Queenetha

pobrane_12

Głos mocny i czarowny, delikatny i dociskający. Jednak tego largo i allegro jakoś nie za wiele. W sam raz, by nie zmęczyć i nie zniechęcić. Przecież to, co uwodzi najbardziej, dzieje się pomiędzy.

[more]

*

Rok 1967,

pierwszy z tych wyjątkowo żyznych w muzyce i już choćby z tego powodu najwspanialszy, sypnął znakomitymi albumami nie tylko rockowymi. Nawet pobieżny rzut oka na czarną stronę pozwala stwierdzić, że w tamtych dwunastu miesiącach ukazuje się co najmniej kilka znaczących wydawnictw: ostatni – wydany za życia – krążek przedwcześnie i tragicznie zmarłego Otisa Reddinga, King & Queen (królową jest tu jeszcze Carla Thomas, to ich wspólne dzieło), na światło dzienne wychodzi Ray Charles Invites You To Listen. James Brown nagrywa, bagatela, zaledwie trzy krążki (w poprzednim roku pięć), a dwudziestopięcioletnia Aretha Franklin dopisuje do swej dyskografii aż cztery longplaye.

Cóż, czasy były takie, że szastano pomysłami na lewo i prawo, ocean pop music właśnie odsłaniał swą niezmierzoność, to, co rodziło się wtedy w głowach i pod palcami młodych artystów, na taką skalę nigdy już miało się nie powtórzyć. Biali Brytyjczycy zafascynowani byli czarnym bluesem zza wielkiej wody, a czarni – jak choćby ci wymienieni wyżej – ochoczo sięgali po numery Beatles, Rolling Stones i innych wyspiarzy.

 
Piosenki Franklin z tamtego okresu z rzadka przekraczają trzy minuty. Dziś nad każdym takim tematem pieczołowicie pochylono by się w studiu nagraniowym, dopieszczono, doprawiono solą i  pieprzem, cukrem i kakao, wtedy te perły, jedna za drugą, gasły gwałtownie, cichnąc w jednej chwili w głośnikach.

Głos czarny, 

mocny i czarowny,

delikatny i dociskający. Jednakowoż, właśnie, tego largo i allegro, bezprzykładnego darcia paszczy, jakoś nie ma za wiele, nie w nadmiarze, w sam raz. By nie zmęczyć i nie zniechęcić. Przecież to, co uwodzi najbardziej uszy słuchaczy, dzieje się pomiędzy – i Aretha zdaje się o tym wiedzieć. W soulu pełno jest szorstkości, nieoczywistości, bólu prawdziwego, a nie wypolerowanego na glanc – tak jak paręnaście lat później, gdy największą gwiazdą piosenki staje się Whitney Houston, jak jeszcze długo, właściwie do dziś, trwają jej naśladowczynie, wypluwając żyły i wyszarpując trzewia przed mikrofonami, co budzi moje tylko wzruszenie ramion i zupełną obojętność: nasza Edyta G., Celinka Dionova (w tych przypadkach czarne pomieszane jest już ze spuścizną Barbry Streisand) czy budząca zachwyty niektórych Florencja ze swoją Maszyną. Franklin śpiewa głosem nieznającym żadnych granic – ale pomiędzy. Pomiędzy czernią i bielą, bólem i radością. W tym

pomiędzy,

powtórzę po raz któryś, tkwi całe piękno muzyki anglosaskiej, zaklęte we wszelkich odcieniach szarości – inaczej to niż ma to miejsce z krwią wykonawcy francuskiego albo rosyjskiego na białej sukni albo czarnych butach widza siedzącego nawet w dziesiątym rzędzie.

Nie będę udawał, że jestem jakimś domorosłym soulologiem, ze szczególnym uwzględnieniem dorobku Arethy F. Nie jestem i nigdy nie będę. Ale odkąd, a stało się to już bardzo dawno temu, gitary przestały być warunkiem niezbędnym do osiągnięcia przeze mnie stanu muzycznej szczęśliwości, zacząłem zerkać w tamtą stronę. I dlatego ilustruję tę pisaninę dwiema wersjami Respect – oryginałem  ukochanego Reddinga (bo jak kochać wczesnego Niemena, nie kochając Otisa R.?) i wersją Arethy, zestawiam Glorię Them z Save Me, cudowny I Never Loved A Man w kanonicznym wykonaniu AF oraz młodziutkiej Kasi Kowalskiej z jej pierwszej płyty – Gemini z 1994 – ze Sławomirem Piwowarem na Hammondach.  A na deser It Takes Two to Tango wykonane wspólnie z Rayem Charlesem.

W tych dniach nie tylko Barack Obama ociera łzy (jak w klipie umieszczonym na blogowym fb). Pocieszenie niesie dzieło, które  zostawiła nam królowa. Do słuchania i wzruszania. Się. Wielokrotnego.

xxx

pobrane24

Z każdą taką śmiercią jest mnie mniej. Świat, który zastajemy w chwili narodzin, a potem oglądamy w trakcie dorastania, potrafi być fascynujący. Mroczny, odległy, niebezpieczny, ale i piękny. I taki poważny, bo przecież piękna dziewczyna w ogólniaku jest dla chłopaka z podstawówki nieosiągalna w swej dorosłości.

[more]

*

Bo czyż ci, których za młodu uznaliśmy za nasze autorytety, nie mieli być tutaj zawsze? A nawet jeśli nie zawsze, to na tyle długo, by nikt z nas nie martwił się, że ich czas został poddany tak gwałtownej weryfikacji? Czyż to nie z nimi nasza wyobraźnia zdążyła wiele lat wcześniej podpisać bezterminowe pakty o ich obecności. Miały obowiązywać. Bez względu na wszystko.

 (Piotr Stelmach, Lżejszy od fotografii – o Grzegorzu Ciechowskim)

 *

Dlaczego teraz jest taka „ciulnia” w polskim show-biznesie? Bo brakuje wielkich poetów rocka” – powiedział mi kiedyś w cztery oczy Robert Brylewski.

(Wojciech Konikiewicz, w: Lżejszy od fotografii…)

 *

W czasach względnej wolności było więcej zbuntowanych piosenek niż teraz. Może teraz młode zespoły nie są przeciwko niczemu, są za wszystkim i już. Albo śpiewają po angielsku jakieś truizmy.

(Marcin ŚwietlickiNieprzysiadalność. Autobiografia)

*

Życie roi się od autorytetów. Wielkich, takich, które pozostają nimi na zawsze, takich trochę mniejszych oraz całkiem małych, jak starszy kolega mieszkający w sąsiedniej klatce.

A potem, nie wiedzieć kiedy, przewracamy kartki w kalendarzu, coraz szybciej i szybciej, i ci, którzy byli dla nas drogowskazami albo znaczącymi postaciami, zaczęli się wykruszać.

Po pięćdziesiątce jest tak, że pozostała ich garstka, a co któreś wiadomości dowiadujemy się, że znów kogoś ubyło. Świat robi się coraz bardziej nie nasz, nie mój, wciąż bardziej obcy. Niebudzący ciekawości w swej codzienności, coraz częściej natomiast – znużenie. Tych, którzy mnie uformowali, już nie ma, ci, którzy na mnie wpływali, są w coraz mniejszej mniejszości.

Myśl o tym, czy i co naprawdę ważnego zostawiają nam ci, którzy popłynęli już na drugi brzeg.

I tylko nieśmiała, pocieszająca myśl: o przewadze kultury nad światem władzy, o wyższości dźwięków trąbki Tomasza Stańki na przykład na Astigmatic nad przemówieniami Gomułki, o wyższości Buenos Aires Kory nad biurem politycznym jedynie słusznej partii u schyłku lat 70.

