The Rolling Stones Olé Olé Olé!

pobrane4

– Ile lat nie było prezydenta USA na Kubie? – pyta w rozmowie telefonicznej Mick Jagger. – Nie wiem, chyba jakieś osiemdziesiąt – pada odpowiedź. – I ma przyjechać właśnie teraz, gdy my chcemy zagrać koncert?!

[more]

*

W katowickim „Rialcie”, w czasie niedawnych obchodów siedemdziesięciolecia urodzin Tadeusza Sławka, profesora i rektora Uniwersytetu Śląskiego, jubilat z renesansową jak zawsze brawurą skojarzeń porównał dyskusje między miłośnikami psów i kotów do zagorzałych przed paroma dziesiątkami lat sporów między fanami The Beatles i Rolling Stones (o domniemaną wyższość jednych nad drugimi lub odwrotnie).

Wychowany zostałem, jeszcze w okresie przedszkolnym, w miłości do obu zespołów. Przez kolejne pół wieku to bardzo nieletnie uczucie przekształcało się w coś dozgonnego i nie do ruszenia. Pozostaje mi poczynić tylko jedno, oczywiste, rozróżnienie. The Beatles to od 1970 roku historia, tym boleśniejsza, że nie ma już wśród żywych Johna Lennona i George’a Harrisona, a The Stones, jak gdyby nigdy nic, górę swej legendy usypują wciąż wyższą i wyższą. Patrząc w poniedziałkowy wieczór na te cztery – chyba nie tylko moje? –

najukochańsze gęby

rokendrola, na te twarze bezlitośnie poorane nie wyłącznie upływem czasu, w oczy nadal gotowych na szaloną zabawę nastolatków, pomyślałem sobie: „O rany, ledwie wyskoczyłem z pieluch, gdy w moim domu zaczęła rozbrzmiewać ich muzyka, poszedłem do szkół, wkroczyłem w tzw. dorosłość, ożeniłem się, urodzili się moi synowie – dziś już dorosłe chłopy, zacząłem się starzeć, siwieć i łysieć, a oni ciągle grają!”. Przyszło mi do głowy, że ja będę umierał, a oni szykować się będą do następnej trasy koncertowej.

Właśnie: film jest swego rodzaju impresją dotyczącą ostatniej, wiosennej trasy kapeli, tym razem po Ameryce Południowej, którą zwieńczył mozolnie przygotowywany występ w Hawanie. Widzimy wariujących na punkcie muzyki TRS ludzi kilku pokoleń, w Santiago de Chile, Montevideo, Limie czy Meksyku. Oglądamy szczególnie obszerny fragment dotyczący Argentyny i Buenos Aires (to zdecydowanie temat na oddzielny film). 

Dowiadujemy się lub przypominamy sobie o tym, że w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, targanych nie tylko gospodarczymi problemami, rządzonych w sposób dyktatorski – muzyka rockowa była zakazana (tu, w europejskich demoludach, żadna władza nie odważyła się posunąć tak daleko), że w Argentynie Stonesi stali się symbolem tego muzycznego i kulturowego „ruchu oporu” młodych, zwanego rollingas.

Otrzymujemy migawki z pobytu członków zespołu w kolejnych stolicach, z ich spotkań z miejscowymi muzykami. Wreszcie, co oczywiste, wypowiedzi samych muzyków – dotyczące zarówno zespołu, jego historii, jak i passusy o nieustannej, wielkiej ochocie, by karmić się nowymi wrażeniami, by poznawać świat i ludzi, inne kultury.

To wszystko przetykane jest fragmentami występów. Słychać, że ciągle znakomitych. Widać powtarzające się

obrazki oszalałych ze szczęścia,

roześmianych lub płaczących ze wzruszenia fanów wypełniających szczelnie kolejne stadiony i nie mniej szczęśliwych muzyków, którzy doładowują swoje – i tak nie do zdarcia – akumulatory gorącą reakcją widowni, wniebowziętych, że wciąż mogą robić to, co kochają w życiu najbardziej, dając jednocześnie radość milionom ludzi na świecie.

Widać też przez cały film to, co zostaje na samym jego końcu zwerbalizowane. Pamiętamy, że w kapeli działo się różnie, Richards w opublikowanej nie tak dawno, bo w 2011 roku biografii pisał z nutą goryczy, iż w garderobie Jaggera nie był od dwudziestu lat. Jak w małżeństwie z długoletnim stażem, bywały okresy lepsze i gorsze. Dziś te relacje są znów wspaniałe, starsi panowie wciąż, na scenie i poza nią, poszturchują się jak sztubaki, uśmiechają się raz po raz do siebie wyraźnie zadowoleni z faktu, że wciąż są razem, podczas każdego kolejnego koncertu przywracając pełny blask dawnym kompozycjom, pieczętując po raz enty przyjaźń między sobą – to niesamowite, wykraczające daleko poza scenę rokendrolowe braterstwo krwi i potu.

Jest taki fragment filmu, gdy Glimmer Twins wspominają, jak w 1968 roku urwali się w czwórkę, z Marianne Faithfull i Anitą Pallenberg, do Rio de Janeiro i jak tam właśnie narodził się jeden z największych przebojów, Honky Tonky Women. I zaraz potem nastolatkowie po siedemdziesiątce, jeden z gitarą, grają ten numer w jakiejś garderobie. Radość patrzeć, radość słuchać. Richards zresztą pięknie mówi w innym miejscu o tym wyjątkowym instrumencie, jakim jest dla niego gitara: „Gdy zaczynałem, nie wiem, czy to ja grałem na niej, czy ona na mnie”.

Motywem przewodnim filmu 

jest organizacja – darmowego – koncertu zespołu w Hawanie, długie miesiące przygotowań, dogadywania się w tej sprawie z komunistyczną władzą na Kubie. Gdy okazuje się, że z pierwotnie ustalonym terminem ma zbiec się  pierwsza od lat wizyta prezydenta USA na wyspie, że miałoby to nastąpić na dwanaście godzin przed przybyciem Obamy, Jagger odbywa rozmowę telefoniczną z jedną z menedżerek. Pyta:

– Ile lat nie było prezydenta USA na Kubie?- Nie wiem, chyba jakieś osiemdziesiąt – pada odpowiedź.- I ma przyjechać właśnie teraz, gdy my chcemy zagrać koncert?!

Data zostaje przesunięta o prawie dwa tygodnie, okazuje się, że to Wielki Piątek i tym razem papież Franciszek apeluje o zmianę terminu. Ekipa jest już jednak tak zmęczona i zdesperowana, że postanawia nie ulec tym naciskom. Koncert dochodzi do skutku.

Nie wiem, czy Stonesi są na Kubie bardziej popularni od Chrystusa (pół wieku temu takim stwierdzeniem o Beatlesach zbulwersował świat Lennon), ale wierzę, że jeśli Bóg jest, wybaczył to nałożenie się dat. Bo ta trasa koncertowa przypomniała o czymś bardzo ważnym: 

o ładunku społecznym i kulturowym,

jaki niósł ze sobą rokendrol w latach sześćdziesiątych, ze swoimi anarchistycznymi i pacyfistycznymi przesłaniami. Wpadając na chwilę w patos: być może ten występ był najpiękniejszym nabożeństwem wielkopiątkowym, jakie mogło w bieżącym roku przydarzyć się wyspie panów Castro. Wydarzeniem przywracającym tamtejszym ludziom godność, przypominającym o wartości największej – wolności. Każdy, kto – tak jak ja – pamięta czasy    PRL-u, rok 1980 i potem 1989, nie może nie dostrzec tych analogii. Rokendrol to wyzwolenie, widziany z perspektywy innej niż europejska czy północnoamerykańska, jest wciąż bombą o wielkim ładunku. Zwłaszcza gdy jest tak znakomicie podawany, grany na najwyższym mimo upływu lat poziomie. Przecież tych czterech panów uosabia wolność i anarchię jak mało kto.

