Gitara i ja to jedno – Hendrix 70: Live At Woodstock

Madison Square Garden, 1 grudnia 2012 roku. Pierwszy weekend po siedemdziesiątych urodzinach najwspanialszego rockowego gitarzysty w historii. O tym koncercie mówiło się już od dawna. Jego program i listę gości zaczęto układać na ponad dwa lata przed planowaną datą. Szykowało się coś zupełnie nieprawdopodobnego, liczbą zgromadzonych w jednym miejscu gwiazd rocka przypominającego może Live Aid, a na pewno przerastającego na przykład koncert ku czci Freddiego Mercury’ego w 1992 roku.

[more]

Temperaturę znacznie podnosił fakt, że

mistrz ceremonii,

choć już w zaawansowanym wieku i z lekkim brzuszkiem, po dziewięciu latach milczenia, w 2004 roku wydał nową, znakomitą płytę, równie świetna była – ostatnia póki co – ta z 2009. Seria koncertów w 2010 i 2011 roku wyprzedała się na pniu, a Hendrix udowodnił, że nadal jest wielki.

Od nazwisk chętnych, by z nim zagrać w tym wyjątkowym dniu, mogło zakręcić się w głowie każdemu miłośnikowi mocnych brzmień. To jednak, co było tylko przedmiotem plotek i domysłów, podczas koncertu, a zwłaszcza na jego zakończenie, wprawiło w osłupienie wypełnioną do ostatniego miejsca halę.

W finale, w prawie

dwudziestopięciominutowym medleyu

stworzonym z Hey Joe, Voodoo Child oraz Come Together, Gimmy Shelter, Break On Through, Whole Lotta Love, Sunshine of Your Love i All Along The Watchtower, no i wieńczącym całość Gwiaździstym Sztandarze, na scenie pojawiło się dwadzieścia jeden osób.

Jeśli wcześniej zgromadzeni mogli zobaczyć m.in. Eddiego van Halena i Johna Frusciante, Briana Maya i Joego Bonamassę, Eddiego Veddera i Kurta Cobaina, Layne’a Staleya i Chrisa Cornella, to ranga artystów śpiewających i grających ostatni fragment zmusiły wszystkich widzów do pozostania przez blisko pół godziny w pozycji stojącej. Obok jubilata – w szarym garniturze, białej koszuli, ale ciągle ze słynną czerwoną przepaską we włosach – z gitarami przewieszonymi przez ramię pojawili się Jimmy Page, Eric Clapton, Keith Richards, Pete Townshend i Duane Allman. Na basie zagrali Billy Cox i Noel Redding. W chórkach, przy trzech statywach, stanęli Janis Joplin, Jim Morrison, Otis Redding, John Lennon, Bob Dylan, Mick Jagger, van Morrison i Robert Plant. Przy instrumentach klawiszowych zasiedli Steve Winwood i Paul McCartney. Potężny zestaw perkusyjny okładał „Mitch” Mitchell, a na innych bębnach zagrali John Bonham i Keith Moon.

Koncert trwał prawie dwie i pół godziny. Hendrix i goście, w zdecydowanej większości, w znakomitej formie. Niewiarygodny wieczór. Teraz pozostaje czekać na zapis występu na CD i DVD czy w jakich tam jeszcze technologiach.

*

Pijany sen naćpanego fana? Sen na pewno, choć całkiem trzeźwego faceta, który może tylko zastanawiać się, czy zdąży osiwieć, zanim wyłysieje.

Oczyszczony, zremasterowany zapis występu

Jimiego Hendriksa na festiwalu Woodstock 17 sierpnia 1969 roku robi potężne wrażenie. Lider zespołu jest wtedy młodym, niespełna dwudziestosiedmioletnim facetem. Za trzynaście miesięcy nie będzie go wśród żywych.

Gra niewiarygodnie, zrośnięty ze swoją gitarą. Wyczynia na niej takie rzeczy, gra takie dźwięki – jest, powtarzam, 1969 rok – które są zupełnie nokautujące. Nie można tego określić inaczej niż tylko w następujący sposób: rokendrol, całe gitarowe łojenie, gryfowa pogoń za rozpędzonymi myślami dzieli się na dwie epoki – przed i po Hendriksie. Po nim nie wymyślono w obsłudze gitary nic nowego, nic bardziej szalonego i kunsztownego. Nieliczni, jak Page, byli w stanie dorównać mu swingiem i techniką, inni szukali nowych jakości. Całego tego metalu, speed, black, death, trashu stających się niejednokrotnie bolesną karykaturą rokendrola.

