Jack Bruce nie żyje

cream1

Do historii rocka przeszedł i pozostanie w niej na zawsze przede wszystkim jako kompozytor, basista, harmonijkarz, pianista oraz wykonawca lwiej części partii wokalnych w zespole Cream. Zespole, który pozostawił po sobie dorobek najwyższej próby.

[more]

*

Pięciuset 

pocztówek,

o których mowa w Autobiografii Perfectu, w moim domu nie było. Było ich wielokrotnie mniej – i tym bardziej ostatniej z nich nigdy nie zapomnę: była w kolorze brudnego różu, z piosenką nr 2 zespołu Herman’s Hermits. Ale zakupiona została dlatego, że utworem otwierającym był Badge Cream.

Z tych moich lat szczenięcych, bardzo skromnej, gdy chodzi o ilość, inicjacji muzycznej dokonanej za sprawą starszych braci, z tego okresu pocztówkowego właśnie, z czasów, kiedy moja głowa ledwie wystawała ponad stół, zostały mi w głowie trzy świętości: The Beatles (obecni w utworach Lady Madonna i Hey Jude), Rolling Stones (Country Tonk opisane błędnie jako Honky Tonk Women i Let It Bleed) oraz Cream właśnie.

Gdzieś to wszystko, tę muzykę i te nazwy, odłożyłem na całe lata daleko na bok, ale też – jak się okazało – głęboko w sercu. I przebijając się już sam, począwszy od 1977 roku, przez rockowy ocean, właściwie dość szybko powróciłem do tych zespołów. By dziś, jako ten, co młodość dawno ma za sobą, stwierdzić tyleż trywialnie, co z miłością fana od dziesiątków lat – że we wszystkich tych przypadkach to po prostu muzyka największa.

*

25 października 2014, w wieku siedemdziesięciu jeden lat zmarł Jack Bruce. 

Muzyk legenda,

facet przez lata pojawiający się w wielkiej ilości przeróżnych składów. Człowiek, który długo zmagał się z uzależnieniem od narkotyków oraz problemami z niewydolnością wątroby, która ostatecznie stała się bezpośrednią przyczyną śmierci.

Szkot John Symon Asher Bruce urodził się 14 maja 1943 roku. W 1960 roku zdobył stypendium Royal Scottish Academy of Music na wydziałach kompozycji oraz gry na wiolonczeli, ale szybko porzucił studia. Od 1962 roku występował jako basista z największymi – Alexisem Kornerem oraz Johnem Mayallem, a także z zespołami Grahama Bonda i Manfreda Manna.

Po rozpadzie Cream wspólpracował z wieloma, często najwybitniejszymi w historii rocka muzykami: Dickiem Heckstallem-Smithem i Jonem Hisemanem (obaj z Colosseum), w formacji Lifetime zetknął się z Johnem McLaughlinem. W 1972, wespół z byłymi członkami Mountain – grupy założonej przez producenta nagrań Cream, Feliksa Pappalardiego – Lesliem Westem i Corkym Laingiem, utworzył trio wzorowane na Cream, jednakże poziomem artystycznym mocno od tego ostatniego odbiegającym.

Później zetknął się ze znakomitym jazzowym perkusistą Billym Cobhamem, nawiązał współpracę z Soft Machine, występował jako wiolonczelista w orkiestrze Charliego Wattsa, perkusisty Rolling Stones. Z Bakerem i Garym Moore’em utworzył trio BBM. Wziął też m. in. udział w nagraniach takich wykonawców, jak Lou Reed (Berlin), Frank Zappa (Apostrophe), Bill Ward – bębniarz Black Sabbath – czy Carla Bley. Co pewien czas, choć coraz rzadziej, wydawał swoje autorskie płyty, z których ostatnia, nagrana w studiach Abbey Road, ukazała się w marcu bieżącego roku.

Nie podlega jednak dyskusji, że do historii rocka przeszedł i pozostanie w niej na zawsze jako kompozytor, basista, harmonijkarz, pianista oraz wykonawca lwiej części partii wokalnych w zespole Cream. Zespole, który pozostawił po sobie dorobek najwyższej próby.

*

Rokendrol dojrzewał błyskawicznie, w połowie lat 60. coraz więcej młodych ludzi władało instrumentami w stopniu znacznie lepszym niż poprawny. Pojawili się też 

pierwsi mistrzowie.

W podobnym czasie ukonstytuowały się dwa tria: w USA The Jimi Hendrix Experience, a w Wielkiej Brytanii – Cream. Warsztat i tu, i tu był tak doskonały, że granice rokendrola w ciągu kilku, kilkunastu miesięcy przesunęły się w wymiar iście kosmiczny. Najbardziej zadziwiające jest jednak to, że po blisko półwieczu widać, iż na styku bluesa i rocka niemożliwe okazało się pójście dalej, że ustalone zostały raz na zawsze kanony takiego grania. Że na przykład fenomenalne skądinąd koncertowe wersje Dazed And Confused Led Zeppelin są swoistymi mutacjami Creamowskiego opracowania Spoonful W. Dixona.