Rok 2016 w dziejach rocka będzie datą bardzo znaczącą: z jednej strony z powodu śmierci wyjątkowo wielu wybitnych jego przedstawicieli, a z drugiej – za sprawą Nagrody Nobla dla Boba Dylana i wielce symbolicznego koncertu The Rolling Stones w Hawanie.

(The Rolling Stones Olé Olé Olé!, reż Paul Dugdale, 2016)

[W NaTemat: 29 grudnia 2016]

Portret potrójny we wnętrzu

ostatnia_rodzina1

„Ostatnia rodzina” to z pewnością nie jest film o normalnej podstawowej komórce społecznej. Tylko że w takiej normalnej – inaczej niż u Beksińskich – nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Z mieszczańskiego trybu życia raczej nie zrodzi się nowa jakość.

[more]

*

Wściekły na matkę Tomasz – z tego powodu, że pieczołowicie posprzątała mu mieszkanie – wpada do kuchni rodziców, by na oczach osłupiałej i przerażonej rodzicielki (oraz… filmującego to wszystko kamerą ojca) demoluje pomieszczenie, wywracając szafki i zrzucając puszki i inne pojemniki na ziemię. Po takim nalocie wychodzi. Pani Zofia – zapłakana – klęka na kolana i zaczyna sprzątać. Po chwili zwraca się błagalnym tonem do męża, by ulitował się nad nią i przestać kręcić.

W przeciętnej rodzinie, w podobnej sytuacji ojciec, jeśli już nie próbowałby zatrzymać wściekłego syna, to zabrałby się razem z żoną do sprzątania. W innym wypadku w jego stronę natychmiast poleciałby talerz lub inny garnek, a na pewno parę niewybrednych, ale w pełni uzasadnionych sytuacją zdań komentarza.

„Ostatnia rodzina” to z pewnością nie jest film o normalnej podstawowej komórce społecznej. Tylko że w takiej normalnej nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Jej członkowie zwykle nie mają wybitnych osiągnięć, nie są tymi, co posuwają świat choć o milimetr naprzód w tej lub innej dziedzinie, nie legitymują się szczególnymi zdolnościami artystycznymi. Normalność to przeciętność, a ta jest przeciwieństwem indywidualności. Z mieszczańskiego trybu życia nie rodzi się nowa jakość, nie powstaje żadna wartość dodana.

*
Aż boję się to napisać, lecz film mnie rozczarował. Tym mianowicie, że nie wniósł niczego nowego do mojej wiedzy o rodzinie Beksińskich, że nie był w stanie zrobić ani kroku dalej poza to, co opisała w swej znakomitej książce Magdalena Grzebałkowska. Owszem: nagrody w Locarno i Gdyni, świetne recenzje, moja – widza – pewność, że kochany od czasów „Ziemi obiecanej” i „Dyrygenta” Andrzej Seweryn dorzucił do swego CV kolejną wielką kreację, że Dawid Ogrodnik po „Chce się żyć” ma następną wybitną rolę na koncie, że nie ustępuje im Aleksandra Konieczna, wybornie obsadzona w roli Zofii Beksińskiej. O tym byłem przekonany już przed projekcją i po dwóch godzinach w kinie nic się nie zmieniło. A najwyraźniej bardzo pragnąłem być czymś jeszcze zaskoczony.

*

Ze Zdzisławem Beksińskim czy – ściślej – informacjami na jego temat zetknąłem się po raz pierwszy w 1983 roku, zimą. Kolega ze studiów kupił nowy numer „Architektury”, a tam znalazł się reportaż o malarzu uzupełniony kilkoma fotografiami: jego obrazów oraz pracowni. Zafascynował mnie widok zarówno prac, jak i miejsca, w którym powstawały: widać było najwyższej wówczas klasy sprzęt audio, zaś odpytywany artysta opowiadał, że lubi pracować przy muzyce rockowej, a o takie deklaracje nie było przecież łatwo w tamtych latach.

Gdy ponad trzy dekady później oddawałem się lekturze książki „Beksińscy. Portret podwójny” uświadomiłem sobie, że w 1978 lub 79 roku miałem w rękach taśmę magnetofonową będącą własnością Tomasza. Ówczesna członkini naszej rodziny studiowała anglistykę na UŚ – i najpewniej była na tym samym roku, co przyszły redaktor. Co musiała zrobić, by pożyczył jej tę taśmę, nie mam pojęcia. Do odsłuchania ostatecznie nie doszło, bo lepszy sprzęt w moim domu pojawił się dopiero rok-dwa lata później, a wtedy stał tam tylko skromniutki ZK120, owa szpula natomiast była za duża – miała średnicę osiemnastu centymetrów i zawierała w dodatku zapis stereofoniczny.

W latach 80. byłem stałym słuchaczem „Wieczoru płytowego” i zdecydowanie bardziej wolałem propozycje Tomasza Beksińskiego niż Tomasza Szachowskiego. Nie kojarząc do pewnego momentu, że jest on synem Zdzisława, nie przepadając za jego nawiedzonym częstokroć komentarzem, nie zgadzając się z wieloma opiniami – chętnie jednak nagrywałem prezentowane przez niego płyty, np. te King Crimson z lat 80. Pamiętam, jak na przykład zżymał się na So Petera Gabriela, nazywając tę płytę flakami. Schabowym natomiast określił czwarty album artysty.

Jego nocnych audycji w Trójce nie dane mi było słuchać. Ani jego, ani Piotra Kaczkowskiego, ani żadnych innych. Z prostych powodów: za szamanizmem nigdy nie przepadałem, w miejscu pracy musiałem stawiać się najpóźniej o 6.59, a w 1991 roku urodzili mi się synowie, od razu dwaj. To wszystko skutecznie wyłączyło mnie na parę lat ze śledzenia na bieżąco tego, co dzieje się w muzyce, z możliwości spokojnego słuchania radia i płyt. Do regularnej lektury „Teraz Rocka”, następcy „Tylko Rocka”, też już nie wróciłem. Nie znałem więc felietonów redaktora TB.

Który już wtedy, w latach 90., narzekał na komputery i postępującą, jak to się obecnie mówi, cyfryzację – cóż powiedziałby dzisiaj, kiedy „w chmurze” wiedzą o nas więcej, niż mieściło się w teczkach wybrańców peerelowskich służb bezpieczeństwa? O którego odlotach, a tym bardziej ich skali, nie miałem – jak chyba większość – bladego pojęcia.

*

A potem, w odstępie paru lat, obiegły Polskę dwie informacje: o samobójstwie Tomasza (1999) i, znacznie bardziej wstrząsająca, o okrutnym zabójstwie – ale czy zabójstwo może nie być okrutne? – Zdzisława (2005).

Dopiero z wydanej dziewięć lat później książki Grzebałkowskiej, z pietyzmem i detektywistyczną dociekliwością odtwarzającej losy tych kilkorga ludzi, poznałem szczegóły ich życia. Po fascynującej i szokującej wielokrotnie lekturze mogłem zachodzić w głowę, co jeszcze można tutaj dopowiedzieć, jakie ujawnić nieznane szczegóły.