Mój Młynarski

pobrane7

Każdy chyba ma swojego Młynarskiego, przynajmniej każdy z grona tych z przykurzonymi już trochę peselami. Ale jest to przecież grupa wykraczająca daleko poza jedno pokolenie.

[more]

Choć wielokrotnie już dawałem do zrozumienia, że najważniejsza dla mnie jest muzyka, że dobry tekst nie jest warunkiem niezbędnym – zawsze przyjemniej nadstawić ucha i posłuchać nie tylko jak, ale i co konkretnie śpiewa wokalista.

Urodziłem się ponad pół wieku temu, zbyt późno, by dostatecznie mocno i w pełny sposób załapać się na artystyczne apogeum rockowe, czyli drugą połowę lat 60. i pierwszą następnej dekady (inna sprawa, ilu ludzi po tej stronie muru berlińskiego miało wtedy szeroki dostęp do tamtej muzyki?). Ale w sam raz, by jako kilkuletni chłopak od razu ustawić swoje słowno-muzyczne radary na właściwe – jak nieskromnie mniemam – tory. By odróżniać 

dwie prędkości:

oddzielić Niemena, Skaldów, Polan, Breakout czy Grechutę od Czerwonych Gitar, No To Co albo Trubadurów, a także uczyć się wyczuwać różnicę między frazą „Lampa nad progiem i krzesło, i drzwi – wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”, od na przykład takiej: „Idzie czerwiec borem, lasem, drogą i bezdrożem. Jedną nogą jeszcze tutaj, drugą już za morzem”.

Jedną z pierwszych płyt bigbitowych w moim domu był drugi krążek Skaldów (gra mi teraz, gdy piszę te słowa, i trzyma za gardło chyba mocniej niż przed laty). Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał (1968) to lekcja kultury muzycznej, szlachetne połączenie tradycyjnej piosenki z elementami rocka i polskiego folkloru, zaś warstwa muzyczna doprawiona jest jeszcze tekstami trójki mistrzów pióra: Agnieszki Osieckiej, Leszka Aleksandra Moczulskiego i Wojciecha Młynarskiego. Autorstwa tego ostatniego są słowa piosenki tytułowej, dowcipem skrzy się Będzie kolęda („Jezusie, Jezusie, plamy są na obrusie, trza je prać”), a do tego Sen dla mojej dziewczyny i kończący płytę Czy jeszcze zdążę. Na trzecim krążku zespołu pojawiają się kolejne dwa teksty Młynarskiego – Bas oraz Prześliczna wiolonczelistka, jedna z 

najpiękniejszych piosenek

w repertuarze grupy i całej rodzimej muzyce nie-poważnej. Na czwartej płycie mamy jeszcze Katastrofę („Nad każdym wisi katastrofa”).

Czesław Niemen wspominał, jak podczas festiwalu opolskiego w 1968 roku podszedł do niego Wojciech Młynarski i powiedział: „Gdybyś tak skrobnął muzykę do wiersza Norwida Bema pamięci żałobny rapsod, to byłoby coś!”. Cztery utwory z tekstami samego Młynarskiego znalazły się natomiast na piątym, tzw. czerwonym albumie Niemena – Wróć jeszcze dziś, Zechcesz mnie, zechcesz, Chwila ciszy oraz Muzyko moja.

Generalnie jednak trudno uznać Młynarskiego za tekściarza rockowego. Ryzykowne jest dociekanie, dlaczego. Może stało się tak, ponieważ mocne granie prawie zamarło w Polsce w latach 70., a z nastaniem kolejnej dekady i pierwszej Solidarności poszło  w nieco innym kierunku: od tego momentu muzycy najczęściej sami piszą teksty, co, niestety, wielokrotnie skutkuje poruszaniem się na granicy banału i grafomanii. 

*

Do klimatów spod znaku Starszych Panów trzeba dojrzeć, więc do utworów takich jak Z kim ci będzie tak źle jak ze mną dorastałem długo. I choć nigdy nie byłem entuzjastą piosenki o korzeniach „przedrockowych”, francuskiej czy rosyjskiej, Młynarski raz po raz odciskał się w mojej głowie. Nie sposób nie pamiętać najlepszego solowego okresu Ewy Bem i piosenek Żyj kolorowo albo Moje serce to jest muzyk, nie pozostałem też obojętny na frywolne wdzięki utworu z repertuaru Hanny Banaszak – Mam ochotę na chwileczkę zapomnienia. Bliższa mi stylistycznie od dwóch wymienionych tutaj pań Krystyna Prońko fantastycznie zaśpiewała Poranne łzy.

Wielbicielem 

wokalistyki 

Młynarskiego nie byłem, ale przecież jako szczeniak nuciłem Jesteśmy na wczasach, doświadczałem na własnej skórze, jak bon moty mistrza przechodziły do języka mówionego, jak choćby „Przyjdzie walec i wyrówna” czy też „Jeszcze w zielone gramy”. A Nie ma jak u mamy doceniałem coraz bardziej wraz z upływem czasu, tekst tej piosenki wzruszał wciąż bardziej, im więcej siwych włosów miała moja mama. Te słowa są piękne i mocne – i takimi pozostaną, choć jej nie ma już wśród żywych.

Od kilkunastu dni nie ma też już z nami Wojciecha Młynarskiego. Który sprawdza, jak to jest być artystą idącym do nieba. A nam żal, bo tutaj znów zrobiło się puściej.

[W NaTemat: 2 kwietnia 2016]

Czas przeszły: John Wetton

images1

John Wetton, basista i wokalista takich m.in. zespołów, jak King Crimson, United Kingdom, Asia, zmarł na raka 31 stycznia.

[more]

*

Z każdą taką śmiercią czuję, że jest mnie mniej. Świat, w którym rozglądałem się z ciekawością jako młody człowiek, którego częścią pragnąłem się stać, odchodzi w przeszłość. Jest coraz mniejszym światem. Coraz mniejszą cząstką tego wielkiego, który nieszczególnie mnie interesuje, coraz bardziej irytuje i niepokoi. Którego coraz bardziej nie rozumiem. To taka typowa refleksja związana ze starzeniem się.

Facetowi po pięćdziesiątce niewiele i niewielu może już zaimponować, nastolatkowi – imponuje prawie wszystko. Mimo świadomości, iż coraz mocniej skręcam w park jurajski, w skansen dla bezzębnych, więc niegroźnych dinozaurów – poczynię jedno zastrzeżenie: moi muzyczni idole, rockmani z lat 60. i 70., wytyczali  muzyczne szlaki, stworzyli kanon tej muzyki. I właściwie wszystko, co później jeszcze udało się w tej materii powiedzieć znaczącego, czerpie z ich dokonań.

John Wetton zmarł 31 stycznia, mając sześćdziesiąt siedem lat. Muzycznie do końca aktywny, nie dał rady rakowi. Występował i nagrywał jako solista, współpracował z połową muzyków Roxy Music, słychać go na płytach Uriah Heep czy Wishbone Ash, a największy komercyjny sukces odniósł z zespołem o nazwie Asia – złożonym z wybitnych muzyków wybitnych formacji (m.in. Yes i Emerson, Lake & Palmer), ale grającym bardzo niewybitną muzykę. Z perspektywy lat nie ma to – pewnie nie tylko dla mnie – większego znaczenia. Nie liczą się bowiem rzeczy mało istotne, gdy mamy do czynienia z sytuacją, w której po przesianiu zostają na sicie perły: 

muzyka najznakomitszej próby. 

Czyli pięć studyjnych albumów nagranych w latach 1973-79 – trzy King Crimson i dwa United Kingdom.