Zespół powstał w czerwcu 1966 roku. Najstarszy z trójki, jazzowy właściwie perkusista Ginger Baker, miał wtedy niespełna dwadzieścia siedem lat, Bruce dwadzieścia trzy, zaś Eric Clapton zaledwie dwadzieścia jeden. Mimo młodego wieku za każdym z nich stał już taki dorobek, każdy z nich prezentował taki poziom wykonawczy, że Cream natychmiast ochrzczono mianem supergrupy, a stało się to pierwszy raz w historii.

Choć pierwsze deklaracje mówiły o tym, że chcą grać materiał pop i rzeczywiście takie były pierwsze nagrania – na przykład Wrapping Paper czy I Feel Free – szybko okazało się, że ich 

wyobraźnia muzyczna

oraz nadążające za nią umiejętności zaprowadziły trzech muzyków w rejony, w których nikt przed nimi nie przebywał. Ewolucja była wyraźna już w nagraniach studyjnych, ale prawdziwe odloty dokonywały się w czasie koncertów, gdy każdy z instrumentalistów miał pełne pole do popisów. W partiach improwizowanych potrafili odejść bardzo daleko od bazowych, prostych bluesowych tematów, z jednej strony zbliżając się do solówek niemal jazzowych, a z drugiej atakując uszy słuchaczy ścianą potężnych, gęstych dźwięków gitar i perkusji (to także efekt korzystania z fuzz-boksa). W utworach takich jak na przykład Born Under A Bad Sign czy Politician Bruce zastosował natomiast wyrazisty riff gitary basowej – tyleż prosty, co wzorcowy: tę zasadę przejęły po Cream całe zastępy kapel hardrockowych.

Zmęczenie materiału nastąpiło bardzo szybko, bo w listopadzie 1968 roku. Panowie stwierdzili, że są wypaleni, kręcą się w kółko, że niczego nowego nie są w stanie powiedzieć. Cóż, z pewnością na ich decyzję wpłynęła ówczesna intensywność życia rockmanów, bezustanne trasy koncertowe oraz nadmiar używek.

W maju 2005 roku reaktywowany okazjonalnie zespół zagrał cztery koncerty w londyńskiej Royal Albert Hall. Tej samej, w której w 1968 roku odbył się pożegnalny występ.

*

Do historii przechodzi się na wiele sposobów. W przypadku Claptona będzie to na pewno całokształt dokonań, choć ze szczególnym naciskiem położonym na dorobek zespołów Cream, Blind Faith i Derek & The Dominos. W przypadku Jacka Bruce’a – nade wszystko Cream. Cztery kanoniczne albumy, w tym Wheels of Fire – jeden z pierwszych w historii rokendrola albumów dwupłytowych. Mało? Daj, Panie Boże, każdemu.

[W NaTemat: 1 listopada 2014]

Ocaleni z płonącej ulicy: historia pewnej okładki

ls_street_s

Trudno o gorszą reputację niż ta, którą w połowie lat 70. mieli członkowie Lynyrd Skynyrd. Prasa amerykańska niemal bez przerwy rozpisywała się o skandalach i awanturach z udziałem krewkich muzyków.

[more]

*

Deborah Jo „JoJo” Billingsley zmarła po ciężkiej chorobie 24 czerwca 2010 roku, w wieku zaledwie pięćdziesięciu ośmiu lat. Czy nierówną walką z nowotworem Stwórca wyrównał rachunek z 1977 roku za jej ocalenie, po którym nie tylko muzycznie odeszła w zdecydowanie bardziej konfesyjne klimaty? 

Trudno o 

gorszą reputację

niż ta, którą w połowie lat 70. mieli członkowie Lynyrd Skynyrd. Prasa amerykańska niemal bez przerwy rozpisywała się o skandalach i awanturach z udziałem krewkich muzyków. Skutkiem niehigienicznego, delikatnie mówiąc, trybu życia były między innymi wypadki samochodowe Allena Collinsa i Gary’ego Rossingtona w 1976 roku, które znacząco spowolniły pracę nad piątym albumem studyjnym. Stały się natomiast inspiracją do napisania utworu That Smell.

Począwszy od debiutanckiego krążka w 1973 roku, zespół wydawał kolejne płyty w odstępach krótszych niż roczne. Choć oczywiście nie można zapominać, że po drodze, we wrześniu 1976 roku, ukazał się koncertowy, podwójny album One More From The Road, tym razem na nowy materiał przyszło czekać ponad dwadzieścia miesięcy – Street Survivors ukazał się 17 października 1977 roku. Na okładce widzimy siedmiu członków grupy stojących w ogniu i dymie płonącej ulicy i kamienic po obu jej stronach – siedmiu kowbojów z drugiej połowy XX wieku, co prawda bez rewolwerów u pasa, ale w pewnych siebie pozach, zdających się mówić: „No i co takiego możecie nam zrobić?”.

