Genesis – zespół pęknięty na pół. Podwójnie i podwójnie nierówno. Bo proporcjonalne nie są ani okresy czasowe, ani miara dokonań w obu z nich. Gdy miałem lat naście i zaczynałem swoje buszowanie w muzyce (dzięki radiowej Trójce i, przede wszystkim, Piotrowi Kaczkowskiemu), to był mój nr 1,5. Nie 2, jak wtedy mówiłem kolegom, ale właśnie półtora. Numerem jeden byli oczywiście Pink Floyd. Ale tych emocji nie umiem już dziś w sobie odnaleźć, w odniesieniu do Floydów najbardziej kręci mnie to, co nie kręciło wówczas. Wiem, że będę niesłychanie oryginalny: Dark Side of The Moon, takie Kind of Blue muzyki rockowej.

[more]
Genesis to, z grubsza rzecz ujmując, dwa zupełnie różne zespoły. Pierwszy kończy się w 1977 roku wraz z wydaniem Second’s Out, dwupłytowego albumu koncertowego, na którego program – co bardzo znamienne – składają się nagrania dokonane zarówno w kwartecie, jak i w trio. Do 1974 roku rządzi Peter Gabriel. Grupa ciągle poszukuje nowych muzycznych ścieżek w nurcie szeroko pojętego rocka symfonicznego, mając w składzie trzech wirtuozów: gitarzystę Steve’a Hacketta, klawiszowca Tony’ego Banksa i perkusistę Phila Collinsa, który udziela się także wokalnie.
Gdy w 1974 roku odchodzi Gabriel, zespół jest u szczytu możliwości – muzycy są w pełni świadomi swego olbrzymiego potencjału wykonawczego i kompozytorskiego, tego, co i jak chcą robić. Banks i Hackett (wreszcie na okładkach płyt pojawiają się nazwiska autorów poszczególnych numerów) zdecydowanie są w stanie udźwignąć ciężar kierowania zespołem i dostarczania większości materiału. A Trick of the Tail (1975) to w moim odczuciu najdoskonalsza płyta Genesis, Wind And Wuthering (1976) niewiele jej ustępuje. Cóż z tego jednak, skoro Hackett dojrzewa do opuszczenia kolegów, co ma miejsce właśnie po nagraniu drugiej z wymienionych płyt.
W 1978, czyli właściwie z marszu, zespół wydaje …and Then There Were Three. I zostało ich trzech. Nagrań na krążku znacznie więcej, bo to już po prostu piosenki. W większości znakomite, zaaranżowane z olbrzymim rozmachem, bogactwo brzmień instrumentów klawiszowych odwraca uwagę, zwłaszcza szesnastoletniego – jakim wtedy byłem – słuchacza od potężnej gitarowej dziury, która tworzy się po odejściu Hacketta. Jeszcze wydaje się, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale koszmarny finał płyty – Follow You, Follow Me – zwiastuje nieszczęście. Kiczowata, uboga (absolutnie nie należy jej mylić z oszczędną!) aranżacja jest zapowiedzią tego, co miał przynieść czas.
Po dwuletniej przerwie ukazuje się Duke. Po drodze Banks i Rutherford wydają swe solowe płyty. Dobre, zwłaszcza ta Banksa, więc fanów zespołu może to tylko cieszyć. Wolno bowiem przypuszczać, że mają tyle pomysłów, iż wszystkich nie są w stanie pomieścić na krążkach macierzystej formacji. Duke uspokaja. Mamy co prawda singlowy przebój, Turn It On, ale bardzo przecież zgrabny, a płyta skonstruowana jest jak te stare, z Gabrielem jeszcze, z długimi kompozycjami na początku i na końcu, z powracającymi motywami. Jest znacznie ciszej, skromniej niż na …and…, ale to przecież znak czasu, w którym zaczęto odchodzić od pełnych przepychu aranżacji. Zespół ciągle jeszcze balansuje gdzieś między piosenkami a utworami o bardziej skomplikowanej fakturze muzycznej.
Gwoździem do trumny okazuje się solowy debiut Collinsa, a ściślej – zawrotny jak na owe czasy sukces komercyjny tego krążka. Dochodzi do nieodwracalnych już, galopujących pop-procesów w łonie grupy. Nie licząc Three Sides Live (1982) i oczywiście tej czwartej strony z fantastycznymi z perspektywy 1982 roku odrzutami ze starych sesji, które zresztą „wyparowały” z późniejszych wydań albumu – definitywnie ostatnią płytą, kiedy miałem jeszcze złudzenia, jest Abacab (1981). Po latach widać, że są na niej jedynie nawiązania do Duke’a, a nie do starego, dobrego Genesis.
(pisane latem 2011)




Hej, bracia moi, pamiętacie Rebeth? Kaczkowski już rzadziej literował nazwy zespołów, wiedzieliście tylko, że to „z pewnością zapisuje się inaczej”.
Na przełomie lat 60. i 70. w Holandii działo się sporo. To tam właśnie jeździli Breakout i potem Budka Suflera. Focus i Ekseption sytuowali się w pobliżu ELP – tak samo obficie czerpiąc z muzyki klasycznej.
Najlżejsza w dorobku, wirtuozowska płyta, szczyt artystycznych możliwości grupy. Krążek w dyskografii Black Sabbath absolutnie wyjątkowy, inny niż pozostałe. Mój typ to
Do niniejszego zestawu wybieram nieco przewrotnie maleńki, ale genialny fragment kończący część pierwszą tytułowego nagrania (gdzieś od jedenastej minuty i dwudziestej sekundy).
Na moich oczach – uszach ich muzyka rozkwitała, sięgając apogeum na 
Myślałem, żeby Beatlesów sobie odpuścić, ale po prostu nie wypada. To największy zespół w historii. Pytanie tylko, czy – z tych pocztówek – ma to być 
Ostatnia pocztówka. To wejście Claptona w środku utworu wciąż zapiera dech w piersiach! Jakaż rozrzutność – dziś taki riff zostałby co najmniej trzykrotnie wykorzystany w każdym kawałku. Zresztą, sam Clapton zagrał ten utwór dziesięć lat temu na koncertowym
Mniej tu psychodelii, więcej ballady i rock’n’rolla. Płyta po latach, w odróżnieniu od bardzo ilustracyjnej
To jasne, geniusze rock’n’rolla. Jedni z tych, którzy przeprowadzili muzykę rockową przez morze klezmerskiego i zaledwie przyzwoitego technicznie grania, jakiego pełno było w latach 60., na nowy ląd – absolutnej wirtuozerii wykonawczej. 
Na szpuli były nagrane pierwsze strony pierwszej i drugiej płyty. Gdy wreszcie nabyłem ich debiut na CD, odnalazłem te cudowne emocje z początku lat 70. Nuty tak dobrze zapisane w głowie. Wybieram Queen of Torture.
I, oprócz prezentu dla jubilatki, upominek w postaci pierwszej płyty Niemena i Akwareli. Nie zapomnę błysku w oczach braci, tej nabożnej czci, z jaką brali krążek do rąk.
Nie rozumiałem, jak moi muzyczni nauczyciele mogli się pozbyć pocztówki Czerwonych Gitar śpiewających „
Wszystkie były w naszym domu. Rozmach aranżacyjny piosenek Skaldów z tego okresu przywodzi na myśl dokonania Beatlesów albo Jethro Tull. Ponieważ jako pierwsza znalazła się u nas druga ich płyta – wybieram z niej