Film Jana P. Matuszyńskiego skupił się na okresie warszawskim – 1977-2005. Zamienił, przepraszam za banał, słowo na obraz. Scenariusz Robert Bolesto napisał co prawda wcześniej, niż ujrzała światło dzienne wspomniana książka, ale film objawił się światu później… No właśnie. Prawdopodobnie gdybym nie znał Grzebałkowskiej, byłbym – podobnie jak wielu – zachwycony. 

Jednocześnie, dodam od razu, mam przekonanie – bo znam trochę siebie – że gdy zdarzy mi się oglądać film drugi czy trzeci raz (a jestem pewien, że tak się stanie), moja opinia złagodnieje. Wiedząc już „co”, uważniej będę śledził „jak”. 

Nie sposób też uwolnić się od refleksji, że „Ostatnia rodzina”, zdecydowanie nieświęta, aczkolwiek z Zofią niczym Matka Boska, a za sprawą matek – babć Tomasza praktykująca i katolicka, w krzywym zwierciadle pokazuje niejedną spośród naszych rodzin, bez wątpienia znacznie bardziej pospolitych. Z tych rodzin – gdy patrzymy z boku – pozorną lub faktyczną dziwnością graniczącą z dziwactwem, z zachowaniami i wzajemnymi relacjami nie do końca uznawanymi powszechnie za normalne. Ale co w ogóle jest normą?

Strach pomyśleć, co by było, gdyby film się nie udał, gdyby zepsuł nośny temat. Jest na szczęście bardzo dobry, tyle że – powtórzę – po lekturze książki niczym już nie zaskakuje, choć niejednego widza – tak jak moją żonę – potrafi porządnie „skopać”.

(Jan P. Matuszyński, Ostatnia rodzina, 2016)

[W NaTemat: 23 października 2016]

Nawet sobie nie wyobrażasz, jak mi ze sobą źle

janis

Jest w filmie taka scena, gdy Paul A. Rothchild, producent, mówi do Joplin: „Chcę, byś najlepszą swoją płytę nagrała za trzydzieści lat”.

[more]

*

„Janis” to film poprawny. Mało? I tak, i nie. Gdyby podobna produkcja dotyczyła gwiazdy ostatnich lat, na przykład zmarłego kilkanaście dni temu Davida Bowiego, nasz zawód byłby zdecydowanie uzasadniony. Bo z ogromnej ilości wszelkich dostępnych materiałów da się obecnie wysmażyć coś znacznie bardziej smakowitego. Da się, co nie znaczy, że ostateczny kształt potrawy musi przypaść do gustu tzw. ogółowi. Najlepszymi dowodami ostatnich lat są chyba „Sugarman”, świetny, choć nie całkiem prawdziwy film o Sixto Rodriguezie, oraz zdecydowanie słabszy „Amy” – ulepiony z tysięcy filmików zarejestrowanych w swoich telefonach komórkowych przez przeróżnych ludzi. I pokazujący młodą dziewczynę tyleż utalentowaną, co zupełnie nieznośną i ciężkostrawną.

*

Życie generalnie ulepione jest z chwil raczej mało niż bardzo istotnych. I w większości też tych, w których nie prezentujemy się szczególnie dobrze. Chyba każdy z widzów „Janis” ma świadomość, że gdyby tego typu film mógł powstać w ostatnim czasie i posłużyć się dostępnymi dziś technologiami, prawdopodobnie ujrzelibyśmy niejedną gwiazdę równie mocno obnażoną i zdemaskowaną, jak Amy Winehouse. Także Janis Joplin, bo pewnych analogii między obiema paniami nie sposób nie dostrzec.

Film o Joplince ma jednak co najmniej 

jedną wielką wartość: 

zbiera w sto sześć minut szereg archiwalnych materiałów – wywiadów, wystąpień w programach telewizyjnych, a nade wszystko fragmentów koncertów. Właśnie, sprawa byłaby w pewien sposób prostsza, gdyby na tapetę wziąć jakiś koncert JJ i poddać technologicznej obróbce, jak na przykład zrobiono to z występem Hendriksa na festiwalu w Woodstock czy koncertem Doors w The Bowl w 1968. Wtedy zostalibyśmy sam na sam wyłącznie z muzyką.

Film jednak usiłuje, czasem w lepszy, a zwykle w pozostawiający sporo do życzenia sposób nakreślić sylwetkę wokalistki. I znów: w filmach telewizyjnych o podobnym charakterze mniej jest archiwaliów „pozaestradowych”, więcej natomiast głosów dziennikarzy muzycznych analizujących po latach takie czy inne zjawisko. Tu tego nie ma, są natomiast głosy kilku muzyków, którzy związani byli z Joplin w różnych okresach jej kariery, są głosy siostry i brata, co z kolei jest próbą odtworzenia punktu wyjścia, czyli domu rodzinnego artystki w Teksasie.

*

Film nie porywa, nie urzeka – i tym szybciej po jego zakończeniu zastanawiamy się, 

na ile jest miarodajny,

na ile prawdziwie przypomina losy przedwcześnie zmarłej wokalistki. 

Czegoś się jednak dowiadujemy albo też o czymś nam przypomina: o mieszczańskiej Ameryce końca wojny (Joplin urodziła się w 1943 roku), lat 50. i 60., o trudnym procesie przenikania się społeczności i kultury białych i czarnych, który gwałtownie przyspieszył i nie zawsze w pokojowy sposób przebiegał w okresie flower power. O dzieciństwie i, zwłaszcza, dorastaniu w środowisku rówieśników, wielu cierpieniach, jakich doświadczyła niegrzesząca szczególną urodą Janis ze strony grupy szkolnych kolegów. 

O objawieniu się jej wokalnego talentu,

o San Francisco pozostającym w muzycznej opozycji do Los Angeles, o pierwszym i kolejnych zespołach, z którymi przyszło Joplin występować. O pierwszym kontrakcie płytowym i trasach koncertowych. O poszukiwaniu miłości i heroinie, która ją – w zupełnie nieoczekiwanym momencie – zabiła.

Dostrzegamy wiele podobieństw do innych wielkich artystów. Choćby Jima Morrisona, który był tak nieśmiały, że wstydził się śpiewać, a w końcu do tego namówiony, na początku kariery stał odwrócony tyłem do widowni. Joplin podobnie, weszła w muzykę obarczona całą masą kompleksów i z niskim poczuciem własnej wartości. Tyle że skala jej talentu wokalnego ujawniła się bardzo szybko – i szybko też piosenkarka postanowiła wielu ludziom, zwłaszcza z rodzinnego Port Arthur, udowodnić, jak bardzo mylili się co do jej osoby.

Rozdwojony obraz artystki nie dziwi. Nie zaskakuje to, że w szalonym świecie muzyki końca lat 60. jest 

mnóstwo drugów i alkoholu,

a ich dostępność powoduje, że nikt – ani muzyk wywodzący się z prostej, robotniczej rodziny, ani ten o inteligenckim pochodzeniu – nie potrafi się temu oprzeć. Joplin też nie, ale jednocześnie z listów do rodziny, które stanowią swoiste intermedia w filmie – wyłania się obraz normalnej, skromnej i myślącej dziewczyny.

*
Najcenniejsza jest muzyka – to nie podlega dyskusji, bo Joplin to przecież jedna z ikon rokendrola, członkini okrytego złą sławą „Klubu 27”. A więc ważne są fragmenty występów, choćby tego w Monterrey w 1967 roku. Podobnie cenne jest to, co o muzyce i jej roli w życiu mówi sama artystka. Na przykład o wspaniałym sprzężeniu zwrotnym między sceną a widownią, o przenikaniu się tych dwóch energii, co jest niezbędne, by móc dać z siebie wszystko.