Hendrix pozostaje bogiem

elektrycznej gitary i nie ma w tym stwierdzeniu ani grama przesady. Widzimy zagraconą scenę, pełną sprzętu, chyba z setkę ludzi tuż obok muzyków, ludzi, których nikt z tej sceny nie przeganiał. Wielusettysięczny tłum ciągnący się gdzieś hen, daleko. Czy ci młodzi ludzie tam, wtedy, pochodzący z wielkich miast i kowboje, mieli świadomość, jak wielkich rokendrolowych rzeczy są świadkami? Cholernie im tego doświadczenia zazdroszczę.

Naprawdę warto, stwierdzam po raz kolejny, usiąść przed wielkim kinowym ekranem. By – tym razem – dać się ogłuszyć od pierwszej minuty tej odjechanej i rozimpowizowanej, starej, a tak nowocześnie brzmiącej muzyce. By poobcować z geniuszem.

Drzwi percepcji w misce – The Doors, Live At The Bowl, 2012 (1968)

Czas mojej pierwszej, największej fascynacji twórczością The Doors przypada na lata studiów. W 1983 roku ukazał się, wyczarowany z zakurzonych półek i piwnic rewelacyjny koncertowy album Alive She Cried. Pierwszy chyba taki – stworzony z nagrań, które jeszcze parę lat wcześniej z racji swej kiepskiej, delikatnie mówiąc, jakości, do niczego się nie nadawały. Początki obróbki cyfrowej, choć dziś mogące budzić uśmiech, pozwoliły te utwory doprowadzić do takiego stanu, że fani mogli tylko z radości przyklasnąć.

[more]

W 1986 roku z pobytu w Grecji przywiozłem L.A. Woman, potem nastał czas pirackich kaset (wysokiej już jakości), aż wreszcie, na początku lat 90., pierwsze CD tego kwartetu pojawiły się w domowym zbiorze.

Doors to zespół, którego rolę w dziejach rokendrola trudno przecenić. Zaledwie kilka lat intensywnej działalności, ale mnóstwo znakomitej muzyki. No i legenda Jima Morrisona – świetne teksty, szaleńcze tempo życia, zdrowie nadwerężane alkoholem i narkotykami, wreszcie śmierć w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach – to dostatecznie wiele, by pamiętać o zespole i wciąż wracać do jego płyt.

I oto otrzymujemy kolejny prezent –

zapis występu z 5 lipca 1968 roku,

w dodatku w wersjach audio i wideo. Z lipca 1968, a więc momentu, gdy zespół wydaje swoją trzecią płytę, Waiting For The Sun.

Tegoroczną „nowość” nabyłem jakiś miesiąc temu. Przesłuchałem kilkunastokrotnie, ale ani razu w pełnym skupieniu, ze słuchawkami na uszach. I może dobrze, bo na film w Multikinie jechałem z nadziejami, że tę muzykę usłyszę inaczej. I, ku mej radości, tak się stało.

To niesamowite, co technika pozwala dziś zrobić ze starymi taśmami. Wspaniale oczyścić dźwięk, pozbawić go pierwotnych szumów, przekleić z innych koncertów brakujące fragmenty. Obraz, skromny, z pięciu kamer, pierwotnie analogowy, także uczynić takim, że absolutnie nic nie dokucza w 2012 roku. Czy te zabiegi są uprawnione, czy z niekompletnego zapisu sklejając całość, nie tworzymy swego rodzaju monstrum, jakiegoś muzycznego Frankensteina (nad czym zastanawiał się ostatnio Bartosz Chaciński przy okazji omawiania opublikowanego zapisu koncertu The Who w Hull). Trzeba chyba zapytać, czemu to ma służyć – tylko mamonie czy czemuś więcej? Jeśli w historii roi się od wydanych książek, których autorzy nie zdążyli z tych lub innych powodów ukończyć, książek mimo to nieraz obwołanych arcydziełami, to dlaczego odmawiać prawa do podobnego zabiegu w przypadku muzyki? Zwłaszcza jeśli efekt końcowy zdecydowanie służy sztuce i dostarcza wzruszeń jej konsumentom?

Koncert jest po prostu znakomity.

