteś, chroń nas od przyjaciół, bo z wrogami poradzimy sobie sami – jak mówi stare powiedzenie. Chroń mnie od tych, co przekonani są, że co prawda jesteś Bogiem wszystkich ludzi, ale nas, Polaków, najbardziej. Chroń mnie od garniturów z Janem Pawłem II w klapie. Od ludzi, którym wciąż z ust wypadają przekleństwa takie, jak honor, ojczyzna, naród czy historia. Od tych, którzy wyciągać mi będą dłonie na kołdrę i zaglądać między nogi mojej żonie. Chroń mnie przed tymi, którzy w swych sercach noszą remedium na wszystkie moje smutki i niepokoje.

Którzy uszczęśliwiać mnie będą ze wszystkich sił swoich, za wszelką cenę, nawet wbrew mojej woli. Codziennie, od rana do późnej nocy, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. Co najmniej przez długie pięć lat.

[W NaTemat: 18 maja 2015]

Święta – czas umierania: Cocker, Krauze, Barańczak

Nie ma dobrej pory na umieranie, ale uczynić to na dwa dni przed świętami, w Wigilię albo w same święta – jest wyjątkowo kiepskim pomysłem. Tak się nie robi, to przecież nie wypada.

[more]

Wieści o śmierci takich ludzi, jak Joe Cocker, Krzysztof Krauze i, teraz, Stanisław Barańczak bolą szczególnie. Bo tak jest zawsze, gdy umierają ci ponadprzeciętni, ci, którzy dostarczali wzruszeń innym. Po tym (również) poznaję, że nie jestem już młody – coraz mniej wokół mnie narodzin, coraz więcej umierania.

*

Pan tu nie stał

Pan tu nie stał, zwracam panu uwagę, 

że nigdy nie stał pan za nami 

murem, na stanowisku naszym też 

pan nie stał, już nie mówiąc, że na naszym czele 

nie stał pan nigdy, pan tu nie stał, panie, 

nas na to nie stać, żeby pan tu stał 

obiema nogami na naszej ziemi, ona stoi 

przed panem otworem, a pan co, 

stoi pan sobie na uboczu 

wspólnego grobu, panie tam jest koniec, 

nie stój pan w miejscu, nie stawiaj

się pan, stawaj pan w pąsach na szarym końcu,

w końcu znajdzie się jakieś miejsce i dla pana


*

Gdy nagle, w wieku dwudziestu pięciu lat, zmarł Andrzej Bursa (1932-1957), jego przyjaciele i znajomi nie byli w stanie tak po prostu uwierzyć w tę wiadomość i pogodzić się z nią. Zebrali się i zaczęli opowiadać sobie różne śmieszne zdarzenia z poetą związane, dostając przy tym, jak dziś byśmy powiedzieli, coraz większej głupawki. W tym miejscu i ja pozwolę sobie na jedno wspomnienie – z czasów, gdy sprzedawałem książki i zaopatrywałem się w nie w hurtowniach:

Stanisław Barańczak w 1999 roku otrzymał nagrodę Nike za Chirurgiczną precyzję. Widziałem codziennie po stanach magazynowych, że tomik – jak to zwykle w ostatnich dziesięcioleciach z poezją bywa – nie sprzedaje się szczególnie szybko. I któregoś ranka panienka przy komputerze, świeżo po maturze, odpowiada mi, że nie ma. Jak to?! – pytam zaskoczony i wychylam się, by spojrzeć na monitor komputera. – Przez „ch”, proszę pani.Tleniona blondynka bez zmrużenia oka poprawia błąd i oświadcza: Nie ma. Wychylam się raz jeszcze, spoglądam w ekran i mówię: Przez „u”, proszę pani.