W pewnym momencie pada pytanie: czy czasem nie masz dość, nie czujesz, że dziś nie jest twój dzień, że masz doła i nie powinnaś śpiewać? Joplin z uśmiechem zaprzecza, mówi, że nie ma takiej możliwości.

Jest natomiast ta powtarzalna w życiu muzyka okoliczność, że koncert się kończy, gasną światła, publiczność się rozchodzi, a ty zostajesz [b]sam z tym wszystkim.[/b] 
Ze sobą, z nadwrażliwością, z pobudzeniem lub otępieniem narkotycznym czy alkoholowym, z banalnym, ale zupełnie nieznośnym bólem istnienia. „Nawet sobie nie wyobrażasz, jak mi ze sobą źle” mówi Janis do jednego z rozmówców.

Gdyby przeżyła, przeszła ten szalony czas w życiu, pewnie – jak powiedział Tony Bennett po śmierci Winehouse – nauczyłaby się żyć. Tak jak Jagger, Richards i wielu innych balansujących przez długie lata na cienkiej linie. I pewnie też nagrałaby jeszcze mnóstwo znakomitych piosenek i całych albumów.

Paul A. Rothchild, słynny producent płyt The Doors, produkujący album JJ zatytułowany Pearl, który ukazał się już po śmierci artystki, intensywnie namawiał ją do śpiewania w inny, dojrzalszy sposób, niż robiła to dotąd. Nauczył – właśnie on, jeśli wierzyć filmowi – świadomego operowania głosem, tego, że niekoniecznie trzeba go nieustannie forsować, by przekazywać swoje emocje. Jest taka scena, gdy mówi do Janis: „Chcę, byś najlepszą swoją płytę nagrała za trzydzieści lat”.

Stało się jednak inaczej. Po długim okresie odstawienia heroiny, którą zastąpiła alkoholem, wokalistka postanowiła 

wziąć jeszcze raz.

Ostatni, by sobie przypomnieć, jak to jest „po”. 4 października 1970 roku znaleziono ją w pokoju hotelowym w Los Angeles. Na podłodze, obok łóżka. Martwą.

(Janis. Little Girl Blue, reż. Amy Berg, 2015)

[W NaTemat: 27 stycznia 2016]

„Amy” – czyli to nie my toniemy

amy

Nigdzie nie uczą, jak być gwiazdą – padają z ekranu mocne słowa. Podmiot zdarzeń raz po raz traci ostrość – zarówno w oczach innych, jak i – co gorsza – własnych.

[more]

*

Z racji wieku bez entuzjazmu i ze sporą dozą nieufności odnoszę się do nowinek technicznych, ze szczególnym uwzględnieniem tych o kieszonkowych czy kieszeniowych rozmiarach. I oto pierwszy raz w takim wymiarze przychodzi mi docenić ich istnienie. Film zmontowany jest bowiem ze strzępów, okruchów – tego, co przeróżni ludzie mieli nagrane w swoich – najczęściej – telefonach komórkowych i co udało się od nich z nieraz wielkim trudem wydobyć reżyserowi Asifowi Kapadii. A ile takiego materiału do dwugodzinnego z okładem obrazu nie weszło, można się tylko domyślać. Film bez tych śladów rozsianych w setkach miejsc nie mógłby powstać. Najwyraźniej jesteśmy świadkami narodzin

nowego rodzaju filmu dokumentalnego.

*

Całość jest chwilami wzruszająca, ale niebędąca w stanie nas – mojej żony i mnie – poruszyć do głębi, sprawić, byśmy wzięli bezwarunkowo stronę głównej bohaterki.

Dom rodzinny Amy Winehouse, choć z pewnymi niespełnionymi – za sprawą ojca – ambicjami artystycznymi do szczególnych nie należał. Rozpadł się też jak wiele innych dzisiaj. Przyszła wokalistka może i odznaczała się większą niż przeciętna wrażliwością, ale na pewno nie inteligencją. Film bezwiednie obnaża niemal całkowitą pustkę jej życia, w którym potrzeby tzw. wyższego rzędu sprowadziły się do pisania tekstów – powiedzmy szczerze, nie znowu takich wybitnie poetyckich – oraz rozpaczliwego szukania miłości. Co niesamowite w tym piekle – uczuciach wytrwale lokowanych przez wiele lat w tym samym, niezbyt ich godnym mężczyźnie.

Żyjąc w ten sposób, mając całymi miesiącami w żyłach

więcej alkoholu i dragów niż krwi,

z góry podpisuje się wyrok na siebie. Kwestią czasu tylko pozostaje, kiedy i w jakich dokładnie okolicznościach zostanie on wykonany. Ta baśń, w zdecydowanie Andersenowskim, skandynawsko-beznadziejnym klimacie, nie jest moją baśnią.

A co do bohaterów pierwszo- i drugoplanowych tej opowieści – sądzę, że to towarzystwo niczym nie różniło się od wielu podobnych w szołbiznesie. Ktoś robi karierę i, co najistoniejsze, pieniądze, a grupa satelicka próbuje się w blasku tej sławy ogrzać i wyszarpać dla siebie kawałek finansowego tortu.

Film niczego w tym względzie nie sugeruje. Do tego stopnia nie, że powodów, dla których powraca do Amy jej chłopak (późniejszy mąż), możemy się tylko domyślać, ale z ekranu nie dowiadujemy się na ten temat niczego. Niesmak natomiast może powodować między innymi fragment, gdy odpoczywającą od zgiełku i dochodzącą z oporami do jako takiej formy Amy odwiedza w Hiszpanii jej ojciec. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie ekipa filmowa, którą zabrał ze sobą. Po co, to chyba nie pozostawia wątpliwości.

Świat dziś taki, że wszystko w nim jest na sprzedaż, zwłaszcza cudze nieszczęścia. Los AW jest więc od pewnego momentu stałą pożywką dla nie tylko brukowej prasy, gonią za wokalistką paparazzi, komicy robią sobie żarty z tego, że kroczy ona cieniutką miedzą oddzielającą „być” od „nie być”. Trzeba dopiero rozwiązań ostatecznych, by choć na chwilę uświadomić sobie niestosowność takich zachowań.

Człowiek to czy maszynka do robienia pieniędzy?

Nigdzie nie uczą, jak być gwiazdą

– padają z ekranu mocne słowa. Podmiot zdarzeń raz po raz traci ostrość – zarówno w oczach innych, jak i – co gorsza – własnych. Bolesny paradoks polega na tym, że wszystkim, bez wyjątku, łatwiej jest wzruszyć się w obliczu czyjejś  śmierci, niż zmagać z uchodzącym z drugiego człowieka życiem, podjąć próbę pomocy w walce z ciężką chorobą, jaką jest uzależnienie od gorzały i narkotyków. Nikt nie ma pomysłu, jak temu zaradzić, a sama bohaterka, mimo kilku przerw w tym szaleńczym zjeździe, też nie ma dość sił albo ochoty, by zeskoczyć z karuzeli. W chwili największej chwały, w dniu otrzymania pięciu nagród Grammy (2008), gdy wreszcie ma dłuższą przerwę od używek, mówi do przyjaciółki: „Bez dragów jest tu strasznie nudno”.