Krążek pojawia się w sklepach, ale wszystko to dzieje się w biegu – zespól przygotowuje się do swojej największej trasy koncertowej, w listopadzie ma spełnić się 

największe marzenie frontmana, 

Ronniego Van Zandta – występ w Madison Square Garden

18 października, na dwa dni przed koncertem w Greenville Memorial Auditorium w Południowej Karolinie, JoJo Billingsley, jedna z The Honkettes (jak nazywał chórzystki wokalista), ma sen: widzi w nim katastrofę, w której uczestniczą członkowie kapeli. Opowiada o tym kolegom i próbuje odwieść ich od zaplanowanej podróży. Ci jednak tylko ją wyśmiewają. JoJo, jako jedyna, nie rusza w drogę.

Po koncercie 20 października ekipa odlatuje do Baton Rouge w Luizjanie, gdzie LS mają zagrać następnego wieczoru. Samolot ma uszkodzony silnik. Paliwa nie starcza, by dolecieć do celu, i piloci próbują wylądować w zalesionym terenie niedaleko Gillsburga w stanie Mississippi. Niestety, zetknięcie z ziemią kończy się rozbiciem samolotu. Ginie kilka osób, wśród nich Ronnie Van Zandt oraz rodzeństwo Steve i Cassie Gainesowie, a pozostali pasażerowie odnoszą poważne obrażenia.

Jak to bywa w takich okolicznościach, 

świeżo wydana płyta 

sprzedaje się znakomicie, docierając do piątego miejsca na liście „Billboardu” i okrywając się podwójną platyną. Nie milkną też dyskusje na temat „proroczej” okładki. Na prośbę Teresy Gaines, wdowy po gitarzyście grupy, wytwórnia MCA Records wycofuje tę oryginalną ze sprzedaży i zastępuje ją inną: z fotografią muzyków z tej samej sesji zdjęciowej, ale na czarnym tle. Powrót do oryginalnego projektu graficznego następuje dopiero po trzydziestu latach, przy okazji kompaktowej, rozszerzonej edycji krążka.

Jeśli komuś nie dość znaków i symboli, należy dodać jeszcze, że ostatni utwór umieszczony na analogowej płycie zatytułowany został Ain’t No Good Life.

*

5 września 1978 roku ukazuje się Skynyrd’s First and… Last, album zawierający nagrania z 1971 i 1972 roku. Dziewięć lat później, w 1987 roku dochodzi do trwałego 

reaktywowania kapeli, 

a przy mikrofonie staje Johnny Van Zandt, brat Ronniego. Obecnie jedynym, który gra w LS od samego początku, czyli od roku 1964, jest… Gary Rossington. Dziś w składzie znajdują się panowie o swojsko brzmiących nazwiskach: Mark Matejka na gitarze i Peter Pisarczyk na klawiszach. Ale abyśmy nie zapomnieli o rebelianckich korzeniach, jest też grający na basie Johnny Colt.

W maju bieżącego roku, w ramach europejskiego tournee, Lynyrd Skynyrd po raz pierwszy zawitali do Polski i wystąpili na warszawskim Torwarze. Dali świetny koncert – i ciągle trudno mi pogodzić się z faktem, że dla garstki tylko fanów.

Dzień, w którym pękło niebo

dem_20_lat

Każdy, kto miał choć mgliste pojęcie o ówczesnych zakrętach losu Riedla, domyśliłby się, o co chodzi. Lecz przecież jednocześnie fan broni się przed podobnymi scenariuszami jak długo się da, nie dopuszcza takiej myśli do siebie. Zderzenie z prawdą, okrutną, bezlitosną, musi jednak w końcu nastąpić. I nastąpiło. W najbliższych wysłuchanych wiadomościach.

[more]

*

30 lipca 1994 roku. Spędzaliśmy czas wolny od pracy całą czteroosobową rodziną w górach, żona, ja i dwaj trzyletni synowie. Ci, co mają dzieci, wiedzą, że w takich okolicznościach trudno mówić o urlopie. Nawet największa rodzicielska miłość nie zwalnia z obowiązku posiadania oczu dookoła głowy. Korzystanie z mediów – wtedy (i dziś) najczęściej z radia – nie było łatwe. 

Gdzieś chyba około południa udało się to jednak zrobić. Trójka okropnie wówczas dołowała, natomiast okres świetności przeżywał RMF pod wodzą Piotra Metza. O, Dżem! – ucieszyłem się, słysząc swoją ukochaną kapelę. Po pierwszym utworze nastąpił jednak drugi, potem trzeci i kolejny. 

