Czas na Borówki: Sasha Boole i Henry No Hurry!

pobrane11

Bartek Borówka wyrasta na najbardziej lirycznego wydawcę w naszym kraju. W ostatnim czasie trafiły do moich rąk trzy pięknie wydane przez BORÓWKA MUSIC płyty.

[more]

*

Bartek Borówka wyrasta na najbardziej lirycznego wydawcę w naszym kraju. Konsekwentnie podejmuje współpracę z – nie tylko rodzimymi – songwriterami, wyznawcami dźwięków częściej akustycznych niż elektrycznych, nawiązującymi do odwiecznych tradycji muzyki europejskiej, czyli melodii i harmonii, a także czerpiących z muzyki amerykańskiej XX wieku – przede wszystkim folku. W ostatnim czasie trafiły do moich rąk trzy pięknie wydane przez BORÓWKA MUSIC płyty. Chciałbym, póki co, zatrzymać się przy dwóch z nich.

Don’t Hurry Be Henry

Próbując podzielić się wrażeniami po wielokrotnej lekturze zawierającej trzy piosenki EP-ki Henry No Hurry! The Road trudno przebić zgrabny tekst z kartki włożonej do koperty razem z płytą: 
„Jeden samochód, kilka instrumentów.Bez pośpiechu, bez oczekiwań. Sam ze sobą i swoimi „dziwactwami”.Raz Henry, a raz Harry. Dr. Jekyll i Mr. Hyde”.

Wawrzyniec Jan Dąbrowski (Letters From Silence oraz Henry David’s Gun) tym razem przedstawia swój solowy projekt. To dziś dość powszechne, że muzycy pojawiają się w wielu składach, pojawia się tylko wątpliwość, czy w tym konkretnym przypadku mamy rzeczywiście do czynienia z doktorem Jekyllem i panem Hyde’em. Raczej ciągle jest to ten sam facet, który bez pośpiechu proponuje nam swoje niespieszne nuty. Pytanie, czy na tym etapie kariery ma uzasadnienie dzielenie uwagi swojej i – co chyba istotniejsze – słuchaczy między dwie nazwy (o Letters From Silence, mogę się mylić, ale dziś chyba trzeba mówić w czasie przeszłym). Tym bardziej, że trudno znaleźć istotne różnice stylistyczne, a i nazwiska pozostałych członków HDG pojawiają się w opisie tej płyty.

Trzy utwory, niewiele ponad dziewięć minut to zbyt mało, by wyprowadzać daleko idące wnioski. Jeśli ten materiał ma być zapowiedzią czegoś większego, to życzyłbym sobie mimo wszystko paru skoczniejszych przerywników. Nawet łagodność bowiem – jak wszystko w zbyt dużej dawce – może okazać się nieco nużąca. A ponadto – różnicy jakościowej, która pozwoliłaby wyraźnie odróżnić propozycje solowe od tych Henry David’s Gun. Świetny, matowy i chrypiący wokal oraz stylowe, swingujące gitary to spory potencjał. I szkoda by było, gdyby takie atuty przepadły we mgle tego, co usiłuje się nazywać rodzimym rynkiem muzycznym.

Sasha trzeci NieBoolesny

Sasha Boole jest – na ile mogę to ocenić – artystą szczególnie promowanym przez Bartka Borówkę, co po części może wynikać z niespotykanej aktywności ukraińskiego muzyka. Ilość koncertów, jakie daje, robi wrażenie – nawet jeśli uwzględnić fakt, iż organizacja kameralnego czy bardzo kameralnego, akustycznego występu to znacznie mniej roboty i kosztów niż gdy przychodzi zainstalować na scenie pięciu muzyków podłączonych do wzmacniaczy.

Golden Tooth to trzeci album wykonawcy. Nie znając poprzednich, nie jestem w stanie dokonać porównań. Z dołączonej notki dowiaduję się, że nowością jest bogate instrumentarium. Pewnie jest z Boole’em trochę jak z Dylanem albo Youngiem – którzy czasem nagrywali/nagrywają sami, a czasem w większych składach.Te dwa nazwiska wymieniam nieprzypadkowo, bowiem Boole zafascynowany jest tego typu muzyką amerykańską. Zaoceaniczne patenty ma nieźle rozpracowane, widać, jak bardzo inspirujące dla muzyków na całym świecie są dokonania mistrzów – poza dwoma wspomnianymi już wielkimi nazwiskami notka wymienia także Johnny’ego Casha oraz Kinga Dude’a.