*

Wiedza o prywatnym wymiarze życia artystów wydaje się, w takim przypadku, nieszczególnie potrzebna. Przedwczesna śmierć, zwłaszcza ta wprowadzająca do nobliwego „Klubu 27”, którego członkami zostali wcześniej Hendrix, Joplin, Morrison czy Cobain, znakomicie wpływa na utrwalenie legendy oraz sprzedaż płyt. Biografia tworzy kontekst, rzuca pewne światło na dokonania, ale może też po prostu przeszkadzać.

Po co mi wiedzieć, z jak wielką pustką czy emocjonalną dziurą nie do zasypania Winehouse wkroczyła w dorosłe życie i na światowe sceny? Że z dzieciństwa nie wyniosła

fundamentów,

na których mogłaby w miarę bezpiecznie oprzeć się w przyszłości? Że w tym Kopciuszku, z pulchnej nastolatki przeistaczającym się w piękną kobietę, bardziej widzę wytatuowaną panienkę w wyzywających strojach, takimże makijażu i fryzurze, osobę, która połyka życie łapczywie, bez umiaru i refleksji, niż kogoś o dużej wrażliwości i delikatności?

Najistotniejsze powinno być to, że w białej skórze czaił się fantastyczny, czarny głos. Mnie akurat nie uwiódł, ta nadekspresyjność przywodzi na myśl minione dziesięciolecia, Joplin na przykład. Dziś śpiewa się trochę inaczej, ale w przypadku AW wiele mogło jeszcze ulec zmianie. Ten głos mógł, powinien pojawiać się ku radości milionów słuchaczy na wielu jeszcze płytach przez najbliższych kilkadziesiąt lat.

Tymczasem zapamiętujemy z filmu między innymi fragment rejestrujący początek występu z Belgradu – tego, który miał być wstępem do nowej trasy koncertowej. Winehouse broniła się całą sobą przed tym, by wykonywać piosenki z krążka Back To Black. Jakby próbowała zamknąć ten rozdział, w którym główną postacią był jej – uwięziony teraz – mąż. Zmuszona przez sztab ludzi, weszła do samolotu, a potem na scenę ledwie trzymając się na nogach, zupełnie niezdolna do śpiewania. I, jak się miało niebawem okazać, do dalszego życia.

Mistrz Tony Bennett, z którym AW nagrała wspólnie klasyk Body And Soul, mówi pod koniec filmu coś, co jest z jednej strony mądrością starego człowieka, a z drugiej puentuje opisany dramat: „Gdybym spotkał Amy raz jeszcze, powiedziałbym jej, że jeśli będzie żyła dostatecznie długo, nauczy się żyć”.

(Amy, reż. Asif Kapadia, 2015)

[W NaTemat: 24 sierpnia 2015]

„O krok od sławy”- film o mistrzach drugiego planu

o_krok_od_sawy

„Twenty Feet From Stardom”. Dwadzieścia stóp – tyle mniej więcej dzieli na scenie statyw frontmana od statywu chórku. Niewiele, a jednak bardzo dużo. Dla tych, którzy pragną pokonać tę odległość, a życie realizacji tego celu nie ułatwia. „O krok od sławy” – to nagrodzony Oscarem dokument Morgana Neville’a opowiadający historię kilkorga znakomitych chórzystów.

[more]

Nie każdy może – i pragnie – zostać

liderem. 

W życiu, w każdej jego dziedzinie. Mamy zwykle szarą masę, peleton z jego czołówką, środkiem i maruderami jadącymi tuż przed autokarem z napisem „Koniec wyścigu”. Tych, którzy wciąż szarpią do przodu, którzy chcą być w szpicy, urwać się stawce – jest niewielu. Z tej grupy część próbuje, ale im nie wychodzi. Czegoś brakuje – talentu, pracowitości? Może tylko i aż splotu kilku sprzyjających i zupełnie niemerytorycznych okoliczności. Uśmiechu losu, szczęścia. Tak jest na każdym polu działalności, ale szczególnie frustrujące okazuje się to tam, gdzie przekroczona zostaje granica między rzemiosłem a sztuką, między byciem wyrobnikiem a artystą. Czego trzeba, by nie zakopać otrzymanego od Boga lub natury talentu? Co musi się stać, by swoje umiejętności objawić światu, by głosem, śpiewaniem realizować się i dawać radość innym? Aby nakarmić wielkie nieraz ego?

Początki chórków

w pop music są niewinne i zwykle mdłe jak serek homogenizowany. Biały wokalista i trzy białe panie o urodzie i, co gorsza, głosach pensjonarek. Gdy jednak wybucha rokendrol, rusza fala soulu, gdy branża – znacznie wcześniej niż inne sfery rzeczywistości – dopuszcza do głosu czarnych, okazuje się, że wszystko to może nabrać zupełnie innego wymiaru. Protestanckie kościoły i gospel stają się wylęgarnią mnóstwa fantastycznych głosów. Te powoli, zrazu jako backing vocals czarnych wykonawców, zaczynają być wchłaniane przez rynek muzyczny. W filmie mamy wskazane przykłady zespołów Raya Charlesa oraz Ike’a i Tiny Turnerów.

Boom lat 60. na Wyspach Brytyjskich, zorientowanie młodych wykonawców na muzykę czarnych także otworzył spore możliwości w tej części szołbiznesu. Po chórki tworzone z czarnych dziewczyn chętnie sięgali m.in. Joe Cocker czy Rolling Stones. Z tymi drugimi oraz Mary Clayton związana jest chyba najciekawsza anegdota całego filmu. Otóż dama ta została wyrwana w środku nocy ze snu i ściągnięta do studia nagraniowego, by zaśpiewać partię w Gimmie Shelter, otwierającym genialny album TRS Let It Bleed z 1969 roku.

Frontmani, słynni artyści bardzo chętnie i 

z wielkim szacunkiem

opowiadają w filmie o swoich chórzystach: Bruce Springsteen, Sting, Mick Jagger. Może ludziom spełnionym łatwiej jest chwalić innych? A ci inni, choć czasem bardzo pragnęli przebić się na pierwszy plan, zostać solistami, nie dali rady. Film nie stara się definiować przyczyn tych niepowodzeń. Zwykle nie nazywa wprost – np. tego, że wielu spośród nich zdanych było po prostu na odtwórstwo, czekanie na to, co napiszą dla nich inni. Mówi jednak wyraźnie, że wśród powodów, dla których obdarzeni fenomenalnym głosem ludzie nie zrobili kariery, dominują zwykle względy pozamuzyczne. Splot niesprzyjających przypadków. Część z nich nie wytrzymała ciśnienia, odeszła z branży, część – niespełniona – wciąż po cichu liczy na swoje pięć minut. Wykonawcy starsi wiekiem, świadomi, iż większość życia mają już poza sobą, są pogodniejsi. Młodsi wciąż jeszcze bardzo liczą na to, że karta się odwróci. 
Tak jak Judith Hill, chórzystka Michaela Jacksona, która z goryczą mówi, że

być może jesteśmy w miejscu, w którym powinniśmy być,

ale wewnętrzny głos ciągle jej podpowiada, że stać ją na więcej, ego domaga się nie okruchów ze stołu, a całego kawałka tortu. Spośród bohaterów filmu udało się tylko Darlene Love. Przed laty, sfrustrowana, rzuciła śpiewanie i zajęła się sprzątaniem domów, ale długo nie wytrzymała. Wróciła, by wreszcie odnieść sukces i trafić do Rock and Roll Hall of Fame. 