Proste środki, skromne instrumentarium (np. rozczulająco mały zestaw perkusyjny Johna Densmore’a), asceza na scenie – żadnej scenografii, świateł czy innych fajerwerków, które parę lat później stały się częścią rockowych widowisk – to wszystko sprawia, że mamy muzykę lat 60. w całej swej ostrości: albo ktoś umie grać, albo nie. I – jedno lub drugie – widać jak na dłoni.

Genialny zespół u szczytu formy. Drzwi percepcji otwarte na oścież, muzyka nieznająca żadnych granic. Odjazd zupełny. Ale dopiero obraz z tego koncertu wprawia nas w zupełne osłupienie. Co bowiem widzimy? Młodego człowieka przy mikrofonie. Wycofanego, zwykle nieobecnego, kłąb jakichś kompleksów, a jednocześnie znakomitego wokalistę i faceta o zdolnościach aktorskich. Z rzadka nawiązującego kontakt z publicznością, zwykle z przymkniętymi oczami albo wzrokiem uniesionym gdzieś wysoko.

Ray Manzarek z kolei cały czas pochylony, okładający swoje dwie klawiatury (jedną basową), czasem w chórkach wspomagający Morrisona. John Densmore, skupiony, ustawiony ze swymi bębnami na podwyższeniu, wydobywa z tak skromnej ich ilości zadziwiające nieraz dźwięki. Wydaje się, że gdyby nie bardzo przystojny, a – nade wszystko – świetnie grający na (dwóch na zmianę) gitarach Robby Krieger – wszystko by się rozleciało. On jeden sprawia wrażenie przytomnego. Popatruje, co robią koledzy, jakby kontrolując całość. Przez ponad siedemdziesiąt minut muzycy nie zamieniają ze sobą ani słowa, tylko raz widzimy, jak Morrison, uśmiechając się, podaje kubek spragnionemu Kriegerowi.

Psychodelia, odlot.

Każdy gra swoje, osobne – z pozoru. Bo to, co robią te cztery wielkie indywidualności, układa się w każdej sekundzie w porywającą całość, w najwspanialszą rokendrolową muzykę, jaką można sobie wyobrazić. Totalna improwizacja, kapitalne odejścia i powroty do głównego tematu.

Jeśli słuchając Doorsów mamy wrażenie, że wkraczamy w świat magicznych dźwięków, to należy zobaczyć zespół na ekranie, by zadziwić się jeszcze bardziej – widząc, w jaki sposób ta muzyka się rodzi. Jak to było możliwe – wtedy, w 1968 roku, blisko pół wieku temu, przy tak bardzo ograniczonych środkach, które muzycy mieli wtedy do dyspozycji? A jednak rock, za sprawą swych najbardziej utalentowanych przedstawicieli, na przełomie 60. i 70. lat wydał na świat największe dzieła. Ten koncert jest jeszcze jednym na to dowodem.


Hats off to – Led Zeppelin, Celebration Day, 2012

Re-we-la-cja. Tylko – czy to takie oczywiste, takie jasne i proste, że trzech oryginalnych członków zespołu wraz z synem czwartego wyjdzie po latach na scenę – i zmiecie z firmamentu wszystkie inne latające obiekty? Myślę, że wcale nie. I tym wspanialsze są w życiu chwile, gdy – zdaje się – czas staje i to w dodatku w jednym z najpiękniejszych możliwych miejsc.

[more]

Zastanawiam się, czy należy ubolewać nad ciągłym brakiem mocy sprawczej, by tego rockowego giganta wskrzesić na dłużej, czy może magia takich chwil zaklęta jest właśnie w ich wyjątkowości. I jak bardzo ta magia jest rozciągliwa – na jedną trasę koncertową, na tydzień, miesiąc, pół roku? A jednocześnie nie sposób z niepokojem nie odnotować faktu, że od tego występu mija już pięć lat i jeśli „LZ reaktywacja”, krótsza lub dłuższa, miałaby stać się faktem, to czasu na to robi się wciąż mniej i mniej. Jimmy Page ma dziś już sześćdziesiąt osiem lat, Plant i Jones niewiele mniej…

Ostatni pokaz specjalny filmu

będącego rejestracją ostatniego póki co występu kwartetu, który miał miejsce w O2 Arena w Londynie 10 grudnia 2007 roku, odbył się w zabrzańskim Multikinie na dwanaście dni przed rynkową premierą wydawnictw DVD i CD. Warto było się wybrać – nawet najlepszy i największy domowy ekran nie jest w stanie konkurować z kinowym, nie mówiąc o pilocie pod ręką i funkcji „pauza” albo „stop” i przerwie na kawę lub siusiu. Do kina idziemy z żoną wyłącznie po to, by patrzeć na film, w jednym kawałku, od początku do końca.

