Grać jak Alvin Lee

Co jakiś czas z ogromnym smutkiem odnotowujemy, że niebiańska orkiestra wciąż i wciąż się rozrasta. W środę zmarł w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat Alvin Lee, określany kiedyś mianem najszybszego gitarzysty świata, lider słynnej na przełomie lat 60. i 70. formacji Ten Years After.

[more]

Lee, mimo iż wciąż koncertował i nagrywał, miarą późniejszych dokonań nie zbliżył się do tych z pierwszego okresu aktywności twórczej. Tamten czas zupełnie jednak wystarcza, by nie wolno było o nim i jego zespole zapomnieć. Choć żadna płyta z premierowym materiałem nie doczekała się miana arcydzielnej, to na każdej znajdowało się parę znakomitych utworów.

Siłę zespołu, niepospolite umiejętności wszystkich czterech instrumentalistów ujawniały dopiero nagrania koncertowe. Słychać to zarówno na drugim w dyskografii, bardzo bluesowym albumie Undead (1968), jak i dwupłytowym, wydanym wiele lat później Live At The Fillmore East (2001), będącym zapisem koncertu z 1970 roku.

Porywający występ Ten Years After należy do najjaśniejszych punktów festiwalu Woodstock w 1969 roku, a jego największą ozdobą jest szalona, rozbudowana wersja I’m Going Home. Takie numery z dorobku grupy, jak – przede wszystkim – Love Like A Man (jeszcze jeden genialny gitarowy riff w dziejach) oraz Hear Me Calling,  I’d Love To Change The World czy 50.000 Miles Beneath My Brain na zawsze pozostaną w pamięci fanów.

Ubieranie choinki 2011, Republikanie i Turnaulandia

Cztery dni temu minęła dziesiąta rocznica śmierci Grzegorza Ciechowskiego. Wspominano wielokrotnie, jak Markowi Niedźwieckiemu przyszło na antenie Trójki podać tę okropną wiadomość. To był ogromny szok. Umieranie w wieku czterdziestu czterech lat jest zdecydowanie przedwczesne, a tu w dodatku chodziło o osobę ze świata kultury, powszechnie znaną, cenioną, o bardzo inteligentnego człowieka, niezwykle zdolnego kompozytora. I to tuż przed świętami.

[more]

W 2001 roku

zmarł mój ojciec, w marcu. Zmarł także Stanisław Zybowski, prywatnie mąż Urszuli. Świetny, niespełniony, niewykorzystany odpowiednio rockowy gitarzysta. Facet, o którym Ciechowski powiedział swego czasu, że był jedynym, który po wyjeździe z Polski „Samby” Otrębskiego (nagrywali razem Tak, tak) był w stanie w krótkim czasie wyuczyć się materiału, który grany był potem podczas trasy koncertowej. Byłem w 1988 roku, widziałem. Pełny „Spodek”, cały zespół w rewelacyjnej formie, Ciechowski u szczytu swych twórczych sił – miał wtedy trzydzieści jeden lat.

Nigdy nie byłem zwariowanym fanem Republiki, uważam, że miała lepsze i gorsze momenty, ale to wszystko są rozważania i oceny artystyczne dotyczące poziomu dla większości muzyków – i to nie tylko w granicach Polski – niedostępnego. Dlatego 22 grudnia miałem pretekst, by kupić wreszcie Nowe sytuacje na CD (muzyka i okładka wciąż robią wrażenie). I by tego dnia, przy ustawianiu choinki, wrzucić do szufladki odtwarzacza kilka płyt tej grupy.

*

A na odmianę, po secie Republiki, puściłem sobie świątecznego Turnaua. I przyszło mi do głowy, że gdyby Ciechowski żył – tych

dwóch Panów Grzegorzów,

dwóch pianistów i kompozytorów, może zeszłoby się ze sobą na scenie. Dwa światy (ale czy Robert Fripp, lider King Crimson, tak inspirujący dla G. C., i Keith Emerson, który mocno pobrzmiewa w wielu utworach G. T., są aż tak daleko od siebie?), dwie estetyki – to byłoby ciekawe. Nawet dwie dykcje – nienaganna Turnaua i kiepska Ciechowskiego – takie zderzenie to dla niejednego odbiorcy muzyki w Polsce byłoby coś. Niemożliwe?

Dziś taki kwartet: Grzegorz T. śpiewający kawałki Republiki, a razem z nim na scenie Krzywański, Biolik i Ciesielski – mógłby stworzyć jakość, która nam tu na ziemi i Obywatelowi G.C. w niebie chyba bardzo by się spodobała. Grzegorz Turnau bardzo twórczo podszedł już do piosenek Starszych Panów (znakomita Cafe Sułtan) i Marka Grechuty. Sądzę, że piosenki Ciechowskiego także potraktowałby, w odróżnieniu od kilku innych interpretatorów, w zupełnie nowy sposób.