Każdy, kto miał wtedy choć mgliste pojęcie o zakrętach losu zespołu i jego frontmana, domyśliłby się, o co chodzi. Lecz przecież jednocześnie człowiek broni się przed podobnymi scenariuszami jak długo się da, nie dopuszcza takiej myśli do siebie, rozpaczliwie – w tym przypadku jako fan – szuka innego wytłumaczenia. Zderzenie z prawdą, okrutną, bezlitosną, musi jednak w końcu nastąpić. I nastąpiło. W najbliższych wysłuchanych wiadomościach.

Ryszarda Riedla, Dżem, widziałem wielokrotnie w akcji. Najczęściej w katowickim Spodku – między innymi przy okazji kolejnych edycji festiwalu Rawa Blues czy koncertów urodzinowych. To była wielka radość: patrzeć, jak zespół rośnie w siłę. Z niezłego staje się dobrym, z dobrego – znakomitym. Jak dojrzewa, tworząc kolejne świetne numery, jak fantastycznie wykonuje je na żywo. Nawet zaledwie dwudziestominutowy set na koniec jednej z Raw, w którym zagrali kawałki z przygotowanego dopiero do wydania Detoksu, robił piorunujące wrażenie. 

Zaliczam się do grona wielkich wyznawców całego dorobku formacji. Tego z Riedlem, jak i późniejszego. Dżem bez RR, a potem także i bez Pawła Bergera, jest nadal Dżemem. Czy bracia Beno i Adam Otrębowie, Jerzy Styczyński  i Zbigniew Szczerbiński wraz z Maciejem Balcarem oraz Januszem Borzuckim mogliby składać hołd pamięci swym zmarłym kolegom w lepszy sposób, niż to właśnie czynią – czyli grając dalej, dochowując wierności zarówno samym sobie, jak i Im?

[W NaTemat: 30 lipca 2014]

Zmarł Johnny Winter

johny_winter

Niebiańska elektrownia od środy 16 lipca 2014 znów musiała zwiększyć swoją moc – tego dnia listę obecności w zaświatach podpisał jeden z najważniejszych muzyków teksańskich – gitarzysta, wokalista, kompozytor i producent Johnny Winter. Jak się ktoś rodzi w takim miejscu, to nic, nawet albinizm, nie jest w stanie uchronić przed rokendrolem, bluesem czy boogie.

[more]

Winter urodził się w 1944 roku, od czternastego roku życia grał – sam lub z bratem pianistą – w różnych składach, jednak bez większego powodzenia. W 1962 roku wylądował w Chicago, ale nawet spotkania z bluesowymi mistrzami, w tym z Muddym Watersem, nie odmieniły jego losu. Dopiero w 1968 roku „Rolling Stone” zwrócił uwagę na 

gitarzystę o niespotykanym wyglądzie

i fantastycznej technice, co doprowadziło do podpisania kontraktu z Columbią. Ukazały się pierwsze jego płyty, wystąpił też na słynnym festiwalu Woodstock w 1969 roku – ostatniej doby, tuż po północy, po The Band, a przed Blood, Sweat & Tears.

Upatrywano w nim konkurenta Hendriksa, zaś po śmierci tego ostatniego – jego następcę. Wybitny gitarzysta nie był jednak aż tak zdolnym kompozytorem, takim poszukiwaczem i eksperymentatorem, by spełnić te największe nadzieje. Longplaye nie cieszyły się spodziewanym powodzeniem. Winter wpadł w depresję, uzależnił się od heroiny i na długie trzy lata zniknął.

Wrócił w 1973 roku albumem o znaczącym tytule Still Alive And Well, który doszedł do dwudziestego drugiego miejsca w amerykańskich notowaniach, co jest najlepszym wynikiem w całej jego dyskografii.

1977 rok okazał się 

powrotem do korzeni, 

wcześniej w repertuarze miał i hałaśliwe wersje przebojów m.in. Berry’ego czy Jerry’ego Lee Lewisa, i proste kawałki z okolic soulu czy country. Teraz nagrał album Nothin’ But The Blues, a przede wszystkim nawiązał współpracę z Muddym Watersem, któremu właśnie skończył się wieloletni kontrakt z Chess Records. W kolejnych czterech latach Winter wyprodukował cztery albumy mistrza, trzy studyjne i koncertowy, z których trzy otrzymały Grammy.

*

W bodaj 1986 roku Tonpress wydał, z rocznym poślizgiem, album Serious Business. W ten sposób Johnny Winter znalazł się w gronie – niezbyt licznym – zachodnich wykonawców, których płyty ukazały się 

w naszym kraju.

Krążek, co nie było oczywistością, został ładnie wydany i starannie wytłoczony – i bez zarzutu radzi sobie i dziś położony na talerz gramofonu.

Z tzw. polskich akcentów należy zaznaczyć także występy gitarzysty m.in. w Łodzi i Toruniu. Wpływ jego muzyki na rodzimych bluesmanów najbardziej widoczny jest w dokonaniach wrocławskiego tria Easy Rider.