Wetton pojawił się w składzie King Crimson w 1972 roku, jako dwudziestotrzylatek, został nowym wokalistą i basistą zespołu.  Jak wiele wniósł do formacji dowodzonej przez Roberta Frippa, nie trzeba nikogo znającego jej dyskografię przekonywać. Po latach, z uwzględnieniem późniejszych o parę lat krążków U.K., widać i słychać to jeszcze wyraźniej. Nie odważę się swoim blogerskim uchem oceniać, która z trzech ówczesnych odsłon KC jest najlepsza, nie o to zresztą chyba chodzi. Wydaje mi się jednak, że okres 1972-74 jest najbardziej zwarty, jednorodny stylistycznie, wspaniale łączący rocka progresywnego z mocnym, niemal hardrockowym graniem, mimo iż rozlicznych odjazdów w niezbadane rejony – a jakże – nie brakuje. Wetton dał kapeli matowy, ale bardzo mocny wokal oraz potężne brzmienie gitary basowej.

Larks’ Tongues In Aspic

(1973) jest ze mną od zawsze. Nie mam dystansu do tej płyty, pokochałem ją jako nastolatek, a po upływie może dwóch dekad zaliczyłem do najważniejszych płyt rockowych wszechczasów i tej opinii nic już nie zmieni.  Spina ją dwuczęściowa, szalona i olśniewająca pomysłami kompozycja tytułowa, a cała reszta jest nie mniej frapująca. Po latach do koncertowego repertuaru KC wrócił numer Easy Money. Na kolejnym krążku, Starless And Bible Black (1974), nie ma utworów, które weszły do kanonu grupy, co w niczym nie umniejsza jej wartości. Znakomity jest już otwierający krążek The Great Deceiver. Słuchając całości mam przekonanie, że płyta musiała wielkie wrażenie wywrzeć na muzykach SBB, stała się inspiracją do dalszych i jeszcze odważniejszych poszukiwań trójki muzyków ze Śląska. Natomiast ostatni studyjny album przed rozpadem zespołu, Red (1974), to najostrzej brzmiący krążek w całej dyskografii. Czadu i brawury jest w nim mnóstwo – to rzeczywiście materiał, którego wykonywanie na żywo mogło przenieść się z hal na wielkie stadiony. 

Nazwisko Wettona jako 

współautora

pojawia się pod większością utworów umieszczonych na tych trzech płytach. Muzyk w późniejszych latach wielokrotnie wracał podczas swych występów do olśniewającej urodą kompozycji Starless (nawiązującej do monumentalnych kompozycji z początku działalności grupy, takich jak Epitaph czy In The Court of The Crimson King), a także do podobnej w klimacie, choć kameralnej Book of Saturday, prezentując swe bardziej liryczne oblicze.

Fripp w 1974 roku zaskoczył wszystkich informacją o rozwiązaniu zespołu. Wetton nie krył rozgoryczenia jego decyzją, był bowiem przekonany, że z KC mógłby grać kolejne ćwierć wieku. Twierdził, że Fripp bał się uczynienia z KC gwiazdy pierwszej wielkości.

Jak bardzo wyobraźnia muzyczna kilku ludzi może się „zunifikować”, jak wielkie muzyczne porozumienie mogą osiągnąć wybitne osobowości, widać trzy lata później, gdy trzej panowie z ekipy Roberta F. – Wetton, perkusista Bill Bruford (znany też z Yes) oraz skrzypek i klawiszowiec Eddie Jobson (jego partie zarejestrowane w studiu dograno do koncertowego materiału wydanego na dwupłytowym analogowym albumie USA, 1975) powołali do życia grupę

U.K.

Skład uzupełnił zdradzający jazzowe inklinacje gitarzysta Allan Holdsworth. Jak mocne musiało być pragnienie, by kontynuować wypracowaną na wspomnianych trzech płytach formułę King Crimson! Artystycznie jest bez zarzutu, muzyka kipi od pomysłów. Słuchając United Kingdom (1978) i Danger Money (1979) aż trudno uwierzyć, że rock progresywny dogorywa, że to ostatnie jego wybitne przejawy. 

Zespołowi nie udaje się zyskać należnej popularności. Holdsworth i Bruford odchodzą już po nagraniu pierwszej płyty, a na miejsce tego drugiego ściągnięty zostaje kumpel Jobsona z zespołu Franka Zappy, Terry Bozzio. W tym trzyosobowym składzie nagrywają jeszcze tylko dwie płyty, wspomnianą Danger Money i koncertową, dokumentującą występy w Japonii, Night After Night (1979).

Danger Money to jedna z moich ukochanych płyt. To z niej pochodzi chyba ostatnie progresywne cudeńko, Rendezvous 6’02. Poza nim – brawurowo wykonany Caesar’s Palace Blues, najsłabszy, zapowiadający produkcje Asii Nothing To Lose oraz trzy rozbudowane kompozycje: tytułowa, The Only Thing She Needs i mój wielki faworyt, Carrying No Cross – utwór, który należałoby umieścić w żelaznym zestawie progresywnego grania. Jest w nim wszystko: andante i largo, liryczność i gwałtowność – to muzyka na miarę najlepszego King Crimson, a i cytatów z Emersona też nietrudno się dosłuchać. Palce lizać. 

To pewnie przypadek, że Starless jest ostatnim utworem na ostatniej studyjnej płycie tamtego KC, a Carrying No Cross ostatnim na ostatniej – zaledwie drugiej – płycie z premierowym materiałem U.K. Cóż, jeśli już nie mogło być nic więcej, to przynajmniej kończą się obie te historie w najpiękniejszy z możliwych sposobów.

Po latach, w 2012 roku, pełen obaw wybrałem się do krakowskiego „Studia” na koncert reaktywowanego United Kingdom. To był mój jedyny raz, gdy zobaczyłem Johna Wettona w akcji, a odwiedzał nasz kraj wielokrotnie. Był, zresztą tak jak i Eddie Jobson, w świetnej formie. Koncert dali znakomity.

Dziś niestety wiadomo, że – najpewniej – United Kingdom już nie zagrają. A marzenie, by Wetton zaśpiewał kiedyś jeszcze z King Crimson, też się nie spełni…

[W NaTemat: 12 lutego 2017]

David Bowie: gwiezdny pył i czarna gwiazda

pobrane1

Mija rok od śmierci Davida Bowiego, bodaj największego kameleona w historii muzyki rockowej. 8 stycznia 2016, na 69 urodziny, ukazał się jego ostatni album – przynajmniej z tych, nad których przygotowaniem sam pracował. Dwa dni później świat obiegła informacja, że zmarł.

[more]

*

Freddie Mercury, urodzony 5 września 1946, i David Bowie, urodzony 8 stycznia 1947 roku – ludzie z tego samego pokolenia, niespokojni, poszukujący muzycy, intrygujący ponadto opinię publiczną innymi od „powszechnie obowiązujących” sposobami wyrażania seksualności. Dokonujący wspólnego nagrania, Under Pressure, co jakby pieczętowało wspólnotę dusz, braterstwo muzycznej broni. A jednocześnie, z racji odległych o niemal ćwierć wieku dat śmierci, przynależący do dwóch różnych pokoleń:

dziadków i ojców.

Mercury umierający w sile wieku, mający zaledwie czterdzieści pięć lat i – mogłoby się wydawać – długą jeszcze karierę przed sobą, zaś Bowie, sześćdziesięciodziewięcioletni, muzycznie spełniony, odchodzący przedwcześnie, jednakże już u progu starości. Jednego i drugiego zabijają choroby. Obaj, przystępując do sesji nagraniowych związanych z Innuendo i Blackstar wiedzą, że ich czas jest już policzony, że trzeba się spieszyć. 