Ale nie tylko dźwięki rodem z USA bliskie są Boole’owi. Całość zaczyna się bowiem dudami, których tropy prowadzą słuchacza na szkockie łąki. Natomiast na singlowe przeboje wytypować można by piosenki tytułową oraz Down By The Riverside, jakby wyrwaną z dyskografii Placebo.
Album jest krótki, niewiele ponadtrzydziestominutowy. Stanowi swoisty przegląd fascynacji Boole’a artystami i nurtami przede wszystkim, jako się rzekło, amerykańskimi. To muzyka prosta i bardzo przyjemna dla ucha, choć niekoniecznie łatwa. Piosenki zostały napisane i nagrane z dużą starannością i kulturą muzyczną – całość brzmi świetnie.

Co mi przypomina widok znajomy ten? Krążek Boole’a zamieniam w szufladce odtwarzacza na The Shore Up In The Sky Petera J. Bircha, czyli Piotra Brzezińskiego. Wcześniej soczystość, teraz więcej brudu, ale mam nieodparte wrażenie, że spotkanie obu młodych dżentelmenów w studiu nagraniowym to kwestia niedalekiej przyszłości.

(Henry No Hurry!, The Road, 2017 (EP) oraz Sasha Boole, Golden Tooth, 2017. Wyd. Borówka Music)

[W NaTemat: 8 sierpnia 2017]

Dlaczego Bob Dylan powinien odebrać Nagrodę Nobla

images

Gdy 13 października ogłoszono, że Bob Dylan został laureatem literackiej Nagrody Nobla, byłem jednym z wielu, którzy bardzo się z tego faktu ucieszyli. Gdy ostatnio artysta oświadczył, że nie przybędzie na ceremonię jej wręczenia, zmartwiłem się. Też – z pewnością – jak wielu.

[more]

*

Gdyby jurorzy Dylanowi takiego Nobla przyznali, (…) otworzyliby literaturę na twórczość, która kiedyś była jej naturalną częścią, a dziś umiejscawiana jest zazwyczaj na literackich peryferiach,  najchętniej zaś – poza literaturą. Chodzi (…) o utwory, w których słowo nie jest sekwencją czarnych liter na białej kartce, ale żywym głosem, wspólnikiem rytmu i melodii.(z książki Jerzego Jarniewicza, All You Need Is Love. Sceny z życia kontrkultury. Wyd. Znak 2016)

*

Gdy 13 października ogłoszono, że Bob Dylan został laureatem literackiej Nagrody Nobla, byłem jednym z wielu, którzy bardzo się z tego faktu ucieszyli. Pozwoliłem sobie wtedy na fb napisać: „Użyję wielkich słów, ale dzień ku temu dziś szczególny: literacki Nobel dla Boba Dylana to ostatnia pieczęć na nobilitacji rock and rolla, pop music czy jak tam zwać to coś zapoczątkowane w drugiej połowie XX wieku. Ostateczne uznanie jako wielkiego, znaczącego zjawiska w kulturze i – po prostu – w dziejach ludzkości”. Gdy ostatnio artysta oświadczył, że nie przybędzie na ceremonię jej wręczenia, zmartwiłem się. Też – z pewnością – jak wielu.

*

To, iż władcy tego świata lubią ogrzać się w blasku chwały artystów, jest stare jak świat. Historia pełna jest przypadków obecności na dworach cesarskich czy królewskich pisarzy, malarzy albo kompozytorów, nie mówiąc o „instytucji” mecenatu, który niejednemu artyście pozwalał dostatnio żyć lub ratował go przed nędzą.
Rokendrol, jak żaden inny ruch kulturowy, na wielką skalę skanalizował bunt młodych przeciw zastanemu porządkowi, skostniałym układom społecznym, przeciw imperialnym zakusom wielkich i mocnych. Rozwój mediów tylko wzmocnił tę i tak potężną falę, umożliwił rozlanie się jej pod wieloma szerokościami geograficznymi, przekraczając i łamiąc granice ustalone przez ówczesną politykę.
Można było udawać, że właściwie nic się nie dzieje, próbować całą tę bombę społeczną i kulturową zamiatać pod globalny dywan, ale nie sposób było twierdzić, że tego zjawiska nie ma. Zwłaszcza gdy z początkiem lat 60. hałas elektrycznych gitar i śpiew wokalistów z rąk czarnoskórych został przejęty przez coraz bardziej zagniewaną białą młodzież po obu stronach Atlantyku.