*

W ostatnich dwudziestu latach Winter rzadziej wchodził do studiów nagraniowych, ale ciągle koncertował. Brał udział w Crossroads Guitar Festival, grał z wieloma innymi uznanymi muzykami. Dwa dni przed śmiercią w Zurychu dał ostatni koncert – w Austrii. Nie doczekał wydania swojej 

nowej płyty,

Step Back, której premierę wyznaczono na 2 września. Wśród gości są znakomite nazwiska: Eric Clapton, Dr. John, Billy Gibbons, Joe Perry, Ben Harper, Leslie West. Śmierć artysty jest świetną reklamą, więc kto wie, czy nie będzie to największy sukces komercyjny Johnny’ego Wintera.

Tam, po drugiej stronie, pewnie wielu ucieszyło się na jego widok. Tutaj natomiast zrobiło się ciszej i smutniej.

[W NaTemat: 19 lipca 2014]

Następny do raju – nie tylko o Lou Reedzie

lou_reed_nyc

Brian Eno powiedział kiedyś, że co prawda pierwszy krążek Velvet Underground sprzedawał się kiepsko, ale ci, co wykupili trzydziestotysięczny nakład albumu, założyli potem trzydzieści tysięcy zespołów.

[more]

Alvin-Lee. Marek Jackowski, Ray Manzarek, JJ-Cale i teraz, 27 października, Lou Reed. Strach myśleć, kto następny. Gdy zatrzaskują się kolejne drzwi, gdy pojawia się kolejna druga data, fanów ściska gdzieś w środku. Ogarnia wzruszenie. Dopada bolesna refleksja, że ze strony tych artystów nic nowego już do nas nie dotrze. I że może pora przystanąć, przestać kręcić nosem nad jedną czy drugą płytą, a uświadomić sobie, jak wielki dorobek stoi za tymi ludźmi. Nie takimi jak większość. Wyjątkowymi.

Reed urodził się w 1942 roku w Nowym Jorku, od połowy lat 50. grał z różnymi zespołami rokendrolowymi. Studiował filmoznawstwo i teatrologię. W 1964 roku, wraz z Johnem Cale’em, założył Velvet Underground. Nieco później patronat nad tym zespołem objął Andy Warhol (to jego autorstwa jest słynny banan na okładce pierwszej płyty grupy). W latach 1966-67 w składzie pojawiła się Nico, femme fatale, w której obaj, Reed i Cale, beznadziejnie się kochali.

W 1970 roku rozpoczął solową karierę. Śpiewał, pozostając wciąż wierny tematom małości człowieka, jego wewnętrznej pustki, potrzebie akceptacji, wielkim pragnieniu miłości. Śpiewał o upadku cywilizacji wielkomiejskiej, hipokryzji społeczeństwa, złośliwie opisywał też środowisko artystyczne.Rozrzut stylistyczny piosenek jest wielki. Reed nazywany jest ojcem chrzestnym punk rocka, tego z okolic Sex Pistols. Prowokował, nagrywając Metal Machine Music (1975), dwupłytowy jazgot gitarowy, czy trzy lata później koncertowy Take No Prisoners. Po latach wspomina się jednak przede wszystkim krążek Transformer z 1972 i o rok późniejszy, właściwie koncept-album, Berlin.

Mick Ronson, który razem z Davidem Bowiem był producentem Transformera, pierwszą rzeczą, którą zrobił podczas spotkania z Reedem w studiu, to nastroił mu gitarę.

*

Greatest Hits – NYC Man Lou Reeda. Słucham faceta, który nieszczególnie dobrze grał (straszny jest ten czas przeszły…) na gitarze, wokalistą wybitnym też nie był, wielokrotnie ocierało się to przecież o melorecytację. Ze swym jakże ważnym zespołem, Velvet Underground, rozstał się w 1970 roku, rozgoryczony brakiem odzewu, niezrozumieniem przez słuchaczy. Rangę VU, znaczenie w dziejach rocka – doceniło dopiero kolejne pokolenie muzyków i odbiorców. I tak już zostało.

Poeta rocka – wyświechtany to termin i w dodatku zawierający coś deprecjonującego w sobie. Poeta rocka – a więc nie poeta sensu stricto, tylko taki pomniejszy, gorszy. Jakby słowa bez wsparcia muzyki były – zawsze i zaledwie – niczym samochód bez silnika.

Rokendrol doczekał się chyba wszystkich możliwych form nobilitacji – wszedł na salony, w jego blasku ogrzewał się niejeden prezydent, królowa brytyjska nadawała rockmanom tytuły szlacheckie. Brakuje właściwie tylko jednego – i dobrze by się stało, gdyby Bob Dylan, od lat wymieniany w gronie kandydatów, dostał wreszcie literackiego Nobla.