Mercury, po latach eksperymentów z – nieznośną częstokroć dla mnie – elektroniką w latach 80., powrócił do starych, sprawdzonych patentów, dając tym samym wyraźnie do zrozumienia, że zaprezentowany na tym krążku muzyczny autoportret jest najbliższy prawdy. Bowie miał do dyspozycji całe dwadzieścia cztery lata więcej. Rock od 1991 roku może nie zmienił się aż tak bardzo, ale jednak ugruntował i usankcjonował rolę tego, co syntetyczne – w brzmieniu i w warunkach studiów nagraniowych. Nie było więc już  mowy o radykalnej wolcie, o powrocie do gitarowego brzmienia z przełomu lat 60. i 70. Innuendo fani mogli się jeszcze nacieszyć, krążek Blackstar natychmiast, po dwóch dniach, stał się ostatnią artystyczną wolą, prawie głosem zza grobu.

*

Już okładka poprzedniej płyty Bowiego, The Next Day (2013), była – nie licząc wkładki – utrzymana w czarno (bardziej) – białej (mniej) tonacji, a w tytułowym utworze Bowie śpiewał I’m gonna say goodbye, ale także Here I am/Not quite dying/My body left to rot in a hollow tree. Blackstar ma tylko tyle bieli, by na awersie okładki jeszcze mocniej wyeksponować

czerń 

tytułowej gwiazdy, środek i cała książeczka to czerń i sepia. Nieuchronność i nieodwracalność nie mogą nie niepokoić, jednak ostatnie napisane słowa, choć brzmią mocno z tej strony, po tamtej mogą nic nie znaczyć: teksty piosenek wydrukowane są czarną czcionką na czarnym tle: I’m falling down/Don’t believe for just one second I’m forgetting you/I’m trying to/I’m dying to – śpiewa w Dollar Days.

Gdy zdrowy dwudziestolatek mówi o umieraniu i śmierci, trudno to nawet nazwać konstrukcją logiczną czy filozoficzną. To coś bardzo odległego i dotyczącego innych, lecz nie jego. Starość niekoniecznie musi łączyć się z mądrością, ale mędrcem nie może być żółtodziób, a tylko ktoś z paroma mocnymi krzyżykami na karku. Gdy ciało odmawia posłuszeństwa, gdy wiadomo, że dzień, w którym odmówi go całkowicie, jest bliski, nie ma już czasu ani ochoty na błazenadę. Pozostaje tylko to, co naprawdę istotne i ważne – to czas ostatniego wyścigu – by spróbować zakończyć możliwie jak najwięcej tematów. By powiedzieć jeszcze coś istotnego.

*

Jako miłośnik muzyki rockowej – z Davidem Bowiem zawsze miałem

kłopot.

Komputerów, które zdominowały „analogowe” instrumenty, chyba nigdy nie pokochałem – u niego też nie. Tak więc gorące emocje wyzwalał – i nadal wyzwala – wyłącznie czas Ziggy’ego Stardusta. Tylko że jak tu nie dostrzec pętli czasu, że Stardust, gwiezdny pył (Gwiezdny Pył?), zamienia się ostatecznie w Blackstar, czarną gwiazdę (Czarną Gwiazdę), gwiazdę bezpowrotnie gasnącą, odchodzącą w inny wymiar. Toteż nawet jeśli moje muzyczne serce musi w tym przypadku wspomagać się rozumem, nawet jeśli nie umiem bezwarunkowo pokochać ani tego albumu DB, ani wielu wcześniejszych – wiem jedno: jest zbyt dobry, by zbyć go dyletanckim wzruszeniem ramion. Jest zbyt ważnym głosem ważnego artysty i umierającego człowieka, by się nad nim z uwagą nie pochylić. W wielu fragmentach jest najzwyczajniej – przepraszam za mało stosowne w tym kontekście określenie –  bardzo piękny, cały zaś – niezwykle przejmujący.

(David Bowie, Blackstar, 2016)

[W NaTemat: 8 stycznia 2017]

Sierota po Gregu Lake’u

pobrane3

Nie znajduję drugiego męskiego tak seksownego głosu w rocku, tak bardzo uwodzącego, głębokiego, tak urzekająco i jednocześnie zupełnie nieckliwie brzmiącego w nastrojowych balladach.

[more]

*

Osobista linia horyzontu coraz bliżej. Dowodów na to mam aż nadto: pierwsze cyfry peselu stają się coraz bardziej zamierzchłą przeszłością, narodzin wokół mnie coraz mniej, za to informacji o śmierci wciąż przybywa.

Tych szczególnie bolesnych również. Z poprzedniego pokolenia w rodzinie ostali się bardzo nieliczni, umierają też ci, którzy swoim życiem czy dziełem wpłynęli na mnie szczególnie. Gdy umiera ktoś spośród tych najbardziej lubianych i cenionych muzyków, mam wrażenie, że oto odszedł człowiek naprawdę bliski, niemal członek rodziny.

Bo przecież od zawsze był w moim domu, tym czy innym, na taśmach magnetofonowych, a potem płytach. Był ze mną za sprawą głosu, gitary czy innego instrumentu. Wyzwalał wielkie emocje, wzruszał – a przecież: czy można wpływać mocniej na drugiego człowieka niż wtedy, gdy – na przykład muzyką – dociera się do jego najintymniejszych zakamarków? Jako fana może mnie nie interesować życie prywatne muzyka, czy ćpał, pił, miał jedną albo wiele żon oraz gdzie i z kim spał ostatniej nocy. Najbardziej istotne jest to, że ktoś taki był ze mną za sprawą tego, co w nim najlepsze, najpiękniejsze: talentu.

Kilka miesięcy temu wspominałem Keitha Emersona i w głowie mi nie postało, że końca 2016 roku nie doczeka też inny członek słynnego tria. Tymczasem 7 grudnia, w wieku sześćdziesięciu dziewięciu lat, walkę z rakiem przegrał Greg Lake.

*

Tak się złożyło, że dla mojego starszego rodzeństwa, przynajmniej w pewnym okresie, końca lat 60. i przez całe 70., rozbudowane formy muzyczne z użyciem baterii instrumentów klawiszowych stały się istotniejsze niż ostre brzmienie gitar. Czy ja, kilku-, a potem kilkunastoletni chłopak mogłem pozostać wolny od wpływu braci? Pozostać zupełnie obojętnym, gdy szczególną atencją darzyli oni grupę Emerson, Lake & Palmer?

Cóż, mogło być pewnie i tak, ale – do dziś – pozostaję głęboko nieobojętnym. Mimo że minęło od tamtego czasu parę dziesiątków lat, przetrawiłem mnóstwo różnej muzyki, na szczenięce emocje nałożyła się chłodna analiza, a z niektórych dawnych miłości pozostały jedynie zgliszcza albo obojętne wzruszenie ramion.

Co tu dużo mówić, najprzyjemniejsza w słuchaniu muzyki nagranej dawno temu jest konstatacja, że młodzieńcza i nieopierzona czasem miłość przerodziła się w dojrzałe uczucie, że ta czy inna płyta wkładana po raz enty do odtwarzacza nieodmiennie powoduje żywsze bicie serca.

Jak popatrzę na swoje regały z płytami, coraz trudniej znaleźć na nich te pozycje, które nagrane zostały przez zespoły, których wszyscy członkowie do dzisiaj żyją, podobnie rzecz się ma z wieloma wykonawcami tworzącymi pod własnym nazwiskiem . AC/DC – nie żyje Bon Scott, Allman Brothers Band – Duanne i Gregg Allmanowie, Beatles – John Lennon i George Harrison, David Bowie, Leonard Cohen, Cream – Jack Bruce, Doors – Jim Morrison i Ray Manzarek, Eagles – Glenn Frey, Emerson, Lake & Palmer – dwaj pierwsi. A to ledwie cząstka, zaledwie początek alfabetu. 