*

„Oto nareszcie książka, o której powiedzieć można wszystko prócz tego, że jest niepotrzebna. Przeciwnie, Kalendarium rocznic i obchodów – wydane, jak się dowiadujemy ze wstępu, już po raz jedenasty – to publikacja żywotnie niezbędna każdemu Polakowi. Budzisz się w nocy, zlany potem i przejęty grozą, bo nie pamiętasz, czy przypadkiem nazajutrz nie przypada Dzień Odlewnika? Nie ma strachu – wystarczy sięgnąć po Kalendarium i sprawdzić. Bardzo też słusznie wydano ten cenny tom w formacie kieszonkowym. Kalendarium powinna zawierać każda polska kieszeń, tak aby w dowolnej porze dnia i nocy można było szybkim ruchem wyciągnąć to kompendium i się skonsultować. Wiadomo przecież nie od dziś, że rocznice i obchody są w naszym kraju – obok wódki i czerwonego płótna – jedynym towarem, którego mamy pod dostatkiem i którego nigdy nie zabraknie. Lektura Kalendarium uświadamia nam nawet, że rocznic i obchodów bywa chwilami troszkę za dużo, co wynika z ich nierównomiernego rozmieszczenia (poprawniej: nierytmicznej lokalizacji na przestrzeni czasu). Tak np. dzień 25 maja to równoczenie: 1. Święto Ludowe 2. Dzień Działacza Kultury 3. Dzień Pracownika Przemysłu Spożywczego 4. Dzień Drukarza i 5. Dzień Jedności Afryki. Wyobraźmy sobie teraz, że ktoś jest naturalizowanym Murzynem, który zapisał się do ZSL, pracuje w drukarni, wytwarzającej etykietki na przetwory warzywne, a w wolnych chwilach działa kulturalnie w amatorskim zespole big-beatowym. Ktoś taki musiałby w jednym dniu wziąć udział w pięciu akademiach! Jak to zorganizować w czasie, jeśli nawet pominiemy kwestię nieuniknionego fizycznego wyczerpania? A co począć, jeśli ktoś jest wielodzietnym chemikiem, zatrudnionym w przemyśle terenowym? Pierwszy czerwca to przecież jednocześnie Dzień Chemika, Dzień Pracownika Przemysłu Terenowego oraz Międzynarodowy Dzień Dziecka. Trudny wybór!”.

(Fragment z: Stanisław Barańczak, Książki Najgorsze i parę innych ekscesów krytycznoliterackich. Wydawnictwo a5, Poznań 1990)

[W NaTemat: 26 grudnia 2014]

Gnocchi prosto z Soczi

Podejrzewam, że wyniku z Soczi nie poprawimy nigdy. Że drugiej Kowalczyk nie widać, a łyżwiarzom szybkim czy biathlonistkom będzie się od czasu do czasu udawać, ale nie stanie się to regułą.

[more]

Na polityce, medycynie i sporcie znają się między Odrą a Bugiem wszyscy. Dwóch Polaków – trzy opinie. No to, kurde, powiem coś od siebie, bo jak ma się tuż obok siebie dwóch dziennikarzy sportowych, to nie sposób tak zupełnie nie interesować się sportem.

W konkursie drużynowym skoków narciarskich stało się to, czego obawiałem się w odniesieniu do całego występu polskich sportowców w Soczi: że będzie wiele świetnych miejsc, otarć o podium, ale medalu – żadnego.

Tak mogło się zdarzyć. Spuścilibyśmy nosy na kwintę, bo przecież nadzieje były wielkie, a tu klops – porażka, klęska, puste ręce (już widzę te tytuły). Na szczęście jest inaczej: sypnęło medalami jak nigdy dotąd zimą, złotem jak dawno już nie w letnich igrzyskach.

I chciałbym, abyśmy zapamiętali dobrze te chwile. Z co najmniej dwóch powodów. Bo do końca olimpijskich zmagań – obym się mylił! – polska reprezentacja może nie zdobyć już żadnego krążka, a tylko jedno czy dwa punktowane miejsca. A przede wszystkim…

Gdy kilka lat temu psioczono na miejsca Adama Małysza w drugiej dziesiątce pucharowych zmagań, że słabo, kiepsko i bez formy, zastanawiałem się, czy nie zatęsknimy za tymi nastymi pozycjami w konkursach szybciej, niż nam się zdaje. Stało się – co przyjmuję z radością kibica – zupełnie inaczej: w skokach narciarskich nie tylko nie ma dziury, ale jest lepiej niż kiedykolwiek. 