W tle gra mi Lou Reed. Z Velvet Underground ostro, surowo, gitarowo. Jako solista – zwykle delikatniej, czasem bardzo lirycznie. Te utwory mają kilkadziesiąt lat, lecz czas ich nie rusza. Rytmy rodem z lat 60. mają się dziś dobrze jak nigdy, a piosenki napisane kilka lub kilkanaście lat później równie dobrze mogłyby powstać dzisiaj. Jednak hola, powoli. Nagrywało wielu, bardzo wielu, ostali się natomiast nieliczni. Wydobywanie piękna zaklętego w prostocie dostępne jest tylko wybranym. W przypadku tego artysty można smakować wszystkiego, z tekstami na czele. Ale i sama muzyka ma wielką moc.

*

Lou Reed, wypełniając tzw. kwestionariusz Prousta, na pytanie „Gdybyś po śmierci miał odrodzić się jako osoba lub rzecz, jak sądzisz, co by to było?”, odparł: „Wzmacniacz”.

[W NaTemat: 31 października 2013]

Crème de la crème – zmarł Jarosław Śmietana

To, że „biorą z każdej półki”, uświadamiamy sobie mniej więcej, gdy jesteśmy nastolatkami. Sześćdziesiąt dwa lata to śmierć przedwczesna, nie z powodu starości i jej rozlicznych niedomagań, a – w tym przypadku – okrutnego nowotworu.

[more]

Nie będę udawał znawcy jazzu ani szczególnego miłośnika talentu Pana Jarosława, lecz przecież dorastałem i starzałem się, wciąż mając świadomość Jego obecności i bardzo ważnego miejsca w polskim jazzie.

W rodzimym środowisku ten krakowianin z urodzenia i absolwent katowickiej PWSM zagrał chyba ze wszystkimi, zdążył dokonać nagrań ze Zbigniewem Seifertem, znakomitym skrzypkiem, którego w wieku niespełna trzydziestu trzech lat, w 1979 roku, także pokonał rak. Stał na czele Extra Ball (1974-84) i kilku innych formacji. Nagrywał i koncertował z tuzami – Johnem Abercrombiem, Artem Farmerem czy Didierem Lockwoodem.

Nie stronił od innej muzyki, sięgał do bluesa i rocka. W 2008 roku z Wojciechem Karolakiem, Pawłem Mąciwodą (tym od Scorpions) i Krzysztofem Dziedzicem, z gościnnym udziałem m.in. Nigela Kennedy’ego,  nagrał album Psychedelic. Music of Jimi Hendrix, na którym także… śpiewał.

W 1998 roku otrzymał Fryderyka za krążek Songs and Other Ballads. Był także nauczycielem akademickim w Krakowskiej Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej.

 

Blues molowy o „Klubie 27”

Klub powstał dawno temu, ma otwartą formułę i doczekał się nawet własnego artykułu w Wikipedii. Kilkoro jego członków wywarło wielki wpływ na muzykę rockową. Wpływ zdecydowanie artystyczny, aczkolwiek niehigieniczny tryb życia i przedwczesna śmierć stanowią nierozerwalną część ich legendy.

[more]

Bezmyślność i okrucieństwo losu zawsze towarzyszyło ludzkiemu istnieniu. Zawsze też informacje o śmierci ludzi znanych, popularnych, lubianych rozpalały głowy i prowokowały do dyskusji. Chcesz stać się legendą? Umrzyj, najlepiej młodo.

Na jedyny taki w historii,

rokendrolowy ferment

– końca lat 60. i początku 70. – złożyło się parę czynników. Pokoleniowy – wejście w czas dorosłości ludzi niepamiętających drugiej wojny światowej. Polityczny – konflikt w Wietnamie, w który zaangażowane były USA i Wielka Brytania. W pierwszym przypadku skutkowało to tysięcznymi powołaniami do armii, wyjazdem na azjatycki front i, w stanowczo zbyt wielu przypadkach, powrotem do ojczyzny w trumnie lub na wózku inwalidzkim.

Kulturowy, artystyczny – rokendrol osiągnął dojrzałość. Do lamusa odchodziły dwuipółminutowe piosenki o miłości chłopca do dziewczyny zilustrowane dość nieporadnym, amatorskim potraktowaniem instrumentów. Wokół tej niewiarygodnie szybko dojrzewającej muzyki skupiło się mnóstwo zjawisk. Rock stał się

sposobem na życie.

Dla wybranych na scenie, dla większości – wokół niej. Dla wszystkich – sposobem na ucieczkę. Od nudy, norm społecznych, zastanego porządku. Sposobem na odreagowanie. Także – za sprawą używek. Najwyższe wzloty artystyczne przeplatały się więc z ludzkimi upadkami.

Aż wreszcie w sidła śmierci, co było nieuchronne, zaczęli wpadać ci najwięksi. Oklaskiwani przez miliony, kochani, uwielbiani. Tak się złożyło, że w ciągu trzydziestu dwóch dni 1970 roku pożegnało się z tym jedynym znanym nam światem trzech znakomitych wykonawców, rok z niewielkim okładem wcześniej zmarł członek jednej z najsłynniejszych grup nie tylko tamtych czasów, a w lipcu 1971 przez „drzwi percepcji” przeszedł kolejny z największych.