Już w 1965 roku The Beatles zostali uhonorowani Orderem Imperium Brytyjskiego w uznaniu zasług na polu rozsławiania Zjednoczonego Królestwa w świecie, a najstarszy z członków zespołu, John Lennon, nie miał wtedy ukończonych nawet dwudziestu pięciu lat. Z nie tak odległej przeszłości pamiętamy spotkania Vaclava Havla jako prezydenta Czechosłowacji ze Stonesami. Barack Obama wraz z małżonką wzięli parę lat temu udział w wielkiej gali poświęconej Led Zeppelin. Wojewoda śląski w latach 90., Marek Kempski, też korzystał z okazji, by spotkać się z gwiazdami rocka występującymi w katowickim Spodku – np. z Robertem Plantem i Jimmym Page’em. Przykłady można mnożyć.

Dziś nie sposób wyobrazić sobie drugą połowę XX stulecia w zachodnim świecie bez tego, co nazywa się popkulturą, bez rokendrola. Zjawisko, choć z czasem niosące coraz mniejszy ładunek społeczny, wciąż trzyma się dzielnie, choć przeistoczyło się w potężną gałąź gospodarki i narzędzie w rękach obrotnych biznesmenów. I choć z wielu gwiazd uczyniło multimilionerów, nadal nie całkiem pozbawione jest elementu buntu. A, co najistotniejsze, stało się już jednym z ogniw dziejów kultury, a nie – jak postrzegano to przez pierwsze dekady – ruchem rozsadzającym koło historii. Dość szybko zaczęto dostrzegać walory artystyczne, jakie niósł przekaz najwybitniejszych reprezentantów tego coraz bardziej skomplikowanego zjawiska – przekaz zarówno muzyczny, jak i literacki. Tym ostatnim coraz powszechniej zajmowali się historycy literatury, zaś flirty, mniej lub bardziej udane, z muzyką tzw. poważną, z orkiestrami symfonicznymi i śpiewakami operowymi, a tym bardziej ze środowiskiem jazzowym, od dawna już nie są niczym szczególnym. Rokendrol wszedł do kulturowego mainstreamu – tym łatwiej i bardziej bezkonfliktowo, im bardziej łagodnieli z wiekiem ich wielcy i niejednokrotnie najbardziej obrazoburczy przedstawiciele – uładzony świat coraz mniej ryzykował, wpuszczając na swe salony siwiejących rokendrolowców. Tych znaków wszelakich, iż establishment zaakceptował zjawisko, jest aż nadto dużo, ale też trudno, by było inaczej, skoro wielu dzisiejszych polityków i biznesmenów jest młodszych od gwiazd rocka, skoro na ich muzyce się wychowywali i z nią wkraczali w dorosłość. Muzyka rockowa w świadomości lwiej części przedstawicieli zachodnich nacji odgrywa znacznie większą rolę niż literatura czy malarstwo.