Scenę mieli panowie niemałych rozmiarów, ale – mimo różnych niedomówień w przeszłości – chemia między nimi była taka, że stali na kilku metrach kwadratowych, wciąż uśmiechając się do siebie nawzajem. Nie dziwię się – gęba rozpromieniła mi się od pierwszych dźwięków Good Times Bad Times, którym rozpoczęli występ, i pozostałem w zachwycie do samego końca. A oni przenieśli się w czasie do najlepszych momentów swoich muzycznych karier, przez dwie godziny robili to, co kochają w życiu najbardziej – grali swoją muzykę w wypełnionej do ostatniego miejsca sali. I to tę muzykę, która stanowi szczyt artystycznych dokonań zarówno ich, jak i jeden z najwyższych szczytów całej historii rocka. Nietrudno tych facetów zrozumieć: znów jesteśmy razem, stare nuty znów unoszą nas nad ziemię, a ludzie wiwatują. Rozpiera nas duma i radość.

Z mojej rockowej trójcy przenajświętszej: Beatles, Rolling Stones i Led Zeppelin – ci ostatni wyzwalają adrenalinę największą. Nie dziwota, bo

łojenie to potężne,

kryjące w sobie wielką moc i – jeśli o mnie chodzi – nie do pobicia przez nikogo. Wszystko w tym świetnie sfilmowanym koncercie było najwyższej próby – głos Roberta Planta rozgrzany od pierwszej minuty, a momentami szybujący w tak wysokie rejestry jak czterdzieści lat temu. Page, po którym najbardziej było widać, ile wysiłku kosztuje takie wiosłowanie, grał jak za starych czasów, fenomenalnie. Znakomicie zakonserwowany John Paul Jones znów udowadniał, że jest mistrzem drugiego planu – jego bas brzmiał przepięknie, zaś gdy przesiadał się do klawiatury, równie pięknie obsługiwał stopami basowy syntezator. Jason Bonham odwalał, tak jak ojciec, kawał ciężkiej roboty przy bębnach, a w Misty Mountain Hop nawet wspomógł wokalnie Planta. W ogóle, wyraźnie budził w pozostałych panach ojcowskie uczucia.

Dyskutowanie nad programem koncertu – co zespół zagrał, a – zwłaszcza – czego nie – nie ma sensu. Tym bardziej, że jeśli utarło się wyznaczać w wydawnictwach płytowych grupy cezurę między pierwszymi czterema albumami i resztą, to wczoraj uświadomiłem sobie, iż w wersji na żywo jest to podział bezsensowny. Jakże znakomicie zabrzmiały The Song Remains The Same, In My Time Of Dying czy Nobody’s Fault But Mine!

Jakaż to

lekcja rokendrola

dla wszystkich – starych i młodych fanów, dla muzyków – kamery tak często pokazują palce gitarzystów, że można nieźle podpatrzeć, skąd te dźwięki się biorą. Psychodelii też nie zabrakło, kiedy Page w Dazed And Confused zamienił kostkę na smyczek, a i później w No Quarter. Potęga tego grania jest wielka i absolutnie ponadczasowa.

Na deser dwa bisy, wpierw Whole Lotta Love (jeszcze raz sajkedelik), a na sam koniec, nomen omen, Rock And Roll. Panowie kłaniają się ostatni raz i definitywnie schodzą ze sceny. Tłum szaleje, a moje serce woła: „Jeszcze, jeszcze!”.

Na zakończenie powiem tylko tyle – dla każdego rockfana Celebration Day to pozycja obowiązkowa na półce. Zaraz w listopadzie albo najpóźniej pod choinkę.


Jesteś Bogiem. Reż. Leszek Dawid, 2012

Nie moja bajka. Hip-hop nie jest moją muzyką, nie to pokolenie. I tu właściwie mógłbym skończyć, ale to byłoby za proste.

[more]

Akcja filmu – tak jak i rzeczywiste wydarzenia – rozgrywa się w Katowicach-Bogucicach, wszystko w promieniu trzech kilometrów od miejsca, w którym mieszkam od prawie trzydziestu lat. Sześć lat pracowałem w kopalni „Katowice”, która przez blisko dwa stulecia, aż do zamknięcia w 1999 roku, stanowiła serce tej dzielnicy. Znam wszystkie bogucickie kąty pokazywane na ekranie. To sprawia, że trudno pozostać obojętnym.