Alan „Blind Owl” Wilson, współzałożyciel Canned Heat, przedawkował 3 września, Jimi Hendrix – 18 września, Janis Joplin – 4 października 1970 roku. 4 lipca 1969 wyciągnięto z jego prywatnego basenu martwego Briana Jonesa, dopiero co wyrzuconego z The Rolling Stones. Niemal równo dwa lata później, 3 lipca 1971 w Paryżu, znaleziono w wannie nieżywego Jima Morrisona. Dwa lata, pięć trupów z najwyższej rokendrolowej półki. Wystarczy?

Bluesowo-rokendrolowy pokój w „Klubie 27”

otwarł jednak wiele lat wcześniej, bo w 1938 roku, uważany za pioniera współczesnego łojenia Robert Johnson. Genialny Murzyn, na którego wciąż powołują się najwięksi z największych gitarzystów.

„Klub 27” to umowne i bardzo pojemne hasło. Miejsce, do którego w ostatnim dwudziestoleciu wejściówki otrzymali Kurt Cobain i Amy Winehouse. Lecz przecież śmierć zagościła wśród rokendrolowców tak samo, jak w każdym innym środowisku. A właściwie zdecydowanie wyraźniej, bo ludzie związani z tą muzyką – jak to zwykle z niepokornymi artystami bywa – byli i są bardziej skłonni niż przeciętni śmiertelnicy smakować życie we wszelkich jego przejawach. Także takich, kiedy bezustanne balansowanie na cienkiej i kruchej granicy kończy się jego – życia – utratą.

Muzycy odchodzą, muzyka zostaje – zmarł JJ Cale

Są tacy muzycy, kompozytorzy, którzy nie odnieśli szczególnego komercyjnego sukcesu, natomiast cieszą się wielkim poważaniem kolegów po fachu. Często tych, którym udało się zyskać wielki rozgłos i trwałą pozycję w branży. Kimś takim od lat jest JJ Cale. Jest i pewnie będzie przynajmniej tak długo, jak żyć będą ci, dla których stanowił inspirację, którzy rozsławili napisane przez niego piosenki, którzy wciąż je grają na swoich koncertach. Jest i będzie, choć od 26 lipca o nim samym mówimy w czasie przeszłym.

[more]

Amerykański gitarzysta, kompozytor i autor tekstów John Weldon Cale urodził się 5 grudnia 1938 roku. Grał właściwie wszystko: rocka, bluesa, a nawet jazz. Nagrywał i występował z największymi. Przede wszystkim z Erikiem Claptonem, który rozsławił jego <em style="font-family: Verdana; text-align: Cocaine i After Midnight. Z Neilem Youngiem, który nazwał go najwspanialszym, obok Hendriksa, gitarzystą rockowym. Do inspiracji jego grą i twórczością przyznawali się tak różni twórcy, jak Mark Knopfler, Brian Ferry czy Carlos Santana.

Mimo że jego debiutancki singiel ukazał się w 1958 roku, dopiero czternaście lat później, w 1972 roku, światło dzienne ujrzał pierwszy album artysty. Otwierał go Call Me The Breeze, który wkrótce potem stał się jednym ze sztandarowych numerów Lynyrd Skynyrd. Łącznie Cale wydał nie za dużo, bo czternaście studyjnych płyt. I zaledwie jedną koncertową – w 2001 roku. Za nagrane wspólnie z Claptonem dzieło – The Road To Escondido (2006) – otrzymał dwa lata później Grammy za najlepszy album bluesowy. Na płycie Mr. Erika, Old Sock, zagrał po raz ostatni – we własnym utworze Angel.

To, że Clapton stał się Slowhandem, dokonało się z pewnością pod niemałym wpływem Cale’a. Prostota, zredukowanie artystycznych środków wyrazu tylko do tych absolutnie niezbędnych – to coś, co stało się bardzo bliskie Markowi Knopflerowi, zwłaszcza w okresie po rozwiązaniu Dire Straits.

Ludzie odchodzą, muzyka zostaje. Czasem, w dobrym wyborze na płycie, do kupienia za niewielkie pieniądze. Bo chodzi nie tylko o te najsłynniejsze, ale też na przykład o takie kawałki, jak Magnolia, Crazy Mama, Hey Baby czy Change Your Mind. Uroda tych i wielu innych piosenek warta jest znacznie, znacznie więcej… 

Jeźdźcy burzy odchodzą

Zawsze kiedy umierają ludzie znani, lubiani przez nas, cenieni – świat robi się mniejszy i smutniejszy. Gdy te śmierci dopadają nas w odstępie kilku dni – ból jest jeszcze większy. I świadomość, że skoro odchodzą, to i my, ich wielbiciele sprzed wielu już lat, też młodzi nie jesteśmy. Nasze autorytety i nasi idole w coraz większej grupie są już „tam”. Biologia jest bezwzględna i nieubłagana.