*

Z Nagrodą Nobla, jak z każdym tego typu przedsięwzięciem, bywało różnie. W przypadku tej literackiej psioczono nie raz na akademię za dokonane wybory, na jej polityczną poprawność i różne „parytety”, którymi usiłowała i usiłuje się posługiwać (np. geograficzne, płciowe czy polityczne). Psioczono za to, komu nagrodę przyznała, i za to, że komuś jej nie przyznała (czasem: nie zdążyła), choćby Jorge Luisowi Borgesowi, pisarzowi argentyńskiemu, który podobno bardzo cierpiał z tego powodu.
Bob Dylan znajdował się na liście nazwisk już od dawna, bodaj od lat 90. – „rywalizowała” z nim jeszcze Wisława Szymborska. Wówczas przez kilka kolejnych lat wymieniało się go głośno jako jednego z najbardziej prawdopodobnych kandydatów.
A potem zrobiło się jakby ciszej, a czas biegł nieubłaganie – pieśniarz ma dziś siedemdziesiąt pięć lat. Obawiałem się, że pomysł, by wreszcie dać Nobla muzykowi rockowemu, autorowi, za przeproszeniem, tekstów piosenek – rozejdzie się po kościach i w końcu umrze wraz ze śmiercią artysty. Nobilitacje rokendrola i rokendrolowców odbywały i odbywają się od dawna na przeróżne sposoby, ale tej kropki nad „i”, postawienia wreszcie znaku równości między poetami, powieściopisarzami oraz autorami tekstów piosenek – Nobla dla rockmana wciąż brakowało. Niczym ostatniej perły w bogato inkrustowanej koronie. I dobrze się stało, że gremium doszło chyba do podobnych wniosków. No bo jeśli nie Dylan, to kto?

*

Bob Dylan właściwie od początku był kimś osobnym. To jasne – aby być wybitnym, nie można być takim jak wszyscy. Trzeba iść co najmniej jeden krok z przodu, przecierać nowe szlaki, a nie podążać tymi już wydeptanymi.
Robił swoje. Został okrzyknięty zdrajcą i Judaszem już w połowie lat 60., gdy zamienił gitarę akustyczną na elektryczną. Fani protestowali i odwracali się od niego, a on – pewny swoich racji i wyborów – szedł dalej. I fani wracali.
Dziś, gdy jest starszym panem, o niepodważalnym i ogromnym dorobku, nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy już randze jego dokonań, wielkim walorom literackim pisanych przez niego tekstów – wierszy, poezji po prostu. Wiekiem i pozycją tłumaczymy wiele z jego zachowań: przechodzimy do porządku także nad dwutygodniowym milczeniem po ogłoszeniu tegorocznego werdyktu Akademii Królewskiej. Gdy jednak oświadcza, że do Skandynawii nie przyjedzie, bo trzymają go jakieś inne zobowiązania, moje serce się burzy. 

Robercie Zimmermanie, nie czujesz potrzeby, by to zrobić dla siebie? Zgoda, lecz zrób tę ostatnią rzecz dla zjawiska, którego stałeś się jednym z niekwestionowanych liderów, jego ikoną: wsiądź w samolot i odbierz tę nagrodę.
Bo dzieje ludzkości to także takie różne – krótkie, acz pamiętne i znaczące chwile: czyjegoś hołdu komuś złożonego, składania podpisów przez bardzo ważnych ludzi pod bardzo ważnymi dokumentami, wielkiej chwały lub też medali wręczanych sportowcom na olimpiadach. A więc wiwatujących, bijących brawo tłumów, błysków fleszy i kamer, które to wszystko uwiecznią. 
By kiedyś w przyszłości każdy, kto zechce, mógł zobaczyć, jak w 2016 roku pierwszy spośród rockmanów, genialny artysta drugiej połowy dwudziestego i początku dwudziestego pierwszego stulecia odbiera z królewskich rąk najważniejszą literacką nagrodę na świecie. Rozumiem, że nie zależy Ci na tym, ale powinieneś to zrobić. Przez wzgląd na pamięć tych, co umarli – Jima Morrisona, Johna Lennona czy Leonarda Cohena. Przez wzgląd na zastępy tych, co od drugiej połowy lat 50. poprzedniego wieku szarpali i szarpią struny gitar, okładają klawisze i walą w bębny. Przez wzgląd na miliony rockfanów rozsianych po całym świecie.

[W NaTemat: 23 listopada 2016]

WykopaLISKA PRZEBOJÓW 2016 4

Nigdy dotąd nie bawiłem się w jakiekolwiek rankingi. Skoro jednak uległem i dałem się namówić kolegom blogerom, by sporządzić osobistą listę płyt 2016 roku, nie będę tego faktu ukrywał, a wręcz czuję wewnętrzny imperatyw, by się ze swoich wyborów choć trochę wytłumaczyć.

[more]

Zapraszamy do lektury w NaTemat, MT i MG.

Knopflerologia stosowana

knopfler_krakow

Pan Marek sprawia wrażenie, jakby nie do końca ważne było dla niego to, że gra dla ludzi. Gra przede wszystkim dla siebie, nie przejmując się czymś takim jak operowanie nastrojami lub budowanie dramaturgii występu i dbałość o jego tempo.