Przy słuchaniu muzyki coraz częściej pojawia się więc to ukłucie w sercu fana, że wielu spośród nich już nie ma, ukłucie szczególnie mocne, co zrozumiałe, na świeżo, krótko po usłyszeniu czy przeczytaniu wiadomości o śmierci. Bolesna refleksja dotycząca przemijania, nieodwracalności. Ten ból łagodzi nieco fakt, że po nieprzeciętnych coś zostaje, ich już nie ma, ale oddziałują nadal: pisarze, malarze, kompozytorzy, muzycy – non omnis moriar.

*

Grega Lake’a (ur. 1947) słychać na kilkudziesięciu albumach. Zaryzykuję precyzyjną liczbę: siedem z nich to płyty wybitne – dwie King Crimson i pięć EL&P. Wśród nich In The Court of The Crimson King (1969) i debiut EL&P (1970) to krążki przełomowe, tworzące nową jakość w muzyce rockowej, prowadzące ją w rejony wcześniej nieodkryte. Jak popatrzeć w metryki twórców, okazuje się, że stworzyli te płyty ludzie bardzo młodzi, a przecież skala ich talentu oszałamiała i oszałamia nadal.

Wielkie grupy w sporej mierze stoją wybitnymi wokalistami – głos to pierwszoplanowy instrument, trudno być świetnym śpiewakiem w słabej grupie i, odwrotnie, trudno być dobrą grupą ze słabym wokalistą. W tej mojej muzycznej karmie, początek biorącej w drugiej połowie lat 60., głos Grega Lake’a na zawsze już pozostanie  wyjątkowy: nie znajduję drugiego męskiego tak seksownego wokalu w rocku, tak bardzo uwodzącego, głębokiego, tak urzekająco i jednocześnie zupełnie nieckliwie brzmiącego w nastrojowych utworach, najczęściej zresztą autorstwa samego Lake’a.

Muzyk trafił na swojej muzycznej drodze na dwie bardzo silne osobowości, Roberta Frippa zamienił na Keitha Emersona, iskry leciały wielokrotnie, lata mijały, a rany nie chciały się goić. Lake nie był dość mocny, by samodzielnie pokierować zespołem, jednakże jako współautor przeszedł do historii rocka. 

Jego głos nieodłącznie kojarzyć się będzie z pierwszym wcieleniem King Crimson, choć na In The Wake of Poseidon (1970) był już tylko gościem. Epitaph z jednej, 21st Century Schizoid Man z drugiej oraz I Talk to The Wind z trzeciej strony. Będąc członkiem EL&P zapisał się jako autor wspaniałych ballad: Lucky Man kończącego pierwszy album, a napisanego podobno jeszcze w bardzo wczesnej młodości, From The Beginning, Still… You Turn Me On, C’est la vie czy antyświątecznego I Believe In Father Christmas.

Ktoś powie, że te wspomniane siedem płyt to przecież zaledwie pięć lat: 1969-1973. Zgoda, życzyłbym jednak sobie samemu i każdemu tak wybitnego kawałka biografii. I całej tak bardzo niepospolitej.

*

Lista tych, co odeszli, jest w tym roku okrutnie długa. Ale jako facet po pięćdziesiątce od dawna już nie mam złudzeń: świat, który zastałem wkraczając najpierw w młodość, a potem w dorosłość, odchodzi coraz bardziej w przeszłość. A więc także ten świat najbardziej ukochany – muzyczny.

[W NaTemat: 18 grudnia 2016]

Keith Emerson: smak dzieciństwa

keith_emerson

Stwierdzenie, że dom rodzinny w głównej mierze kształtuje nas jako ludzi, to frazes. Ale to właśnie tamte szczenięce lata nie pozwalają mi obojętnie przejść nad tą śmiercią, tym bardziej wstrząsającą, że samobójczą. A chodzi przecież o człowieka, który w listopadzie skończyłby siedemdziesiąt dwa lata.

[more]

*
Rock progresywny, nawet w swej pierwotnej, wzorcowej postaci, dzielił i dzieli słuchaczy.

Jedni go kochają, inni nienawidzą,

traktują jako nadęte, pretensjonalne zaprzaństwo wobec źródeł rokendrola. Dla mnie prawie wszystko skończyło się w 1980 roku wraz z rozpadem SBB, co potraktowałem jako ostatni gwóźdź do trumny – po rozwiązaniu King Crimson, przejściu w popowe klimaty Genesis, bijatykach na scenie i rozstaniu Andersona z Yes i rozwiązaniu Emerson, Lake & Palmer. Mija trzydzieści sześć lat, a w moim podejściu do tematu nic się nie zmieniło. Nic z późniejszych dokonań nie było mnie w stanie ująć, poruszyć. Ani wymienieni, ani Pink Floyd, ani kolejne pokolenia takich wykonawców.

Wracam jednak do smaków dzieciństwa, tego raju utraconego, częstokroć przaśnego, a jednak wyjątkowego. Do tej

karmy,

jaką otrzymałem z rąk, z racji takich a nie innych muzycznych wyborów, starszych braci. Bo tak mieli oni w tamtym czasie, końca lat 60. i początku 70., że gitary zaczęli traktować nieco pogardliwie, za rockowy uniwersytet uznając właśnie instrumenty klawiszowe i rozbudowane formy. Chcąc nie chcąc, nasiąkałem tym – na przykład Thick As A Brick Jethro Tull, Close To The Edge Yes czy pierwszymi płytami ELP.

Cały ten efekt został jeszcze wzmocniony w 1976 roku, gdy Polskie Nagrania wydały skróconą o dwa utwory wersję Autumn 67 – Spring 68 – zatytułowaną Keith Emerson & The Nice!  Płytę, którą – choć zakupioną przez braci – mam w swoich zbiorach.

Rok 2016 zaczął się fatalnie, od informacji o śmierci Davida Bowiego, i co kilka, kilkanaście dni docierają do nas kolejne smutne wieści. Jednak z powodów opisanych wyżej ta najnowsza zabolała mnie najbardziej, dotykając szczególnie mocno istotnego elementu osobistych muzycznych korzeni.

*
Prawdziwa kariera Keitha Emersona, urodzonego 2 listopada 1944, zaczyna się wraz z zawiązaniem formacji The Nice. I jest to jeszcze jeden dowód potwierdzający niemającą sobie równych

wyjątkowość roku 1967

w muzyce. Rokendrol dojrzewał w niewiarygodnym tempie, stając się przekazem coraz doskonalszym artystycznie i formalnie. O biegłości w zakresie opanowania gry na poszczególnych instrumentach można było mówić w odniesieniu do coraz większej liczby muzyków. Tyczyło to tak gitarzystów, z Hendriksem i Claptonem na czele, jak i wszystkich innych. Wśród panów zasiadających do klawiatur zaczęli się pojawiać tacy, którzy posiadali gruntowne wykształcenie muzyczne.

Wielu – wracam do myśli z początku tekstu – złorzeczy takiemu przekazowi, odsądza od gitarowej czci i wiary. Ale nie zmienia to w niczym faktu, iż pojawili się wtedy, z końcem lat 60., pierwsi muzycy świadomi tego, że rock jest nie tylko buntem wobec zastanych wartości społecznych czy kulturowych, nie tylko przekazem stającym w opozycji do wszystkiego, co było przed nim, ale jest też kolejnym ogniwem w historii muzyki. I  mogącym czerpać z dorobku poprzednich pokoleń, a nie tylko go – świadomie albo, częściej, po dyletancku – odrzucać.

Jednym z pierwszych był właśnie Keith Emerson: człowiek o klasycznie ustawionej głowie i szalonym, rokendrolowym temperamencie. I kto wie, chyba najbardziej ze wszystkich muzyków tego świadomym, pragnącym połączyć te

dwie estetyki.