I – mam wrażenie, że czterech inteligentnych facetów nie miałoby problemów z dogadaniem się. Tak więc – kawałki Republiki w aranżacjach Turnaua. Panowie, proszę do sali prób!

(pisane 26 grudnia 2011)



John Lennon is dead

Rok 1980 tragicznie zapisał się w historii rocka. W lutym zapił się na śmierć Bon Scott, wokalista AC/DC, we wrześniu ten sam koniec spotkał Johna Bonhama, co spowodowało rozpad Led Zeppelin. Jednak dzień 8 grudnia wstrząsnął całym światem, nie tylko muzycznym. Po raz pierwszy zdarzyło się, że muzyk został zastrzelony z rąk niezrównoważonego fana. Muzyk – legenda. Jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci showbiznesu.

[more]

 Facet, który w okresie szalejącej Beatlemanii powiedział:

„Jesteśmy popularniejsi od Jezusa”.

Wreszcie ten, który w 1969 roku zwrócił królowej Elżbiecie tytuł szlachecki otrzymany cztery lata wcześniej – w proteście przeciw polityce zagranicznej Wielkiej Brytanii dotyczącej konfliktów zbrojnych, m.in. w Wietnamie.

Po pięciu latach milczenia, właśnie tuż przed śmiercią Lennon wydał swój nowy album – Double Fantasy – i prawie natychmiast rozpoczął pracę nad kolejnym. Można przypuszczać, że byłby to jego trwały powrót do muzyki. Z perspektywy lat widać, jak wielu wykonawców, których szczyt artystycznej formy przypadł na lata 60. i 70., potrafiło mimo zmiennej koniunktury przetrwać i zaserwować fanom niejedną jeszcze porcję świetnej muzyki. Kto wie, czy nie doczekalibyśmy jeśli już nie trwałego

reaktywowania The Beatles,

to chociaż paru wspólnych koncertów.

Wielka czwórka rozstawała się wśród mnożących się nieporozumień i wzajemnych pretensji. Na swym najsłynniejszym solowym albumie – Imagine – Lennon poświęcił McCartneyowi szyderczą piosenkę How Do You Sleep?. Gdy dziewięć lat później świat obiegła tragiczna wiadomość, usłyszeliśmy też coś bardzo znaczącego. Yoko Ono powiedziała, że zaraz po tym, jak sama dowiedziała się o śmierci Johna, skontaktowała się z dwiema osobami, do których zadzwoniłby sam zmarły, gdyby mógł. Pierwsza to Julian, starszy syn artysty. Drugą natomiast był Paul McCartney…

*

W 1981 roku zaliczyłem wakacyjny obóz w Czechosłowacji. 22 lipca rano nasi opiekunowie włożyli do wazoników ze sztucznymi kwiatkami biało-czerwone chorągiewki, które do obiadu zniknęły w tajemniczych okolicznościach. Polska fiesta „Solidarności” budziła wielki niepokój wśród naszych ówczesnych sąsiadów.

W trakcie tego obozu, podczas pobytu w nieco większym mieście (którego nazwy już nie pamiętam) jeden z kolegów powiedział: „Kurde, kupiłbym sobie lenonki, u nas to zupełnie niemożliwe”. Idąc we czterech, natrafiliśmy na sklep z oprawami. Kolega zaczyna tłumaczyć młodemu sprzedawcy, że chodzi mu o okulary – druciane, okrągłe…

– A, take lenonky!



Głos nie z tej Ziemi, czyli z Merkurego

Gdy w grudniu 1980 roku został, w wieku czterdziestu lat, zastrzelony John Lennon, miałem osiemnaście lat. Wtedy czterdziestka wydawała mi się pokaźnym wynikiem. Gdy jedenaście lat później umarł Freddie Mercury, a miał pięć więcej niż Lennon, myślałem już inaczej.

Dziś sam mam pięć krzyżyków na karku, co ciągle do mnie nie dociera i wciąż – mimo różnych problemów – chce mi się żyć. Wciąż wierzę, że jeszcze parę ciekawych rzeczy przede mną.
Ileż mogli jeszcze skomponować obaj wymienieni wyżej artyści, ile płyt mogli wydać, wspaniałych piosenek napisać, ile dać niezapomnianych koncertów!