[more]

*

Tauron Arena w Krakowie wypełniła się wczoraj po brzegi, a pełna hala zawsze cieszy oko i robi imponujące wrażenie. Ale też powszechnie wiadomo, że muzyka Dire Straits oraz solowe dokonania Marka Knopflera mają w Polsce wielkie rzesze wyznawców. Co prawda coraz bardziej zaawansowanych w latach, ale taka to już nieuchronna kolej rzeczy.

Zaczęło się punktualnie – chwilę po 20.00 zgasły światła i muzyka z taśmy płynnie przeszła w tę dobiegającą ze sceny. Broken Bones zabrzmiało jednak licho, dźwięk był fatalny – i dopadły mnie 

złe wspomnienia

ze Stadionu Narodowego i występu Paula McCartneya. Byłem tym niemile zaskoczony, bo przecież siedziałem na wprost sceny, a więc lepiej niż kilka miesięcy temu podczas koncertu Eltona Johna – wtedy ludzi było zdecydowanie mniej, a dźwięk bez zarzutu. W drugim Come Beef City wszystko się powtórzyło, więc mój niepokój tylko wzrósł. A przecież, po Lynyrd Skynyrd, ZZ Top i rewelacyjnym Santanie jechałem do Krakowa na swój najważniejszy koncert w tym roku. Wiosen mam za sobą trochę i w ostatnich paru latach czuję, że snuje JJ Cale’a, Erica Claptona czy gwiazdy wczorajszego koncertu zdecydowanie mocniej do mnie trafiają. W trzecim numerze – Privateering – Knopfler zamienił gitarę elektryczną na akustyczną i stał się cud – jakość tego, co dobiegało z głośników, wyraźnie się poprawiła. Bodaj od piątego numeru wszystko wreszcie było w najlepszym porządku.

Tyle że do mnie wróciły „alchemiczne” demony. Za tym słynnym koncertowym wydawnictwem nigdy nie przepadałem. Nawrócić się próbowałem wielokrotnie, ale za każdym razem dyskwalifikujące było dla mnie to, że już na samym wstępie, w otwierającym występ Once Upon a Time In the West, zamiast mocnego wprowadzenia słuchaczy w koncert, zaczyna się przynudzanie. I tego, niestety, nie zabrakło także wczoraj. Pan Marek sprawia wrażenie, jakby nie do końca ważne było dla niego to, że gra dla ludzi. Gra przede wszystkim 

dla siebie,

nie przejmując się czymś takim jak operowanie nastrojami lub budowanie dramaturgii występu i dbałość o jego tempo.

 

Nigdy nie uciekał w mainstreamowe klimaty bluesowo-rokendrolowe, w mocne molowe czy durowe solówki na wzór Hendriksa czy wspomnianego już Claptona, nigdy nie interesował go taki lub inny sprint po gryfie. Toteż szczególnie czekałem na to, za co kocham MK niezmiennie bardzo mocno: za mistrzostwo w wymyślaniu melodii (kłaniają się Peter Green i JJ Cale) i tak naprawdę najbardziej uszczęśliwiały mnie te momenty, w których serwował właśnie takie pieśni, w wersjach bardzo nieodległych od studyjnych, ale nie było tego wczoraj wiele. 

Jeśli nie otrzymuję zapierających dech w piersiach solówek, niekoniecznie mam ochotę na to, co lider ansamblu lubi chyba najbardziej: pobrzdękiwanie w irlandzkim stylu – te sola muzyków towarzyszących niespecjalnie mnie przekonały, może lepiej sprawdziłyby się w niewielkim klubie, gdzie scenę mielibyśmy na wyciągnięcie ręki, ale w wielkiej hali powodowało to jedynie, że koncert tracił 

tempo,

stanowczo zbyt szybko umykał wspaniały nastrój zbudowany w kilku momentach (najczęściej chodzi tu o kawałki DS). Rozgrzało publiczność wykonanie Romeo and Juliet (ukochany numer mojej żony), w którym drażnił jednak dość banalnie brzmiący saksofon. Zaraz potem byli Sułtani, lecz znowu – choć do gry lidera nie można się w żadnym wypadku przyczepić, zabrakło wyrazistej gitary rytmicznej, co w tak znakomitym, dynamicznym przecież kawałku nie powinno mieć miejsca.