[more]

Dopiero co mieliśmy możliwość obejrzeć w sobotnie wieczory w TVP Kultura historię powstania pierwszego, a potem ostatniego albumu The Doors – L.A. Woman – wydanych za życia Jima Morrisona. Wielki zespół, dwie najlepsze płyty w jego dorobku. Wspaniałe opowieści całej trójki: Raya Manzarka, Robbiego Kriegera i Johna Densmore’a.

I kolejny raz rodzi się pytanie, ile trzeba, by przejść do historii? I drugie, jakiż ta historia przybierze ostatecznie kształt? Tych czterech starannie wyedukowanych młodych ludzi intensywnie działało ledwie parę lat. Wszystkie ważne nagrania powstały w okresie 1967-1970. To, co po śmierci Morrisona zrobili trzej panowie, nie może się już równać skalą dokonań z twórczością The Doors. No i druga kwestia – co zostanie z rokendrola za kolejnych pięćdziesiąt lat? Wydaje się, że wiele z tego, co dzisiaj, ale czy na pewno? Jeśli Chuck Berry, Beatles, Rolling Stones, Dylan czy Doors przetrwali próbę ponad lub niemal półwiecza, to może ostaną się także w przyszłości jako ci z grona najważniejszych?

Ray Manzarek, wnuk polskich emigrantów urodzony w 1939 roku, zmarł wczoraj w Niemczech. Każdy, kto miał okazję popatrzeć na zapisy z koncertów słynnego kwartetu, musiał zapamiętać jego charakterystyczną sylwetkę. Kwadratowa szczęka, okulary, spokój – intelektualista przy klawiaturze. I ten klawiszowy bas, który obsługiwał jedną dłonią, drugą wyczyniając niezłe hołubce na organach. W pięknym Hyacinth House przypomniał o swych korzeniach, cytując Chopina.

– Hej, staruchu!

– Hej, Ray, jak się masz?

– Świetnie. Myślałem, że pojechałeś do Nowego Jorku.

– Nie, zostałem tu (…). Piszę…

– Piszesz? A co piszesz?

– O, nic takiego. Po prostu piosenki.

– Piosenki? – ucieszył się Ray. – Zaśpiewaj mi jakąś.

Jim usiadł na piasku. Ray ukląkł naprzeciw niego. Jim zaczął się kołysać, wyciągając ręce na boki i przesypując piasek między palcami. Przymknął oczy. Wybrał pierwsze wersy Moonlight Drive. Słowa popłynęły powoli i wyraźnie:

 

 Popłyńmy do księżyca / ooch

 W górę, po fali przypływu

 Zanurzmy się w wieczorze, tam

 Gdzie we śnie kryje się miasto…

 

Kiedy skończył, Ray wykrzyknął:

– To najlepsze cholerne teksty, jakie słyszałem! Chodź, założymy zespół rockandrollowy i zarobimy milion dolarów!

– Otóż to – odpowiedział Jim. – Właśnie o tym myślę przez cały czas.*

 

Czy są już po pierwszej od lat próbie? I jaką tym razem piosenkę Jim zaśpiewał Rayowi?

 

_____________________

* Fragment książki Nikt nie wyjdzie stąd żywy Jerry’ego Hopkinsa i Danny’ego Sugermana. Polskie wydanie w przekładzie G. Grątkowskiego. Britannica Press & Education 1992.

Stoję, stoję, czuję się… – Marek Jackowski nie żyje

I znów robi się smutno. Bo zmarły dzisiaj Marek Jackowski to jedna z legend polskiej muzyki drugiej połowy XX wieku. Na przełomie lat 60. i 70. grał z Markiem Grechutą w Anawie, potem współpracował z Osjanem. Właśnie z Milo Kurtisem przyszło mu założyć zespół o nazwie Maanam.

[more]

Nigdy nie byłem wielbicielem tej kapeli, bo nie należałem do wyznawców talentu Kory. Nie sposób jednak nie docenić skali zjawiska, zwłaszcza w pierwszych latach 80., jakim był ten zespół. I kompozycji, które w przytłaczającej większości były autorstwa Pana Marka.

Zmarł w wieku sześćdziesięciu sześciu lat. Dla dwudziestolatków to kosmos, dla pięćdziesięciolatków – wyczuwalna przyszłość. Wielki żal, bo odszedł ktoś bardzo ważny w dziejach polskiego rocka.

Jedna chyba z ostatnich „Szans na sukces” odbyła się z udziałem jego, Bodka Kowalewskiego i Ryszarda Olesińskiego (lub Pawła Markowskiego, nie pamiętam). Wojciech Mann, trochę chyba wzruszony obecnością tych panów obok siebie, na jednej kanapie, namawiał ich do zastanowienia się nad powrotem. Czy była to tylko kurtuazja, czy też tęsknota za czasami, gdy byliśmy młodsi, trudno dociec. Dziś wiadomo, że Maanam ze swoim liderem nigdy już nie zagra.