Drugi powód – Śląsk, muzyka i pod wieloma względami historia podobna do tej pokazanej w Skazanym na bluesa (reż. J. Kidawa-Błoński, 2005). Samotność prostego i skomplikowanego jednocześnie człowieka. Najczęściej nieumiejącego nazwać niepokojów go gnębiących, co wcale tych problemów nie czyniło mniejszymi. Nieradzącego sobie ze sobą i światem.

Nie sposób nie dostrzec też analogii między kobietami obu bohaterów. Justyna przeżywa dokładnie te same rozterki co Gola. Nieszczęściem ich obu stało się to, że pokochały neurotycznych mężczyzn, którzy – nawet jeśli bardzo chcieli i czasem próbowali – nie nadawali się do roli mężów, a jeszcze bardziej ojców.

W Skazanym wiele rzeczy było mi dobrze znanych, wiele byłem w stanie zweryfikować, rozpoznać jako twór wyobraźni autorów filmu, w Jesteś Bogiem nie potrafię tego uczynić. Ale to nie ma znaczenia. Oba filmy, mimo punktowanych przez krytyków mielizn scenariuszowych i realizacyjnych, są w gruncie rzeczy przejmującymi historiami samotności.

Wydaje się, że Magikowi wystarczyłoby znacznie mniej niż Riedlowi, by się uratować. Może wręcz jest tak, że Riedel był już chory nieuleczalnie, przez długie lata, a Magik nie znalazł tej jednej, jedynej pomocnej dłoni, która w odpowiednim momencie pomogłaby mu wyjść z kręgu samobójczych myśli i wrócić do w miarę normalnego życia. Z filmu wynika raczej, że bardziej niż o rodzinę chodzi o opłakane relacje „biznesowe” między zespołem a hochsztaplerami, którzy na piosenkach Paktofoniki zwąchali niezły interes do zrobienia. Choć jednocześnie, jako ojciec dwudziestojednoletnich dziś mężczyzn wiem, że w tym wieku trudno jeszcze mówić o pełnej dorosłości (Piotr Łuszcz popełnia samobójstwo, mając zaledwie dwadzieścia dwa lata).

O Riedlu można powiedzieć – zaryzykuję stwierdzenie – że tej pomocy w gruncie rzeczy nie chciał. O Magiku – że nie nadeszła w porę. Wspominając największe postacie muzyki drugiej połowy XX wieku, te, które przedwcześnie rozstały się z życiem, niejednokrotnie zastanawiałem się, czy ludzie ci – i wszyscy inni odbierający sobie życie – rzeczywiście chcieli to zrobić. Czy życie potrafi boleć do tego stopnia, by utracić wszelką nadzieję i na zimno podjąć decyzję o jego zakończeniu. I to „na zimno” zrealizować potem na przykład przez otwarcie okna i przełożenie nóg przez parapet na dziewiątym piętrze. W tych ostatnich, pełnych wewnętrznego napięcia chwilach z pewnością coraz głębiej wpadając w bezdenną dziurę czarnych myśli.

Szaleństwo niepoparte szczególnymi działaniami i osiągnięciami w tej lub innej dziedzinie życia, sztuce czy nauce – jest najczęściej dokuczliwym dla otoczenia dziwactwem. Jeśli te osiągnięcia się pojawiają – powodują, że inność, przynajmniej w pewnym stopniu, zostaje usprawiedliwiona.

Kaliber 44, Paktofonika, Magik – to trzy legendy polskiej muzyki ostatniego dwudziestolecia. Śmierć, bezsensowna, okrutna i zawsze straszna – tę legendę legitymizuje w najmocniejszy z możliwych sposobów.

Jesteś Bogiem to artystycznie film znacznie wyższych lotów niż Skazany na bluesa, pewnie więc dostanie sporo różnych nagród na różnych festiwalach. Dla mnie pozostanie jednak przede wszystkim przejmującym studium samotności w czasach – szczerzącej niejednokrotnie wilcze zęby – transformacji. A samej muzyki jest w nim umiarkowanie dużo. Czy to zarzut? Chyba nie, bo to historia muzyków, a nie film muzyczny.

*

Z zapisaniem tytułu filmu mam problem. Panuje tu niekonsekwencja. Bóg raz pojawia się pisany z dużej, raz z małej litery.