Instrumenty klawiszowe nie miały przed nim żadnych tajemnic. Problemem było raczej najpierw okiełznanie wyobraźni, a parę lat później – zmęczenie materiału. Czasy były szalone. Ilości koncertów w roku mogące dziś przyprawić o zawrót głowy, między nimi kolejne wejścia do studiów nagraniowych, by zarejestrować materiał na następny album. Wyczerpujące tempo, któremu potwornie ciężko było sprostać.

Historia pop music najwyraźniej przyznaje rację tym, którzy postawili na atawizm, na pierwotność, prostotę środków wyrazu. Długowieczność Rolling Stones, Dylana czy Claptona są tego najlepszymi dowodami. Rock progresywny, art rock, rock symfoniczny – dość szybko wyczerpał swoją formułę, stając się przekazem, zwłaszcza w wydaniu następców, mało wiarygodnym, artystycznie podejrzanym. A jeśli ukazywały się podobne w klimacie rzeczy wybitne, jak O.K. Computer Radiohead, raczej nie kojarzono ich z rockiem progresywnym. W tej działce nie udało się nigdy to, co w gitarowym graniu uczynił punk albo grunge.

A jednak, uparcie to powtarzam, moja słabość do tamtych lat, tamtych płyt, kilku wykonawców tego nurtu nie maleje.  I nikt – ani Wright, ani Banks – może poza Wakemanem przez  pewien czas – nie może równać się z Emersonem, gdy chodzi o wirtuozerię i brawurowe przetwarzanie, stosowanie patentów muzyki klasycznej w rocku. Co z tego, że jego najistotniejsze dokonania to, w zaokrągleniu, jedna dekada? Kilkanaście płyt, w tym „tylko” parę wybitnych? Iluż wykonawców potrafi utrzymywać się na topie przez kilkadziesiąt lat? Garstka zaledwie. Pewnie fakt, iż od tamtego okresu minęło czterdzieści lat, był osobistym problemem artysty, człowieka, który nie potrafił dogonić siebie sprzed lat, ale z punktu widzenia historii rocka – Emerson na zawsze pozostanie bardzo ważną postacią.

*
Cztery lata z The Nice, 1967-70, potem intensywne poszukiwanie najlepszych muzyków na Wyspach Brytyjskich, by stworzyć supertrio. Odmawia Hendrix, odmawia jego bębniarz, Mitch Mitchell, odmawia Jon Hiseman (Colloseum).  Ostatecznie akces zgłaszają Greg Lake z King Crimson i Carl Palmer z Atomic Rooster. Z pierwszym z nich miłość przez lata była szorstka.

Ogień i woda

nie zawsze miały po drodze. Nie zapomnę – skądinąd nieszczególnie udanego i krótkiego  – koncertu ELP w katowickim Spodku w 1997 roku. Szalejący przy syntezatorach Emerson, Palmer okładający bębny, w trakcie solówki jak cyrkowiec zdejmujący tiszert – i stojący przy mikrofonie niczym rzymski posąg Lake. Z Palmerem chemia była zdecydowanie większa.

„Keith był delikatną duszą, która kochała muzykę i dawała z siebie wszystko na koncertach. Jego umiejętności klawiszowe jeszcze długo nie będą miały sobie równych. Był pionierem, a jego innowacyjny muzyczny geniusz wzruszał nas wszystkich: w świecie rocka, muzyki klasycznej i jazzu. Zawsze będę pamiętał jego ciepły uśmiech, doskonałe poczucie humoru, przykuwające uwagę występy i oddanie muzyce. Miałem wielkie szczęście, że go znałem i miałem okazję tworzyć razem z nim” – powiedział perkusista na wieść o śmierci przyjaciela (cyt. za antyradio.pl).

*
The Nice (Emerson, Davison, Jackson, O’List) zwrócili na siebie uwagę opracowaniem fragmentu musicalu West Side Story Leonarda Bernsteina, America. Ale zespół brał na tapetę także Bacha, Czajkowskiego czy Sibeliusa.

Nie inaczej działo się w zespole EL&P. Po kilku miesiącach prób zadebiutował on na festiwalu rockowym na wyspie Wight latem 1970, a pierwsze tournée po kraju zakończył wielkim koncertem w Royal Albert Hall. W listopadzie ukazał się pierwszy album tria, uznawany za jeden z najbardziej spektakularnych debiutów w historii rocka. I znów Bach, Janáček, Bartok. Trzeci album, koncertowy Pictures At An Exhibition (1971) to opracowanie muzyki Musorgskiego uzupełnionej fragmentem Dziadka do orzechów Czajkowskiego. Oczywiście, zarzutów o zwulgaryzowanie klasyki nie brakowało.

Nie miejsce tu na analizę dyskografii zespołu, ale jeśli ktoś chciałby pochylić się nad tym, co najważniejsze, to powinien sięgnąć po pięć pierwszych płyt. Poza dwiema już wymienionymi, jeszcze po Tarkusa (1971), Trilogy (1972) i Brain Salad Surgery (1973).

*

Keith Emerson cierpiał na chorobę zwyrodnieniową prawej ręki. Od pewnego czasu mógł grać, używając tylko ośmiu palców. Od lat zmagał się z depresją.  W nocy z 10 na 11 marca ciało muzyka zostało znalezione w jego domu w Santa Monica. Z raną postrzałową głowy.

[W NaTemat: 13 marca 2016]

O małych ojczyznach, Janie Skrzeku i koncercie jego pamięci

jan_skrzek_gb1

Ludzie od zarania dziejów szukali szczęścia. Filozofowie i psychologowie zmagali się ze zdefiniowaniem tego pojęcia. A Skrzek na swej pierwszej płycie w utworze „Granice szczęścia” śpiewa: „Nie w każdej knajpie jest piwo”. I zaraz dodaje: „W knajpie podłej jak życie”.

[more]

*

Dawno, dawno temu to było. Ale było. Pewien bardzo znany aktor, gdy przyjął posadę dyrektora Teatru Śląskiego w Katowicach, spotkał się z przedstawicielami tego regionu. Prosty górnik zapytał go, czym się kierował – on, uznany, wielki – podejmując wyzwanie poza stolicą. Ten odparł:

– Uczyniłem to także po to, aby ludzi takich jak pan nauczyć mówić po polsku.

Czy muszę dodawać, że wypowiedź ta nie zrobiła dobrego – delikatnie mówiąc – wrażenia na tubylcach?

*

PRL to nie był czas małych ojczyzn, pielęgnowania tego, co osobne, regionalne, odrębne. Naród miał być jeden – i zawsze z partią. Kwestie mniejszości narodowych, przejawów kultur innych niż ta jedna, ogólnopolska, uznana za obowiązującą, nie istniały.

W dodatku moje osobiste doświadczenia zupełnie nie sprzyjały obudzeniu w sobie tego typu refleksji. Jako trzymiesięczny osesek opuściłem rodzinne Czechowice-Dziedzice, by kolejnych ponad czternaście lat spędzić w sypialni Katowic, jak w latach 60. mówiło się o Tychach. Mieście leżącym na Śląsku, ale tak naprawdę kulturowo słabo z nim związanym. Wynikało to z prostego faktu, iż miasto było nowe, a przeważającą część jego mieszkańców stanowiła ludność napływowa – ludzie, którzy zjawili się w tym miejscu wraz z rozwojem przemysłu. Pochodzili zewsząd, czego doświadczałem na własnej skórze, wśród najbliższych sąsiadów.

Śląska nie wyssałem więc z mlekiem matki, choć to za jej sprawą jestem półkrwi Ślązakiem, czyli tzw. krojcokiem. Śląska się uczyłem, uczę nadal, jako mieszkaniec Katowic od 1977 roku. Uczę w sposób pokręcony, nieoczywisty: najpierw jako uczeń technikum, gdzie obok ludzi „stąd” znów wielu było skądinąd – ze spodżywieckich wsi czy nawet Zakopanego i okolic.