Pogodzona z losem wydaje się też Lisa Fischer, od 1989 roku stała chórzystka Stonesów. Ale nietrudno dopatrzeć się goryczy w wyznaniu, że inni rzucili to w diabły, pozakładali rodziny, mają dzieci, tymczasem ona wybrała muzykę i – samotność. I mimo wielkiego uznania branży, pozostała mistrzynią drugiego planu. Współpracującą z największymi, ale z pozycji chórzystki. Czy życiowy rachunek się zgadza?
Kluczowe okazuje się zdanie, iż

jedni zrobią wszystko dla sławy, inni chcą po prostu śpiewać.

Muzyka jest narkotykiem, który wciąga, niekoniecznie odpłacając za poświęcenie dla niej absolutnie wszystkiego. Swoiste motto filmu stanowi piosenka Lou Reeda Walk On The Wild Side, a zwłaszcza jej fragment „And the coloured girls say doo doo doo doo…”.

Pojawia się też smutna refleksja, że od lat 90. muzyczna produkcja poszła w tę stronę, iż piosenki obywają się bez backing vocals. Bez tej smakowitej przyprawy całości. Bez zapamiętania, z jakim każdy oddany sprawie chórzysta pozostawia solistę samemu sobie, a robi wszystko, by śpiewać idealnie równo ze swoimi kolegami czy koleżankami.

Można dyskutować, czy „O krok od sławy” to film na miarę aż Oscara, ale miłośnicy muzyki pop drugiej połowy XX wieku znajdą w nim wiele smakowitych kąsków. Bo wspaniałe piosenki są tego obrazu najmocniejszą stroną. To tyleż oczywiste, co magiczne. Dla każdego, kto bez ciągłego ich konsumowania nie wyobraża sobie życia.

{W NaTemat: 22 czerwca 2014]

O jeden kieliszek za daleko – Nohavica, Pilch i inni

la_luna_mini1

Na ekrany polskich kin za parę dni wejdzie „Pod mocnym aniołem”. Podobno najmocniejszy (strach się bać?) film Wojciecha Smarzowskiego, zrealizowany na podstawie nagrodzonej literacką Nike powieści Jerzego Pilcha. Pisarz film już widział i wyraża się bardzo pozytywnie zarówno o całości, jak i roli Roberta Więckiewicza.

[more]

Nie będę zajmował się ani piciem (no, może kropelkę), ani jego związkami z twórczością (tylko odrobinę, na zakąskę). Dam sobie spokój z „Żóltym szalikiem”, z „Pod wulkanem” – powieściowym i filmowym – czy innymi. Ale tych, co nigdy nie popróbowali, ze świecą szukać.

Osobisty film

rwał mi się trzykrotnie. Dawno temu, w studenckich czasach, a ostatni raz w 1986 roku. Rozpocząłem imprezę bez obiadowego podkładu, co przy mojej wadze lekkopółśmiesznej było jeszcze bardziej ryzykowne. Podobnie jak zajęcie miejsca na wysokim barowym stołku w kuchni. 
Jedyny przebłysk świadomości nastąpił w pozycji klęczącej nad wanną w łazience gospodarzy. Szlochałem głośno i gwałtownie nad moją młodością górną i durną, jakby w przeczuciu, że życie będzie raczej pasmem udręk niż sielanką. Pocieszał mnie jeden z kolegów słowami: „Mariusz, daj spokój, każdy ma jakieś problemy”. Obudziłem się parę godzin później, nad ranem, podczas tej samej imprezy. Trzeźwy okrutnie. Koleżanki – studentki polonistyki wywoływały duchy. A jakże, Mickiewicza, Słowackiego i innych takich. A ja stwierdziłem, że nigdy więcej. Nie da się, skoro robię to na smutno.

Pilch i Tuwim

Pilch powiedział ostatnio, że po pijaku, poza dwoma podyktowanymi felietonami, nie napisał ani linijki. Ale to chyba nie jest regułą. Julian Tuwim w „Ptasim radiu”, w brawurowym (a ta brawura, mam nieodparte wrażenie, została obficie skropiona) wierszu przeznaczonym przede wszystkim dla bardzo nieletnich czytelników i słuchaczy, powiada:

            Czajka woła: czyjaś ty, czyjaś?           

            Byłaś gdzie? Piłaś co? Piłaś, to wyłaź!

NTAK (Nohavicova teorie alkoholického kopce)

W „Roku diabła”, znakomitym filmie Petra Zelenki z 2002 roku, paradokumencie, pojawiają się przed kamerą m.in. Jaromir Nohavica, František Černy z grupą Čechomor oraz Jaz Coleman z Killing Joke. Gorzała jest jednym z przewijających się tematów. Definicja Nohavicy jest genialnie prosta i przez to przerażająca. Każdy pijak ma swoją górę – i dopóki na nią wchodzi, wszystko jest w porządku. Ale nikt nie wie, jak wysoka jest jego góra.

Beskidy

Jak Nohavica i Čechomor – o Pilchu już nie wspominając – to nieuchronnie Beskidy. Nie jestem zdeptywaczem górskich szlaków, zdecydowanie nie. Ale z Wisłą – Jawornikiem związane jest moje dzieciństwo. Tam moi rodzice przez kilkanaście lat mieli prymitywną, drewnianą altanę. Bez wody, prądu i toalety (co trudno dziś sobie wyobrazić), a jednak rok w rok wakacyjne miesiące moje i moich starszych braci związane były z tym bez wątpienia arkadyjskim miejscem. I co z tego, że pełnym krowich placków i agresywnych gąsiorów?  To tam, z małego tranzystorowego radia, pobierałem niektóre z pierwszych lekcji muzyki rockowej. Pewnie dlatego poniższy fragment „Roku diabła” wzrusza mnie szczególnie.

Gitara elektryczna

A na koniec, jakże by inaczej – pozostając przy filmie Zelenki,  trochę dosypię do pieca. Oto coś, co zaprzecza wyobrażeniu, że Jaromir Nohavica to czeski bard, poeta z gitarą akustyczną na ramieniu. A to tylko część prawdy. Trochę jak z Dylanem.

Każdy porządny Czech umie ból istnienia raz po raz obracać w żart. Ale wszystko ma swoje granice, nawet nad Wełtawą. W tym utworze słychać wyraźnie – a nie jest to pierwszy taki przykład w hudbie – że nasi południowi sąsiedzi mają nie gorsze niż my pojęcie, do czego służy gitara elektryczna. 

(W NaTemat: 6 stycznia 2014)

Księga urwisów, czyli The Rolling Stones znów na scenie

sweet_summer

Zbójeckie miny. Paru chłopaków zerwało się z trzech ostatnich lekcji, by w ustronnym miejscu rozprawiczyć butelkę taniego wina, wypalić po parę papierosów, a jak się uda – poderwać jakieś dziewczyny. Złapani na gorącym uczynku, w pełnym blasku świateł, próbują pokryć wstyd i nieczyste sumienia zgrywą, zawadiackim uśmiechem. I, cóż za szczęściarze, kolejny raz im się udaje.

[more]

Jak ja ich za to kocham, jak ja im zazdroszczę! Żeby z życia uczynić

niekończącą się balangę,

żeby w wieku lat nastu raz na zawsze, na kolejne ponad pół wieku, tak nawiać czasowi! Nawiać od całego jego smutku, od monotonii czy wręcz nudy, od bycia do bólu poważnym i odpowiedzialnym na co dzień. Bycia prawowitym obywatelem, przykładnym synem, ojcem, mężem, kochankiem. Żeby tak – zgoda, do pewnego momentu – rwać panienki ile wlezie, ciupciać, chlać, ćpać, urządzać orgie w samolotach przelatujących z Europy do Stanów lub z powrotem. Dać się zamykać glinom w różnych miejscach na świecie – i umykać wymiarowi sprawiedliwości. Robić tyle głupich rzeczy i wciąż ściągać spodnie, pokazując, gdzie się to wszystko ma. Balansować na cienkiej granicy między życiem a śmiercią z przedawkowania i przez długie lata 

wywalać światu jęzor

na okładkach kolejnych płyt. 