[more]

Od razu powiem, że

Queen

właściwie nigdy nie należeli do tej grupy wykonawców, których darzyłem szczególną atencją. Poza może samym początkiem, a tym dla mnie była prezentacja w 1978 roku – w audycji, a jakże, Piotra Kaczkowskiego – krążka Jazz. Pewnie dlatego mam do tego albumu słabość do dziś. Rok później ukazał się dwupłytowy koncert Live Killers ze świetną, gitarową wersją We Will Rock You.

The Game, mimo dobrej singlowej zapowiedzi w postaci tytułowego nagrania, rozczarowywał. Nigdy nie polubiłem syntezatorów w queenowskim wydaniu. Nie rozumiałem, jak mając w składzie tak rasowego gitarzystę, jakim jest Brian May, można odwalać taką popelinę. Płyty studyjne w latach 80., nieliczne zresztą, szły swoją drogą. Jednak na koncertach, jak to zwykle się dzieje w takich przypadkach, dosypywania do pieca było znacznie więcej, czego znakomitym przykładem jest rejestracja występu na Wembley z 1986 roku, wydana sześć lat później, już po śmierci FM.

Innuendo (luty 1991), tworzona ze świadomością, że to już

nieuchronny koniec,

była powrotem do tych rozwiązań brzmieniowych i harmonicznych, które uczyniły z zespołu gwiazdę. Czyli, po prostu, do rokendrola – i tym większy był sukces tej płyty, naznaczonej nie tylko śmiercią, ale i powrotem do wielkiej formy artystycznej.

Powtórzę: ani Queen, ani tym bardziej solowe dokonania Mercury’ego nie rzucały i nie rzucają mnie na kolana. Ale z dwoma istotnymi zastrzeżeniami. Mianowicie: po pierwsze, mowa jest o bardzo ważnej w historii rocka grupie, mającej w swym dorobku wiele znakomitych utworów, a wśród nich – genialną Bohemian Rapsody (zobacz na fanpage’u Blog and rolla). Kompozycję, którą od lat na swej prywatnej topliście wszechczasów umieszczam w pierwszej trójce, obok Hey Jude Beatlesów i Stairway To Heaven Zeppelinów.

I, po drugie, mówimy o bardzo zdolnym kompozytorze i fenomenalnym

wokaliście, jedynym i niepowtarzalnym

wśród rockowych śpiewaków. Póki żył, chyba nie do końca uświadamialiśmy sobie, o jakiej skali głosem jest obdarzony. Brał te rockowe doły i – zwłaszcza – góry gór, Himalaje absolutne, falsety bynajmniej nie fałszem znaczone, jakby z rękami w kieszeni. Lekko i bez wysiłku, biegając przy tym ze statywem po scenie albo waląc w klawiaturę (pianistą akurat wybitnym nie był). Skalę jego głosu, niewyobrażalne możliwości niektórzy uświadomili sobie bardzo wyraźnie dopiero podczas transmisji koncertu poświęconego jego pamięci, który odbył się 20 kwietnia 1992 roku. Wystąpiło w nim wielu znakomitych artystów, wielu zmierzyło się z utworami Queen, ale – co dla niejednego rockfana było wielkim zaskoczeniem – jedynie George Michael dał im radę.

Freddie Mercury zostawił po sobie wiele sierot, oddanych fanów grupy do dziś są bowiem wielkie rzesze. Ale największymi sierotami są jego kumple z zespołu. John Deacon dał sobie spokój z muzyką, ale May z Rogerem Taylorem wciąż próbują grać kawałki Queen. Nie protestowałem, gdy przy mikrofonie stawał stylowy Paul Rodgers (ex-Free), ale teraz… Hm.

Tak. Wielki Fredek był – i jest nadal – tylko jeden.

Long live rock’n’roll, it live, let it live

Tym różnimy się od zwierząt, iż wiemy, że umrzemy. Wszyscy. Z biegiem lat tych śmierci wokół nas wciąż więcej i więcej. Coraz więcej tych, których znaliśmy, lubiliśmy, kochali, którzy dostarczali wzruszeń – a których nie ma już w tym jedynym znanym nam świecie. Każda śmierć wyjątkowa, tak jak wyjątkowe, niepowtarzalne jest życie każdego człowieka.

[more]

Czy można zastanawiać się, czy etyczne jest wartościowanie –

czyja śmierć ważniejsza,

a czyja taka sobie, jedna z wielu? Nieuchronnie zmierzając w swych rozważaniach w stronę muzyki, pomyślałem tak: czy bardziej należy żałować tych, którzy okazali się niezastąpieni – solistów, liderów grup, muzyków, bez których kumple nie wyobrażali sobie dalszej wspólnej działalności – od tych, którzy znaleźli swoich następców?