I w ten sposób, ledwie udało się rozruszać widownię, zagrać jeden czy drugi utwór w bardziej skondensowanej formie, to zaraz potem emocje opadały i gubiliśmy się w niespecjalnie wyrafinowanych przypisach do zasadniczych tematów. Dopiero Telegraph Road na koniec części głównej, dostatecznie długi i bliski studyjnej wersji, spowodował prawdziwą

eksplozję

wśród publiczności – ta siedząca na płycie ruszyła pod scenę. To był porywający moment: owacjom nie było końca – dawno nie słyszałem, by polska publiczność tak uparcie i głośno, bardzo głośno, domagała się bisów. Nic więc dziwnego, że panowie po paru minutach wrócili, by zagrać Brothers In Arms. Od zawsze niezrozumiała jest dla mnie wyjątkowa atencja, jaką moi rodacy darzą właśnie tę pozycję z dyskografii DS, odczytuję to raczej jako wyraz uwielbienia dla całego dorobku, który – jeśli pominąć On Every Street  – kończy się właśnie na tej pieśni.

Co tu dużo mówić, zabrzmiała pięknie, choć jeszcze piękniej piosenka otwierajaca tamtą płytę, So Far Away. A na ostatni bis otrzymaliśmy Going Home: Theme From The Local Hero, co skojarzyło mi się trochę z równie błahą muzycznie piosenką Eltona Johna z „Króla Lwa”. Ale i tak zwartość bisów była wreszcie tym, na co czekałem. 

Najbardziej jednak zabrakło mi w całym zestawie tych urzekająco pięknych melodii, których Knopfler także w solowym dorobku ma mnóstwo, a na które nie znalazł miejsca nie tylko wczoraj, ale – jak spojrzeć na koncertowe setlisty – często podczas całej tej trasy. Mam na myśli piosenki w rodzaju Mighty Man czy The Fish And The Bird, a gdy mowa o DS – Why Worry albo Across The River. Ale cóż, takie już prawo artysty, by grać to, co sam uważa za stosowne, a nie dogadzać takim czy innym gustom i guścikom. 

Mam niedosyt po tym koncercie, mimo iż trwającym bite dwie godziny. Niedosyt tym większy, że dopiero co widziałem w akcji Carlosa Santanę, któremu ognia i żywiołowości nie brakowało ani przez moment, a o tym, żeby napięcie na widowni opadało, nie było w ogóle mowy. Zdaję sobie sprawę, że stawianie obok siebie latynoskich upałów i celtyckich chłodów nie do końca jest uzasadnione. Porównywanie głębi doznań już jednak  tak, tym bardziej że były to moje pierwsze spotkania z obu artystami. Piękna w Dolinie Charlotty miałem cały Bałtyk, a w Krakowie jego poziom stanowił najczęściej zaledwie średni stan Wisły. Pozostaje mi więc czym prędzej powrócić do płyt studyjnych – i ich wielkiego bogactwa.

(Mark Knopfler, Tauron Arena Kraków, 13 lipca 2015)

[W NaTemat: 14 lipca 2015]

Pod stałym napięciem i zmiennym prądem, czyli zabawy dużych i grzesznych chłopców

Próba wytyczenia granicy między bluesem a rokendrolem jest zadaniem równie karkołomnym, jak ustalanie – bez wątpienia znacznie bardziej brzemiennych w skutki – różnic dzielących ostatniego zbawionego od pierwszego potępionego na Sądzie Ostatecznym.

[more]

Sprawa jest o tyle prosta, iż wiadomo, „z których krwi krew moja” i że wszystko zostaje w rodzinie. Blues ma syna, któremu na imię rokendrol, a rokendrol ma ojca, który zwie się blues. I nie ma tutaj potrzeby wykonywania badań DNA.

Bluesowe klimaty, w które zapuszczają się czasem zdrowo łojące kapele, są w takich razach tym istotniejsze, im rzadziej i – co tu dużo mówić – lepiej są eksplorowane. Na każdej z trzech pierwszych płyt AC/DC, które dotarły do polskich rockfanów niedługo po światowych premierach, znajduje się po jednym takim właśnie kawałku.