Później trafiłem na polonistykę. A więc na Wydział Filologiczny Uniwersytetu Śląskiego. Tyle że ów wydział mieścił się wówczas w… Sosnowcu, czyli stolicy Zagłębia. W mieście ościennym, a jednocześnie odległym kulturowo (nie miejsce tu na historyczne dywagacje*). Nieocenione okazało się dopiero prawie sześć lat pracy w kopalni „Katowice” i zanurzenie w tym środowisku. Oraz przygruchanie sobie żony z rdzennie śląskiej rodziny.

Wybaczcie ten przydługi wstęp: marne przyczynkarstwo na temat opozycji natura – kultura. W latach 80. byłem zbyt młody, zbyt przesiąknięty, chcąc nie chcąc, oficjalną wykładnią w tym zakresie. To nie był czas – ani w historii Polski, ani w moim życiu – by uznać i docenić przekaz inny niż posługujący się literacką polszczyzną: w miarę elegancki i gładki, możliwy do powszechnego zaakceptowania.

*

A tu, przed wielotysięczną widownię kolejnych odsłon Rawy Blues w Spodku we wspomnianych latach 80. wychodził facet, który sprawiał wrażenie, że właśnie skończył kopalnianą szychtę, wziął prysznic i zasiadł zamiast do rodzinnego obiadu – do fortepianu. Poradzi ino godać, a nie mówić. W ten sposób – myślałem – utrwala stereotyp Ślązaka – prostaka, człowieka nieuczonego w mowie i piśmie, stworzonego do ciężkiej pracy w kopalni bądź hucie, ale człowieka o wąskich horyzontach i mającego problemy ze zbudowaniem poprawnego zdania w języku polskim. (Inna sprawa, że Spodek to nie jest wymarzone miejsce dla muzyka – solisty, przy fortepianie, z harmonijką przy ustach. Zdecydowanie lepsze są kluby na kilkadziesiąt – kilkaset miejsc).

Musiałem się posunąć w latach, pewnie wrosnąć w tę ziemię, pożyć trochę po 1989 roku, w czasach gdy Niemcy się jednoczyli, ale Słowacja i narody bałkańskie tworzyły własne struktury państwowe, uświadomić sobie, że na ojczyznę może składać się wiele małych ojczyzn wnoszących całkiem sporo do wspólnego garnka. Uświadomić wreszcie, że kultura to nie tylko ośrodki uniwersyteckie i przybytki kulturalne, ale i – jak dziesiątki i setki lat temu – twórcy może pozbawieni tytułów naukowych i wielkomiejskiej ogłady, za to do bólu prawdziwi w swym przekazie.

 

Ta prostota, gwara zamiast literackiej polszczyzny, przestała być czymś, czego należy się wstydzić, stała się wartością dodaną. Zgoda, w pewien sposób czyniącą czasem sztukę bardziej hermetyczną, niełatwą do odczytania przez ogół, ale cudownie pierwotną i szczerą.

Kiedyś przestano się śmiać z Nikifora, malarza prymitywisty, dziś tzw. wielki świat potrafi pochylić się nad wieloma innymi twórcami naturszczykami, pracującymi z dala od wszystkiego co opiniotwórcze. Nie nad wszystkimi i nie zawsze. Tak już jest, że pojawiają się i przemijają mody – na nurty, na nazwiska.

Kyks – Jasiu Skrzek – działał poza wszelkimi układami, daleko od kamer, ekranów telewizorów i list przebojów. Bluesman na wzór czarnych, bezzębnych Amerykanów sprzed kilkudziesięciu, stu lat.

*

Ludzie od zarania dziejów pragnęli szczęścia, uganiali się za nim, pragnęli go i tęsknili za nim. Filozofowie i psychologowie zmagali się ze zdefiniowaniem tego pojęcia. A Skrzek na swej pierwszej płycie utwór zatytułowany Granice szczęścia zaczyna od słów: Nie w każdej knajpie jest piwo. I dziś wcale nie ogarnia mnie, faceta po pięćdziesiątce (sic!), ani pusty, ani rubaszny śmiech, gdy tego słucham. W knajpie podłej jak życie – śpiewa dalej Kyks.

*

W czwartek jego przyjaciele i koledzy zrobili to, co mogą najlepszego uczynić muzycy dla zmarłego kamrata: zagrali koncert. Dzięki uporowi i wysiłkowi Leszka Windera, lidera Śląskiej Grupy Bluesowej (Winder, Skrzek, Giercuszkiewicz, Rzepa) i przed laty współlidera Krzaka, doszło do wspólnego występu kilkudziesięciu muzyków wywodzących się przede wszystkim ze środowiska bluesowego na Śląsku. 

Byli Winder, Józef Skrzek, Giercuszkiewicz, Rzepa, Dudek, Duży, Głuch, Kulisz, Łapka, Cygonek, Uryga, Cree, Miuosh i inni. Wykonywali, nie kryjąc obaw, repertuar solowy Skrzeka i wspomnianej ŚGB. Było stylowo i wzruszająco.

Panie Janie, Kyksie, Jano, Jasiu – bardzo Cię brakuje. Na Śląsku szczególnie.

(Katowice, kinoteatr Rialto: Koncert pamięci Jana „Kyksa” Skrzeka, 26 marca 2015)

_____________

* Kij w śląsko-zagłębiowskie mrowisko zdarzyło się też przed laty włożyć konferansjerowi Rawy Blues, nieżyjącemu już Januszowi Kosińskiemu. Trochę opóźniał się start imprezy, stojący przed mikrofonami „Kosa” i Jan Chojnacki nie za bardzo mieli pomysł, o czym tu jeszcze mówić. I pierwszy z nich wypalił: „Słuchajcie, nie wiedziałem, że tutaj są takie animozje między Katowicami i Sosnowcem…”. Kilkutysięczna widownia, złożona głównie ze Ślązaków (blues to bardzo śląska sprawa) zaczęła wyć i gwizdać. Speszony „Kosa” nie dokończył zdania. Zresztą – co takiego akurat on mógł wnieść do sprawy?

[W NaTemat: 28 marca 2015]

Sławomir Piwowar 1953-2015

piwowar

17 marca 2015 roku zmarł Sławomir Piwowar, świetny gitarzysta i klawiszowiec, współpracownik m.in. Czesława Niemena, SBB, Grzegorza Ciechowskiego, Kasi Kowalskiej i Urszuli.

[more]

*

W póltora miesiąca po Janie Skrzeku zmarł Sławomir Piwowar. Obaj pojawili się na krążku Memento z banalnym tryptykiem SBB nagranym w 1980 roku, a wydanym dwanaście miesięcy później, już po rozpadzie formacji. Piwowar był wtedy pełnoprawnym członkiem zespołu, jego fotografia pojawiła się na okładce płyty tak samo jak Józefa Skrzeka, Apostolisa Anthimosa i Jerzego Piotrowskiego. Jego autorstwa był drugi utwór na krążku – Trójkąt radości.

Piwowar był już wtedy znanym i uznanym muzykiem, przede wszystkim gitarzystą, ale i klawiszowcem. Po raz pierwszy jego nazwisko znalazło się w opisie albumu jazzowej grupy Paradox, Drifting Feather, w 1971 roku. Później wziął m. in. udział w nagraniach płytowych Marianny Wróblewskiej, współpracował z zespołem Piotra Figla. 

Pełną nobilitację przyniosło mu członkostwo w zespole Aerolit. Czesław Niemen po rozwiązaniu grupy Niemen (czyli SBB plus Helmut Nadolski i czasem Andrzej Przybielski) utworzył nowy – ostatni jak się miało okazać – skład towarzyszący: z Andrzejem Nowakiem na klawiszach, zmarłym przedwcześnie w 1975 roku Piotrem Dziemskim na bębnach, Jackiem Gazdą (od lat w Easy Rider) na basie i właśnie Piwowarem na gitarach. Album wydany został w 1975 roku. Trzy lata później drogi Niemena i Piwowara zeszły się powtórnie przy okazji powstawania dwupłytowego Idee Fixe.