Spojrzałem ostatnio na okładkę analogowego wydania Najemnika Dżemu. Trzy do trzech. Trzech jest w tym zespole do dziś. Perkusista wrócił do macierzystego zespołu. Riedel i Berger dżemują już ze świętym Piotrem.

Każde działanie żyjących muzyków uważam za zasadne i uprawnione, nie czuję się upoważniony do jego moralnej oceny. Mogę tylko mówić o swoich wrażeniach, próbować dokonywać artystycznej oceny. Mówiłem już o tym, ale powtórzę: bardzo, bardzo się cieszę, że Dżem działa dalej. Cieszę się, bo muzyka zespołu jest ciągle wysokiej próby. Rozważanie, jak by to było,

gdyby żyli Rysiek i Paweł,

jest ze wszech miar niestosowne i niezręczne, Ból, żal, wzruszające wspomnienia – pozostają, ale budzimy się rano i trzeba dalej żyć.

Niemen, Grechuta, Nalepa, Ciechowski. Wymieniam tylko największych w polskiej muzyce drugiej połowy XX i początku XXI wieku. Tę listę, niestety, można by ciągnąć bardzo długo. Ona zawsze będzie otwarta i wciąż uzupełniana o kolejne nazwiska. Tych ludzi już nie ma, ale twórcze działanie jest tą cudowną sferą życia, dzięki której obdarzeni największym talentem pozostają na długo nie tylko w pamięci, ale przede wszystkim w głowach i sercach innych – za sprawą napisanych książek, namalowanych obrazów, skomponowanej i nagranej muzyki.

Ponad

pół wieku rock’n’rolla

to dużo i mało jednocześnie. Nie sposób dociec, ile znaczyć on będzie za kolejne pół wieku, za sto, dwieście lat w dziejach ludzkości. Jednocześnie jednak dla wielu żyjących dzisiaj rock jest czymś, bez czego trudno sobie wyobrazić świat. Tak się porobiło, że nawet tak wielka ilość hałasu i decybeli, niespotykana wcześniej w historii, dowodzi wrażliwości. Tej czy innej, ale wrażliwości.

Dla mnie muzyka – pojmowana od lat szerzej, ale jednak z akcentem na gitary i perkusję – jest jedyną używką, od której stale jestem uzależniony. A przecież nie ja jeden. Jest nas naprawdę bardzo, bardzo wielu. Niech żyje rokendrol. On żyje. Pozwólmy mu żyć.

Osiemnasta rocznica śmierci Ryszarda Riedla

Bodaj w 1988 roku, na urodzinach Dżemu w Spodku (odbywały się przez pewien czas co roku), zespół ogrywał materiał z Najemnika. Riedel szalał. Nigdy wcześniej (i później) nie widziałem go tak aktorskiego. Był niesamowity, pewnie trochę naćpany, ale wiedział, co się dzieje dokoła. Pamiętam, że w moim ukochanym Najemniku II nawet padał na scenę. To naprawdę robiło wrażenie.

[more]

A przecież nigdy nie był dla mnie istotą tej kapeli, istotą było współistnienie sześciu ludzi, oni razem. Moje wykształcenie polonistyczne nigdy nie pozwalało mi na bezkrytyczne przyjmowanie wyśpiewywanych przez Riedla tekstów. Wiele z nich jest bardzo naiwnych, zahaczających o grafomanię. Choć bywa, że nawet w słabych tekstach pojawiały się, ni stąd ni zowąd, wersy dużej próby. To wszystko jednak nie miało znaczenia: naturalność, prawda bijąca od tego faceta, świetna, coraz doskonalej grana muzyka uwiarygodniały jego przekaz. Takie głosy jak jego, tak mokro w gardle mieli i mają nieliczni. Chyba nikomu nie przeszkadzało, że miał coraz większe ubytki w uzębieniu i śpiewał coraz bardziej niewyraźnie. Aż wreszcie, przed Detoksem, wstawił sobie zęby i było fantastycznie.

Nie byłem na ani jednym koncercie instrumentalnym, nie wiedziałem, nie zdawałem sobie sprawy, że jest z nim aż tak źle. Że bywały trasy, gdy zespół nie miał pewności, czy danego wieczoru wyjdzie na scenę.

30 lipca 1994 roku wiele zmieniło się w polskim rocku. Wiadomość nie tylko dla fanów zespołu była straszna. Zmarł ktoś wyjątkowy, jedna z największych postaci w historii rodzimego showbiznesu.

Nie zapomnę tego dnia. Był to czas zapaści programu trzeciego PR, a okres świetności Metzowego RMF. Włączyłem radio, a tam cały czas grali kawałki Dżemu. Jeden, potem drugi i następny. O rany, chyba coś się stało! To „coś” – to mogło być wtedy tylko jedno…