Koncertowa If You Want Blood You’ve Got It (1978) zawiera, nomen omen,

numer The Jack 

Nie jest to pieśń opowiadająca o grzecznych dzieciach. Nie o tych na przykład, które nie interesują się jeszcze szczegółami anatomicznymi płci przeciwnej. I nie o tych, które znają tylko jedną grę karcianą – w piotrusia, zaś o pokerze na przykład nie mają bladego pojęcia. The Jack to utwór o kobiecie, która już dawno przestała być niewiastą. Nie ukrywa żadnego asa w rękawie, atutem w talii kart jest raczej walet. Czyli rzeżączka mająca stały adres zameldowania nieco poniżej jej talii. Taki Jack może stanowić wielki problem dla niejednego Little Red Roostera.

Ostatni utwór na ostatniej płycie z Bonem Scottem jako wokalistą (Highway To Hell, 1979) – to Night Prowler. Zanurzamy się głębiej w 

mroczne rejony ludzkiej duszy.

Tu role się odwracają – bohaterem jest typ spod ciemnej gwiazdy toczony potrzebami niemieszczącymi się w powszechnie dopuszczalnej normie. Z nałogowego podglądacza jest w stanie zamienić się w okrutnego gwałciciela.

Rok później, Back In Black, i znów utwór ostatni. Zostawiam na boku rozważania na temat zawartości cukru w cukrze, czyli ile dokładnie jest bluesa w tym kawałku. Brian Johnson zwraca się do takich mężczyzn jak ja dzisiaj:

„Hey there all you middle men”.

Niby jeszcze nie czas, bym stwierdzał jak główny bohater Wielkiego piękna: „Mam sześćdziesiąt pięć lat. W moim wieku piękna kobieta to za mało”. Jednak podmiot nie do końca liryczny sugeruje, że faceci około pięćdziesiątki na kobietę mogą sobie popatrzeć przez otwarte drzwi jej sypialni, ale tak naprawdę powinni ruszyć dupy i posłuchać ciężkich gitar. Bo jedyne, co ma znaczenie, to rokendrol. Rock and roll ain’t noise pollution.*

Jest to z pewnością jakieś wyjście także dziś, w znów niespokojnych czasach. Trzykrotnie – w rewelacyjnej formie – Prąd Zmienny/Prąd Stały. Niech i Was trochę popieści.
_____________________

* Tłumaczenie: „Rock and roll nie zamieczyszcza atmosfery” należy do Piotra Kaczkowskiego. Co mógł więcej powiedzieć na antenie Polskiego Radia w 1980 roku?

[W NaTemat: 5 kwietnia 2014]

Nie przynależę i nie wierzę – Maria Peszek, Katowice, Rialto, 3 lutego 2013

Jezus Maria, ale było głośno w niedzielę wieczorem w katowickim Rialcie! Mimo że, od razu powiem, był to krótki (około siedemdziesiąt pięć minut), to najlepszy koncert rockowy polskiego wykonawcy, jaki widziałem w ostatnich miesiącach. Maria Peszek z zespołem była w znakomitej formie i świetnie nagłośniona, dzięki czemu widownia nie miała problemów ze wsłuchaniem się w teksty. A było czego posłuchać.

[more]

Żałuję tylko – i wkurza mnie to – że wracam do domu i nijak nie jestem w stanie przy pomocy odtwarzacza przywołać klimatu koncertu, jego

potężnej rockowej ekspresji.

Ostatni krążek, którego zawartość stanowiła danie główne występu, jest przesiąknięty elektroniką w dawce momentami dla mnie trudno strawnej.

Maria Peszek to nie moje pokolenie. W ogóle mam wrażenie, że dzisiejszym czterdziestolatkom bliżej do dwudziestolatków niż tych w okolicach Abrahama. Podejrzewam, że chodzi tu o wejście w dorosłość albo przed, albo po 1989 roku. Najistotniejsze jest to, że za słowami przez nią wyśpiewywanymi stoi parę ładnych lat przemyśleń dotyczących świata i własnej osoby. Słowami, które należą do najważniejszych i najlepszych literacko w ostatnich latach na polskiej scenie muzycznej.