I tym bardziej szkoda, że nie ma medalu w konkursie drużynowym, bo był chyba – ten olimpijski – blisko jak nigdy. Tyle że z kłopotów bogactwa, o czym przekonywano nas na początku sezonu, mówiąc, że można by z polskich skoczków złożyć dwie świetne drużyny, został jeden – za to poważny: kto czwarty do brydża. Ale jestem daleki od tego, by siedząc w ciepłym fotelu szydzić z tych, którzy w ostatnich latach dostarczają kibicom tak wielu wspaniałych wrażeń i sięgają po najwyższe laury.

I o ile w odniesieniu do skoczków mam wielką nadzieję, że w kolejce do sukcesów stoją następni obdarzeni sporymi, a może i największymi talentami, o tyle podejrzewam, że wyniku z Soczi nie poprawimy nigdy. Że drugiej Kowalczyk nie widać, a łyżwiarzom szybkim czy biathlonistkom będzie się od czasu do czasu udawać, ale nie stanie się to regułą.

Tak być może. Miejmy tego świadomość, bo sport wyczynowy to wielkie nakłady: czasu, sił i hartu ducha najwytrwalszych sportowców oraz finansowe, by ten wyczyn na najwyższym poziomie umożliwić. A to nie takie proste – zwłaszcza tam, gdzie potrzeba drogich w budowie i utrzymaniu na przykład torów łyżwiarskich. 

Więc cieszmy się tymi igrzyskami, osiągnięciami naszych rodaków. Zapamiętajmy je dobrze, bo coś czuję, że być może będą nam musiały wystarczyć na bardzo długo. Cieszmy się, bo przy takim ogólnym pospolitym ruszeniu Polska znalazła się niewiarygodnie wysoko w klasyfikacji medalowej. Lecz niech te sukcesy nie zamydlą nikomu oczu.

Zamiast mrzonek o krakowsko-zakopiańskiej olimpiadzie, może więc lepiej pomyśleć o tym, jak pracę z dziećmi i młodzieżą uczynić metodyczną i systematyczną. O paru inwestycjach, które umożliwią uprawianie rokujących dyscyplin także w kraju. Przy założeniu oczywiście, że te miliony mają pójść na sport, a nie na inne wołające o forsę kwestie społeczne.

{W NaTemat: 18 lutego 2014]

Austriackie gadanie

Są w życiu każdego takie momenty, takie zdarzenia, które – wywracając do góry nogami codzienny porządek – nakazują spojrzeć na absolutnie wszystko z innej perspektywy. Bez wnikania w szczegóły: dziś będzie niemuzycznie.

[more]

Trzeba zmienić całkowicie dekoracje. Najlepiej znaleźć się w miejscu dotąd całkiem lub prawie nieznanym, by z całą ostrością poczynić pewne obserwacje. 

Wiedeń (ale mogłoby to być zupełnie inne miasto z tych dużych w Europie Zachodniej), środki komunikacji miejskiej – tramwaj, metro. Rodzima mowa germańska miesza się z mnóstwem innych. Kolory skóry – od najbielszej po najczarniejszą czerń. Patrzę na tych ludzi – zewsząd, z Europy, Azji, Afryki – próbując to robić w miarę dyskretnie, nie zatrzymując na nikim zbyt długo wzroku. 

Siedzą lub stoją. Osobno lub w większej grupie. Zakochani, całe rodziny, znajomi z pracy. Milczą, czytają gazety lub książki, rozmawiają przez telefony komórkowe, grzebią w tych małych zabawkach, serfując zapewne po internecie, ze słuchawkami na uszach lub bez. Gadają ze sobą – cicho lub głośno. Śmieją się lub martwią.

Każdy, tak samo jak ja, niesie swoje życie. W ojczyźnie lub z dala od niej, w poszukiwaniu szczęścia lub w poczuciu straty (chociaż to się nie wyklucza), z refleksją głębszą lub całkiem jej pozbawiony. Każdy tak naprawdę sam na sam ze swoimi bliżej nieokreślonymi godzinami, jakie dane mu są od Stwórcy lub losu. Życie – jedno, jedyne, jakie stało się jego udziałem. Młodzi i starzy, chudzi i grubi, piękni i tacy sobie. Dlaczego właśnie tacy? Tacy, a nie inni? 