Z końcem lat 70. nastąpił krótki okres współpracy Piwowara z SBB. Już po rozwiązaniu formacji, niejako z rozpędu, nazwiska Piotrowskiego i Piwowara widnieją wśród muzyków uczestniczących w nagraniu Józefiny, solowej płyty Skrzeka z 1981 roku, wydanej tak naprawdę dwa lata później. W reaktywowanym SBB pojawiał się okazjonalnie jeszcze dwukrotnie, w 2006 i 2014 roku.

Po dłuższej przerwie Sławomir Piwowar znalazł się w zespole Obywatela G.C., w składzie, który dokonał rejestracji muzyki do filmu Stan strachu (1989). Cóż za smutny zbieg okoliczności: razem ze Stanisławem Zybowskim, bardzo dobrym gitarzystą, prywatnie mężem Urszuli, także – jak SP – urodzonym w 1953 roku, także – jak Ciechowski – zmarłym w 2001 roku.

Nie jest więc zaskoczeniem, że w 1992 roku ma swój udział w nagraniu albumu Urszuli & Jumbo. Nigdy nie byłem fanem tej piosenkarki, ale fakty w przypadku tego krążka są takie: lwią część muzyki napisał Zybowski, tekstów – Bogdan Olewicz (tekściarz Perfectu), w chórkach podśpiewują Kayah i Stanisław Sojka, na basie grają Bodek Kowalewski (Maanam) i Paweł Mąciwoda (w przyszłości Scorpions). Piwowar w zespole Urszuli zakotwiczył na dłużej, słychać go na wielu jej płytach, aż po Eony snu w 2013.

Po drodze jest jeszcze jeden istotny element jego muzycznej drogi: obsługa klawiszy na pierwszej płycie Kasi Kowalskiej – Gemini – w 1994 roku. Dziś, z perspektywy późniejszych dokonań tej piosenkarki, trudno sobie uzmysłowić albo przypomnieć, jak ważny to był debiut, jak ważny (obok Bartosiewicz i Nosowskiej) nowy damski głos w polskiej muzyce. Piwowar pojawia się także na drugiej płycie Kowalskiej: Koncert inaczej (1995). I wreszcie, by dopełnić listy, klawisze Piwowara słychać na krążku Ogrody (1995) Iry. Wspomagał ponadto Ewelinę Flintę i wskrzeszony na krótko Bemibek.

*

Kasia Kowalska napisała na swoim profilu na FB: „Dziś odszedł wspaniały człowiek, wybitny muzyk Sławek Piwowar. Sławku, będziemy nosić pamięć o Tobie w naszych sercach”. A koledzy z SBB pożegnali muzyka słowami: „Dobranoc, Jaśko. Sławomir Piwowar 1953-2015”.

[W NaTemat: 21 marca 2015]

Zmarł Jan „Kyks” Skrzek

kyks

Żeby tu, nad Wisłą – a ściślej: nad Rawą – być bluesmanem na wzór i podobieństwo czarnych Amerykanów, w odwiecznej opozycji natura – kultura cudownie uosabiać tę pierwszą – to zaiste wyjątkowe.

[more]

*

„Jo je najszczynśliwszy, jak moga zajechać do dom, do Michałkowic, i sie po ślunsku pogodać” – tak wiele lat temu, zaraz po rozpadzie SBB, powiedział Józef Skrzek, Józa, starszy brat Jasia.

Który nie miał tych problemów – był Ślązakiem z krwi i kości, naturszczykiem do bólu i łez radości. Takich jak on nie było i nie jest wielu. Żeby tu, nad Wisłą – a ściślej: nad Rawą – być bluesmanem na wzór i podobieństwo czarnych Amerykanów, w odwiecznej opozycji natura – kultura cudownie uosabiać tę pierwszą – to zaiste wyjątkowe. Józef, kształcony w muzycznych szkołach, zrobił karierę wykraczającą poza granice Polski. Obdarzony bez porównania większym, wspanialszym głosem Jan pozostał przez całe życie synem swej ziemi.

Wielokrotnie, zwłaszcza – przyznaję – przed laty, miałem go okazję słuchać na żywo: a to na Rawach Blues, a to na różnych spędach, jakich pełno było w latach 80., na wspólnych występach z bratem Józefem, a także gościnnie występującego przed Dżemem albo razem z tyskim bandem. Ujmujące w swej prostocie i bezpośredniości były jego piosenki i cały przekaz. Nie mogły ujść uwadze niepospolite umiejętności jako pianisty i harmonijkarza. Scena ukazywała inne jego oblicze – świetnego muzyka.

*

Jan Skrzek urodził się w 1953 roku w Siemianowicach Śląskich. Przygodę z muzyką rozpoczął jako dwudziestolatek, w jazzrockowym zespole Rak. Po raz pierwszy na okładce płyty jego nazwisko pojawiło się w 1981 roku – wziął udział w nagraniu ostatniej przed rozwiązaniem płyty SBB, Memento z banalnym tryptykiem. Później także uczestniczył w sesjach nagraniowych Józefa Skrzeka – albumów Wojna światów i Józefina.  W tym samym czasie – w 1983 roku – zagrał na płycie Elżbiety Mielczarek – Blues.

Jego pierwsza solowa płyta, Górnik Blues, ukazała się w 1986 roku, a dwa lata później drugi album, Nikt nie zawróci kijem Wisły. Kyksówka Blues (1989) i Nowy Świat Blues (1992) zostały nagrane z zespołem Bezdomne Psy (Leszek Winder, Jerzy Kawalec – obaj ex-Krzak – i Michał Giercuszkiewicz – ex-Dżem). Ich kolejna wspólna płyta (oraz jeszcze Rafała Rękosiewicza i Bronisława Dużego), Modlitwa bluesmana w pociągu, poświęcona Ryszardowi Riedlowi, uznana została bluesowym albumem roku 1997.

Po śmierci „Kawy” w 2003 roku Bezdomne Psy przekształciły się w Śląską Grupę Bluesową w składzie: Winder, Giercuszkiewicz, Mirosław Rzepa i Jan Skrzek. Kapela wydawała płyty i stale koncertowała. To właśnie koledzy z zespołu znaleźli nieprzytomnego Skrzeka w jego mieszkaniu.

Kyks  zagrał – na płytach, festiwalach czy pojedynczych koncertach – z całą armią muzyków bluesowych w Polsce. Ostatnie takie nagrania to znakomity – byłem, widziałem – koncert Pamięci Pawła Bergera Dżemu (wyd. 2007) oraz Piąta strona świata (2011) śląskiego rapera Miuosha.

Jan Skrzek zmarł 29 stycznia 2015 roku w Katowicach.

*

Pozostał ślunskim chopem, którego nie raz widywałem, jak szedł gdzieś z epą lub dwiema epami (reklamówkami) w rękach – niepozornym człowiekiem, robotnikiem, górnikiem, jakich wielu w tym miejscu na mapie. Na co dzień – zbyt prostolinijnego, naiwnego człowieka, by zabiegać o zaszczyty, sławę, o lepszy czy większy kawałek tortu od życia.

Kyks już umarł przed laty. W „Śmierci jak kromka chleba” Kazimierza Kutza, filmie o tragedii pierwszych dni stanu wojennego i wydarzeniach w kopalni „Wujek” zagrał jednego z zabitych górników. Teraz śmierć naprawdę przyszła po niego.

[W NaTemat: 29 stycznia 2015]