Piotr Bratkowski dawno temu, na FAMIE w bodaj 1985 roku – był wtedy felietonistą miesięcznika „Literatura”, której lekturę zaczynało się od jego refleksji dotyczących polskiego rocka – powiedział ni to dowcip, ni sentencję: „Polak – katolik, Rusek – alkoholik, Amerykan – narkotykan”.

Przywołuję to hasło, bo główna postać dopiero co obejrzanego przeze mnie koncertu określa się wobec

sztandarowych mitów polskich,

wciąż do bólu aktualnych i rozgrywanych do utraty przytomności przez jedną z opcji politycznych. Określa się tyleż osobiście, co dając wyraz odczuciom wielu nie tylko bardzo młodych dzisiaj ludzi. O naszej ojczyźnie śpiewał już kiedyś Kult, śpiewał Obywatel G.C. Głos w sprawie zabiera także Peszek w Sorry Polsko:

Płacę abonament / i za bilet płacę / chodzę na wybory / nie jeżdżę na gapę / tylko nie każ mi umierać (…) tylko nie każ mi wybierać

Do pomnikowej Matki Polki podchodzi po swojemu, wyznając ukochanemu:

Nie wiem czy chcę rozmnażać się / nie wiem czy chcę ciąg dalszy swój mieć / Kocham Cię najbardziej na świecie / ale nie chcę mieć dzieci / nie chcę być matką / i co ty na to / i co ty na to / nie będziesz tatą

Doceniam bezdyskusyjne walory literackie wyśpiewywanych tekstów, nie tylko w przytoczonych wyżej fragmentach. Ale też cieszę się, odczuwam jako facet wielką ulgę, że to nie ja muszę się bezpośrednio odnosić do kwestii reprodukcji poruszonej przez panią Marię. Nie należy ona bowiem do kobiet eterycznych, wątłych i kruchych, tak chętnie opiewanych przez poetów, zaś przymioty umysłu ustawiają ją zdecydowanie w pozycji partnerskiej, a nie kury domowej.

Do katolicyzmu czy – szerzej – kwestii wiary i Boga odnosi się, parafrazując Psalm 23:

Pan nie jest moim pasterzem / A niczego mi nie brak / Nie przynależę i nie wierzę / I chociaż idę ciemną doliną / Zła się nie ulęknę / I nie klęknę

Nie wiem, jak potraktować deklarację niewiary w zderzeniu z coverem, którym rozpoczęła się druga część koncertu – Personal Jesus Depeche Mode. Jedno wydaje się pewne – jako rozterki człowieka myślącego, zastanawiającego się:

Wyciągnij rękę i dotknij wiary
Twój własny osobisty Jezus
Ktoś, kto wysłucha twoich modlitw
Ktoś, kto się troszczy
Twój własny osobisty Jezus
Ktoś, kto wysłucha twoich modlitw
Ktoś, kto istnieje
Podnieś słuchawkę
Uczynię Cię wierzącym
 

W tym miejscu przyznam się do czegoś, co sprawi, że może ubędzie mi lajków na fejsbuku, ale trudno. Żeby nie było, że w swojej pisaninie wciąż tylko chwalę i się zachwycam. Otóż zupełnie do mnie – jako wówczas człowieka dwudziestoparoletniego – nie trafiła muzyka niegitarowa lat 80. A więc pozostałem też obojętny na wdzięki wczesnych i późniejszych depesz. Znajdują się one całkowicie poza obszarem moich zainteresowań. Ten jeden kawałek jednak, o zdecydowanie rokendrolowej proweniencji, zawsze mi się – może nie bardzo, ale jednak – podobał. I dobrze też zabrzmiał wczoraj w Rialcie.

Po tym utworze raz jeden zostaliśmy przeniesieni w mainstreamowe klimaty – Ciało przywodziło na myśl Oddech szczura Maanamu, zaś w finale otrzymaliśmy porcję rokendrolowego odlotu wziętego wprost z Velvet Underground.

Powtórzę na koniec – koncert był znakomity. Tylko, Jezus Maria, niech Maria Peszek zrobi coś (nagra płytę koncertową?), by tacy jak ja mogli do tych emocji wrócić w domowych dekoracjach.