Każdy z dwudziestoma czterema godzinami do dyspozycji w ciągu doby. W tym przynajmniej jesteśmy równi. Z jakimś swoim początkiem, którego nie pamiętamy, i z końcem, którego nie znamy.
Takie nas mrowie. Więc – trudno się dziwić, że w tym tłumie łatwiej się zgubić niż odnaleźć, łatwiej błądzić po omacku niż rozpoznać w drugim bratnią duszę, choćby nie wiadomo jak mocno jej pragnąc.

Tak rozpaczliwie czasem próbujemy wyrwać się z objęć samotności, pojedynczości naszego bytu. Ale wszystko na nic. Urodziliśmy się osobno, nawet jeśli tuż przede mną lub tuż po mnie z brzucha tej samej matki wyjęto jeszcze jednego – no właśnie, innego – człowieka. I pomrzemy samotnie, nawet jeśli otoczeni wianuszkiem tzw. bliskich. Nawet jeśli, na przykład w szpitalu lub samochodzie, tuż obok umrze w tej samej chwili ktoś jeszcze.

(październik 2012)

[W NaTemat: 12 lutego 2014]

I co dalej, średnia klaso?

1

Klasa średnia? W Polsce? Dobre sobie. To jak postawienie znaku równości między człowiekiem wykształconym a kulturalnym (dawniej, powiedzmy jeszcze w PRL-u), albo człowiekiem wykształconym i mającym wyższe wykształcenie (dziś)

[more]

Gdy kiedyś doczytałem się, że Jeremi Przybora miał za sobą „tylko” maturę, poczułem się, jako magister z lat 80., niezbyt dobrze. On z łaciną i greką, ja z odmianą czasownika to be w czwartym roku nauki języka angielskiego.

Albo przypadek Artura Sandauera, oczekującego od swoich doktorantów znajomości czterech języków obcych, w tym dwóch klasycznych. I długo niemogącego otrzymać tytułu profesorskiego jako niespełniającego jednego warunku: brakowało mu wychowanków – doktorów.

Przed parunastu laty sędziwa już Irena Jurgielewiczowa była nominowana do literackiej nagrody Nike. W wywiadzie udzielonym „Polityce” westchnęła z nostalgią, że przed wojną człowiek wykształcony był jednocześnie kulturalnym. Czytał, bywał – w teatrze, kinie, na wystawach. Dziś – powołała się na przykład swoich wnuków – jest tak, że można się mienić osobą kulturalną, nie bywając i nie czytając. Praca wielu ludzi tak bardzo absorbuje, że nie starcza im już ani czasu, ani ochoty na cokolwiek innego. Czy to jednak – dodam od siebie – wszystko ma tłumaczyć?

Klasa między Tatrami i Bałtykiem to coś niezwykle rzadkiego, coś, co nie ma absolutnie nic wspólnego ze średnią (krajową). I na odwrót, pojęcie średniej nijak ma się tutaj do klasy. I nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Albo że coś tu się zmieni w niedalekiej przyszłości.Klasa średnia? Wychodzi mi, poloniście za przeproszeniem (choć niepraktykującemu), że to oksymoron*. Bez przeproszenia.

__________________

* W językoznawstwie: przenośne zestawienie pojęć o przeciwstawnym, wykluczającym się wzajemnie znaczeniu, np. gorzkie szczęście, wymowne milczenie (za słownikiem języka polskiego).

[W NaTemat: 19 stycznia 2014]

Święta, co depczą nam po piętach

Nie zdążyliśmy zapalić zniczy na grobach bliskich, jeszcze był październik, a w jednej z sieci handlowych już zaczęto rozkładać choinki, bombki i oświetlenie w przeróżnych gamach i kolorach.

[more]

Do świąt ponad miesiąc, miasta dopiero zalśnią drzewkami i świecidełkami, każdy, nawet najmniejszy geszeft włoży coś stosownego do witryny. Media wykrzyczą nam na różne sposoby, że one – święta – idą, że już czas. Czy pomyślałeś o najbliższych, czy nie zapomniałeś o kimś, że przecież może jeszcze coś mógłbyś, coś powinieneś kupić. Za własne albo wziąć korzystny kredyt. By święta uczynić jeszcze bardziej świątecznymi, cudownymi i niezapomnianymi.