I, mimo różnych zakrętów zespołowych losów, przez pięćdziesiąt lat wciąż gromadzić tłumy fanów. Dziś, lekko licząc, ze trzy pokolenia – gotowych wydać spore pieniądze, poświęcić czas, by przejechać setki kilometrów lub mil, aby zobaczyć ich w akcji. 

Dokładnie rok temu dzieliłem się z Wami paroma refleksjami przy okazji Grrr!, a teraz trzymam w dłoniach kolejne trzypłytowe wydawnictwo Glimmer Twins i spółki (DVD + 2 CD). Gdy pierwszy raz wrzuciłem krążek DVD do szufladki, znów ściśnęło mnie w gardle. Twarze poorane latami niezbyt higienicznego prowadzenia się, siwe włosy czy inne ślady upływu czasu. I do tego te nie do pomylenia z żadnym innym zespołem błyski w czterech parach oczu. Jak oni to robią?!

Jeszcze jedna porcja ich grania na żywo. Do diabła, 

jak bardzo na żywo! 

Wokół nich zmieniło się, poza królową brytyjską, niemal wszystko, a oni z wiosełkami w rękach wychodzą przed tłum ludzi oszalałych ze szczęścia i sami – najwyraźniej – są szczęśliwi, że mogą kolejny raz zagrać i dostarczyć innym tyle frajdy.

Trzy rzeczy zwracają moją szczególną uwagę. Pierwsza to ta, że Keithowi Richardsowi… urósł brzuszek.

Druga – że na materiał muzyczny albumu składają się głównie piosenki z najwspanialszego okresu TRS (ale przecież nie tylko ich, a całego rocka), czyli przełomu lat 60. i 70. A to mnie niepomiernie cieszy, bo Honky Tonk Women, Jumping Jack Flash, You Can’t Always Get What You Want i wiele innych numerów z tamtego czasu należy do moich najukochańszych. Tak samo, jak absolutnie topowymi pozostaną krążki Let It Bleed oraz Get Yer Ya-Ya”s Out.

Trzecia – to powtarzająca się przy okazji jubileuszowej trasy

obecność Micka Taylora. 

Faceta, który stał się członkiem kapeli po śmierci Briana Jonesa i pierwszy raz zagrał właśnie podczas darmowego koncertu w Hyde Parku w 1969 roku. Muzyka, który sam opuścił zespół, bo nie mógł pewnych rzeczy wybaczyć kumplom. 

Odnoszę wrażenie, że MT szczególnie uważnie wpatrywał się w nieprzebrane tłumy ciągnące się gdzieś hen, daleko. Gdy kłaniał się w szerokim, kilkunastoosobowym składzie wykonawców po odegraniu Satisfaction na koniec występu i jeszcze raz, już tylko w ścisłym gronie – on, Jagger, Richards, Watts i Wood. Wood, jego następca, który poklepał go po ramieniu na powitanie na scenie, gdy Taylor pojawił się na niej pierwszy raz, by zagrać wspólnie z dawnymi kolegami Midnight Rambler. Czy podtatusiały, utyty, ale wciąż najbardziej stylowy gitarzysta w dziejach tego zespołu nie pomyślał sobie: „Co ja wtedy najlepszego zrobiłem?”.

I może nie chodzi tu wyłącznie o stan konta, lecz po prostu o to, że energii w występ w klubie dla setki ludzi albo na stadionie dla pięćdziesięciu czy więcej tysięcy wkłada się podobną ilość, ale głowa działa jakoś inaczej.Pozostawiam już te rozważania. To ewentualne problemy Taylora, a nie moje.

You Can Always Get What You Want

– mógłby powiedzieć Jagger jako jeden z nielicznych ludzi na świecie, jako jeden z niewielu w showbiznesie. Nawet jeśli szczęście jest czymś, co tylko czasem dotyka ludzi, a nie stanem, który pojawia się i trwa. Pod koniec filmu widzimy mikrofon przypięty do statywu i obok spadający liść. Mikrofon opuszczony, ale – najwyraźniej – tylko na chwilę. I czekający, by siedemdziesięcioletni dziś wokalista znów podbiegł do niego i zaczął śpiewać. Liście opadają, a kamienie toczą się nadal. Jak gdyby nigdy nic.

Ponad dwie godziny muzyki. Znacie? Oczywiście, że tak. To posłuchajcie i zobaczcie. Koniecznie.

(The Rolling Stones, Sweet Summer Sun. Hyde Park Live, 2013)

[W NaTemat: 29 grudnia 2013]

Paul i Faul, czyli historia pewnej mistyfikacji

„Kobiety, ach, te kobiety! Cóż by bez nas było, jaki byłby świat? I dla was, panowie: tylko wino i śpiew” – śpiewała grupa For Dee, czyli Krystyna Stańko i Jowita Tabaszewska. Dziś, nie pierwszy raz zresztą, głos ma moja żona. Pierwsza, osobista.

[more]

To film dla ludzi wyznających spiskową teorię dziejów, węszących podstęp, kochających opowieści ze skarbnicy legend miejskich – o czarnej wołdze, Elvisie, który wciąż żyje, porywaczach dzieci i odwiedzających nocą cmentarze. Wszystko niby się zgadza: opowieść jest niesamowita i wydaje się prawdopodobna, dotyczy znanych osób, jest grupa, której zależy na ukryciu prawdy, a całość została nagłośniona przez media, czego dowodem jest: Paul McCartney zginął. Historia oszustwa Joela Gilberta (2010) .

Film jest zrobiony ze śmiertelną – nomen omen – powagą. Historia jest drobiazgowo, czy nie nazbyt, opisana, w tym gąszczu dowodów giną sprawy istotne, nie ma odpowiedzi na zasadnicze pytanie: jak można tak długo w dzisiejszej globalnej wiosce ukrywać prawdę? Czy da się wszystko wytłumaczyć działaniem służb specjalnych, czy jest możliwe znalezienie (odkrycie?) równie wielkiego – bliźniaczo podobnego – talentu, o czym świadczy przecież solowa działalność McCartneya.

To, co mi się w tym filmie podobało, to interpretacja okładek płyt, raczej rzadko przyglądamy się im tak dokładnie, a znaleźć tam można naprawdę ciekawe rzeczy… Podobnie jak w odtworzonych od tyłu fragmentach piosenek.

No i masa dokumentalnych materiałów, fragmentów filmów, zdjęć, archiwalnych nagrań.  Inna sprawa, jak je wykorzystano, jakiemu celowi posłużyły.

Obejrzeć nie obejrzeć – oto jest pytanie. W sezonie ogórkowym… Ale ja i tak wierzę, że na Stadionie Narodowym wystąpił prawdziwy Paul, a nie jakiś false Paul czyli Faul.


Film. Nie przeszkadzać!

Nie żebym się czuła jakąś specjalistką od seansów z muzyką na żywo, ale wtorkowy sprowokował mnie do zabrania głosu na ten temat.
Zobaczyłam „Gabinet doktora Caligari” Roberta Wienego z muzyką Józefa Skrzeka. Nie tylko z muzyką, tancerzami na scenie również… Jeszcze raz podkreślam, nie widziałam takich filmów wiele, raptem cztery, ale wydaje mi się, że mogłabym służyć radą tym, którzy chcieliby spróbować sił w tej dziedzinie sztuki, bo że jest to coś odrębnego, nie mam wątpliwości.