Kilkadziesiąt godzin, z czego część przeznaczona musi być na sen i trawienie czy – ściślej – niestrawność. Kupę czasu – z przewagą kupy - zajmie nakrywanie do stołu, zbieranie naczyń do posiłkach, ładowanie do zmywarek albo zmywanie analogowe. Miejsce dla pilota też się znajdzie przy stole, to jasne.

Żołądek, głowa, a może wręcz cały organizm zacznie krzyczeć: niech już się skończą, niech miną, niech przejdą, niech już będzie po! Niech się skończą wizyty i rewizyty, prezenty i rekwizyty. Niech już wszystko wróci do normy.

Niech już będzie po, bo zaczną się wreszcie wyprzedaże, wyjątkowe, jedyne, niepowtarzalne okazje, których nie wolno przegapić. Właściwie szkoda, że jeszcze nie znieśli drugiego dnia świąt (przecież tak stało się w wielu krajach), bo można by wsiąść w samochód, pokręcić się po centrach handlowych i szybko zamienić otrzymane koperty na coś konkretnego. Niech już będzie po, by móc znów wziąć kalendarz do ręki i spojrzeć, jak wypadają święta w następnym roku.

Ale o co chodzi? Ha, żebym to ja wiedział, to bym Wam powiedział. Pewnie 24 grudnia będzie tak, że zakręceni jak w termomiksie siądziemy do wigilijnej obiadokolacji, w tle zagra płyta z kolędami, a w telewizorze pojawi się czołowa postać życia publicznego.

   Anieli grają,                                    

   Króle witają,                                     

   Pasterze śpiewają,                                     

   Bydlęta klękają,                                     

   Politycy przemawiają.

Na samą myśl o tym cyrku już dziś próbuję zapaść w sen zimowy. Ale coś czuję, że nie będzie to sen sprawiedliwego.

P.S. Kilka lat temu, gdy 24 grudnia wypadał w niedzielę, pewna pani zapytała moją lepszą połowę: 

–  Kiedy robicie Wigilię?

Żona osłupiała. 

– Jak to kiedy? Wigilia to Wigilia. W niedzielę. 

– Bo my zrobimy sobie w sobotę i będziemy mieli trzy dni świąt.

[W Natemat: 19 listopada 2013]

Neurotyk polski

neurotyk_2_fb

Działanie ma krótkie, chwilowe, doraźne bardzo. Ale jednak – ma. Nic tak nie działa kojąco na neurotyka, na jego stany lękowe, dołujące do dołu samego, czarnoświatowe i bezprzyszłościowe, jak pojawienie się w jego pobliżu innego neurotyka. Równie, a może nawet bardziej – trudno dociec – zdołowanego, pikującego gębą na dno bezdenne. Na pewno jednak – upodlonego inaczej.

[more]

Jakąż pociechę on niesie temu pierwszemu, całe sto pociech bez mała! Jeśli nawet jest to stan przejściowy, krótkotrwały, jest faktem niezaprzeczalnym, wręcz, by użyć słów klasyka, autentycznym. Świat na trochę choć otwiera swe podwoje, słońce okiem mruga, wprost żyć się zachciewa, powietrza całe pięć litrów w płuca nabrać, nachlać się nim ile wlezie. A nawet, wstyd przyznać, z radości – bo tak chyba ten stan zwą prostaczkowie – niemal krzyczeć.

Ale neurotyk zaraz potem w nową konfuzję wpada. Myśli bowiem tak: nic tak rodaka nie wprawia w dobry nastrój, jak świadomość, że drugiemu dzieje się gorzej. Że sąsiad stracił pracę. Sąsiadkę właśnie rzucił kochanek. Szwagier dziesiąty rok jeździ tym samym autem, a kumplowi z roboty pękł w mieszkaniu grzejnik i ma zalane świeżo wymienione panele podłogowe. 

A przecież ja – myśli dalej – nie jestem taki. Nie jestem taki jak wszyscy. Ci, co jedną są rodziną. Ja jestem lepszy, cierpię mocniej, dotkliwiej. Moje duchowe upodlenie niedostępne jest nikomu, żadnemu innemu szorowaczowi bruków rodzimych.

I znowu jest, jak mu Pan Bóg albo Belzebub przykazał, przykładnym całkiem lub prawie całkiem. Neurotykiem. A innym nic do tego, że, k***a, polskim.

[W NaTemat: 7 listopada 2013]