[more]

  1. Po pierwsze i najważniejsze – drogi Twórco (i Odtwórco) muzyki – obejrzyj film, i to najlepiej nie raz, a razy kilka. Na własne oczy się przekonasz, co to za historia i jak ją zilustrować muzyką, po swojemu, by powstała nowa jakość. To jest możliwe. Przekonałam się podczas „Brzdąca” (z Contemporary Noise Sextet) czy tegoż „Gabinetu…”, do którego przygrywał St. James Hotel.
  2. Niekoniecznie muzyka, która powstała wcześniej, będzie pasować do obrazu. Więc nie staraj się za wszelką cenę upchnąć swoich nawet najpiękniejszych kompozycji. Mogą pasować jak nie przymierzając wół do karety. Sopranistka do morderstwa.
  3. Spróbuj dopasować muzykę do filmu – akcentować zwroty akcji, punkty kulminacyjne, kolejne części filmu (zwłaszcza gdy pojawiają się takie plansze na ekranie). Ideałem jest wymyślenie motywów przewodnich czy towarzyszących szczególnej sytuacji, postaci. Absolutnie niedopuszczalne: „co innego widzisz, co innego słyszysz”.
  4. Nie na darmo nazywa się to „seans z muzyką na żywo”. Nie odwrotnie. Nie usiłuj więc odwrócić uwagi widzów. Oni przyszli na film, a muzyka ma być dopełnieniem. Wprowadzanie na scenę tancerzy jest ponurym żartem, zagraniem twórcom filmu na nosie.
  5. Nie staraj się za wszelką cenę zagłuszać myśli widzów – muzyka ma wydobyć z filmu intencje reżysera, aktorów – łomot dobiegający spod ekranu skutecznie to uniemożliwia.
  6. W czasie seansu obserwuj ekran – improwizacja jest możliwa, czasem ze znakomitym skutkiem (świetne „Metropolis” z samotnym podówczas Józefem Skrzekiem, samotnym, bo nieotoczonym licznym zespołem wykonawczym).
  7. A do tego wszystkiego – trochę pokory, trochę fantazji, własnego spojrzenia na kino nieme – i będzie dobrze.

Czego życzę w imieniu swoim i rzeszy zwolenników tego rodzaju sztuki, o czym niezmiennie świadczą wypełnione sale kinowe podczas seansów z muzyką na żywo.

American Zero – South African Hero – Sugar Man, reż. Malik Bendjelloul, 2012

Grać odwróconym tyłem do widowni – osobliwe. Spłonąć żywcem albo strzelić sobie w głowę na koniec koncertu (obie wersje krążyły wśród ludzi) – niezwykle spektakularne. Tragiczne i budujące legendę.

Pod jednym wszakże warunkiem: że świat coś o tobie wie albo – ex post, pośmiertnie – chce wiedzieć. Wtedy mit rozrasta się czasem do olbrzymich rozmiarów. Co jednak z artystą, który nagrał dwie płyty, całkiem nieźle przyjęte przez krytykę, ale niechciane przez publiczność?

[more]

Facet, wbrew krążącym plotkom, żyje nadal,

lecz z graniem dał sobie spokój. Ma, najwyraźniej, twardy kręgosłup, prowadząc bardzo skromny żywot, nie używając telefonu, telewizora, nawet lodówki. Ma też dorosłe córki, które opowiadają o nim z wielką miłością.

Urodzony w 1942 roku Sixto Rodriguez jest synem meksykańskich emigrantów, którzy szczęścia szukali w Detroit. Sam był pracownikiem budowlanym, stracił nawet palec, a jednak po pracy poświęcał się muzyce. W czasach zdecydowanie czarno-białych (rock, folk w białym wydaniu, czarny blues i wykonawcy spod znaku wytwórni Motown) miał znacznie mniej szczęścia niż Carlos Santana. Był jako Latynos niewiarygodny, śpiewał w stylu czarnych białą muzykę. Zaangażowanie społeczne oraz niechęć do tzw. branży zamknęły mu drogę do kariery. Płyty z 1970 i 1971 roku przeszły bez echa, a Rodriguez bez żalu do świata zajął się czym innym.

I świat zapomniałby o nim raz na zawsze,

gdyby nie… pewien skrawek lądu. Jakiś nierealny, jakaś wyspa szczęśliwości? Nie, funkcjonująca w ostrym podziale rasowym Republika Południowej Afryki. Może to właśnie apartheid sprawił, że wieści stamtąd dotarły do Stanów i samego zainteresowanego tak późno. I to za sprawą jednego człowieka, właściciela sklepu z płytami w Kapsztadzie, który uparł się, był odnaleźć Sixta albo dotrzeć do pewnych o nim informacji. Oto nagle okazało się, że jest taki kawałek ziemi, na którym zupełnie nieznany gdzie indziej artysta jest popularniejszy od Presleya i Rolling Stonesów.

Mężczyzna wsiada z córkami w samolot, bo przecież staje się jasne, że musi zagrać w RPA. Konsternację wśród miejscowych wywołuje fakt, że przybywa bez zespołu, naprędce więc kapela przewidywana jako support staje się składem akompaniującym.

I te fragmenty są w filmie chyba najbardziej niesamowite. Jest 1997 rok, koniec dwudziestego wieku, Europa i Stany wariactwo na punkcie rockidoli mają już dawno za sobą, a w Afryce Południowej publiczność płci obojga, i to nie tylko ta nastoletnia, reaguje na artystę wręcz histerycznie. Wciąż mam przed oczami te kadry!

Przypadków potwierdzających regułę, że

nikt nie jest prorokiem we własnym kraju,

showbiznes zna wiele. Genesis szaloną popularnością cieszyli się najpierw w Belgii i we Włoszech, Kings of Leon, kapela z USA, zdecydowanie większym szacunkiem darzona jest na Starym Kontynencie. Ale żeby tak, z ćwierćwiecza niebytu, po tylu latach od dokonania jedynych w życiu nagrań?!

Co będzie dalej? Facet już raczej się nie zmieni, pozostanie normalny i skromny. Jeśli ktoś zbił fortunę na jego nagraniach, to nie on. Tyle że film o artyście dostał w tym roku Oscara za najlepszy dokument. Nie mam pojęcia, jakich ten obraz miał konkurentów, ale historia Rodrigueza jest zupełnie bajkowa, niewiarygodna. A jednocześnie wzruszająca i, co istotne dla widzów, świetnie opowiedziana.

Czy Sixto, w filmie wciąż dokądś zmierzający, wciąż w ruchu, ma jeszcze światu coś do powiedzenia? Czy ma w zanadrzu piosenki, które nie ujrzały światła dziennego, czy może ten szum wokół jego osoby uruchomi w nim nowe pokłady twórcze? Bo jego stare piosenki, które od niedawna docierają do moich uszu, są – jak to w najlepszym folku – proste i prawdziwe. Świetne. Panów z gitarą było i jest wielu, z Dylanem na czele. Ale w głowie każdego miłośnika muzyki znajdzie się miejsce na jeszcze trochę porządnego grania.

Padają z ekranu mądre słowa – o tym, że każdy człowiek próbujący tworzyć marzy o chwili, gdy zostanie zauważony, doceniony. Większość umiera, nie doczekawszy zainteresowania świata. Co zrobi Sugar Man? Teraz – gdy jeszcze nie wiadomo, czy to jego pięć minut, czy przejście do historii?