Księga Genesis w dwóch częściach (1)

Genesis – zespół pęknięty na pół. Podwójnie i podwójnie nierówno. Bo proporcjonalne nie są ani okresy czasowe, ani miara dokonań w obu z nich. Gdy miałem lat naście i zaczynałem swoje buszowanie w muzyce (dzięki radiowej Trójce i, przede wszystkim, Piotrowi Kaczkowskiemu), to był mój nr 1,5. Nie 2, jak wtedy mówiłem kolegom, ale właśnie półtora. Numerem jeden byli oczywiście Pink Floyd. Ale tych emocji nie umiem już dziś w sobie odnaleźć, w odniesieniu do Floydów najbardziej kręci mnie to, co nie kręciło wówczas. Wiem, że będę niesłychanie oryginalny: Dark Side of The Moon, takie Kind of Blue muzyki rockowej.

[more]

Genesis to, z grubsza rzecz ujmując, dwa zupełnie różne zespoły. Pierwszy kończy się w 1977 roku wraz z wydaniem Second’s Out, dwupłytowego albumu koncertowego, na którego program – co bardzo znamienne – składają się nagrania dokonane zarówno w kwartecie, jak i w trio. Do 1974 roku rządzi Peter Gabriel. Grupa ciągle poszukuje nowych muzycznych ścieżek w nurcie szeroko pojętego rocka symfonicznego, mając w składzie trzech wirtuozów: gitarzystę Steve’a Hacketta, klawiszowca Tony’ego Banksa i perkusistę Phila Collinsa, który udziela się także wokalnie.

Gdy w 1974 roku odchodzi Gabriel, zespół jest u szczytu możliwości – muzycy są w pełni świadomi swego olbrzymiego potencjału wykonawczego i kompozytorskiego, tego, co i jak chcą robić. Banks i Hackett  (wreszcie na okładkach płyt pojawiają się nazwiska autorów poszczególnych numerów) zdecydowanie są w stanie udźwignąć ciężar kierowania zespołem i dostarczania większości materiału. A Trick of the Tail (1975) to w moim odczuciu najdoskonalsza płyta Genesis, Wind And Wuthering  (1976) niewiele jej ustępuje. Cóż z tego jednak, skoro Hackett dojrzewa do opuszczenia kolegów, co ma miejsce właśnie po nagraniu drugiej z wymienionych płyt.

W 1978, czyli właściwie z marszu, zespół wydaje …and Then There Were Three. I zostało ich trzech. Nagrań na krążku znacznie więcej, bo to już po prostu piosenki. W większości znakomite, zaaranżowane z olbrzymim rozmachem, bogactwo brzmień instrumentów klawiszowych odwraca uwagę, zwłaszcza szesnastoletniego – jakim wtedy byłem – słuchacza od potężnej gitarowej dziury, która tworzy się po odejściu Hacketta. Jeszcze wydaje się, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale koszmarny finał płyty – Follow You, Follow Me – zwiastuje nieszczęście. Kiczowata, uboga (absolutnie nie należy jej mylić z oszczędną!) aranżacja jest zapowiedzią tego, co miał przynieść czas.

Po dwuletniej przerwie ukazuje się Duke. Po drodze Banks i Rutherford wydają swe solowe płyty. Dobre, zwłaszcza ta Banksa, więc fanów zespołu może to tylko cieszyć. Wolno bowiem przypuszczać, że mają tyle pomysłów, iż wszystkich nie są w stanie pomieścić na krążkach macierzystej formacji. Duke uspokaja. Mamy co prawda singlowy przebój, Turn It On, ale bardzo przecież zgrabny, a płyta skonstruowana jest jak te stare, z Gabrielem jeszcze, z długimi kompozycjami na początku i na końcu, z powracającymi motywami. Jest znacznie ciszej, skromniej niż na …and…, ale to przecież znak czasu, w którym zaczęto odchodzić od pełnych przepychu aranżacji. Zespół ciągle jeszcze balansuje gdzieś między piosenkami a utworami o bardziej skomplikowanej fakturze muzycznej.

Gwoździem do trumny okazuje się solowy debiut Collinsa, a ściślej – zawrotny jak na owe czasy sukces komercyjny tego krążka. Dochodzi do nieodwracalnych już, galopujących pop-procesów w łonie grupy. Nie licząc Three Sides Live (1982) i oczywiście tej czwartej strony z fantastycznymi z perspektywy 1982 roku odrzutami ze starych sesji, które zresztą „wyparowały” z późniejszych wydań albumu – definitywnie ostatnią płytą, kiedy miałem jeszcze złudzenia, jest Abacab (1981). Po latach widać, że są na niej jedynie nawiązania do Duke’a, a nie do starego, dobrego Genesis.

 (pisane latem 2011)

Polanie

Myślę, że z Polanami – w polskim wymiarze – jest jak z Chuckiem Berrym. Nie byli pierwsi, wzięli się przecież z Niebiesko- i Czerwono-Czarnych (a przed nimi był jeszcze Rythm and Blues z Bogusławem Wyrobkiem), ale od nich zaczyna się między Bugiem a Odrą granie dorównujące ówczesnym anglosaskim dokonaniom.

[more]

Początki były niełatwe, nagrania radiowe, choć słychać już w nich niezłe możliwości muzyków, w gruncie rzeczy brzmią archaicznie – od strony kompozycji i realizacji nagrań bardzo jeszcze nieporadnie. Rozwój następował jednak błyskawicznie. Trasa z The Animals po Polsce, koncerty w klubach Danii i, przede wszystkim, NRF, gdzie wygrali w 1966 roku festiwal (w Hamburgu). Po nim przez pół roku występowali  co wieczór w różnych klubach, grając najlepszy wtedy repertuar z okolic bluesa, rocka i czarnej muzyki. Możliwości warsztatowe poszybowały wysoko w górę, kwintet zarobił też na wspaniały w polskich warunkach sprzęt.

Gdy wrócili do kraju, nagrali LP. Siedem kawałków na pierwszej stronie po polsku i pięć coverów po angielsku na drugiej. I wszyscy dotychczasowi ich prześmiewcy zostali z otwartymi ustami. Był już co prawda Niemen, ale on przecież nawiązywał bardziej do czarnych, Charlesa, Browna i, przede wszystkim, Reddinga, jednak właśnie oni tak dosypali do pieca, że aż trudno było uwierzyć, iż to grają Polacy. Granicząca z wirtuozerią sprawność wszystkich pięciu członków zespołu (braci Bernolaków, Wandera, Nebeskiego i Puławskiego), całkiem niezły wokal tego ostatniego, jego gitarowe solo w znakomitym Nieprawda, nie wierzę do dziś robi olbrzymie wrażenie. Pełne zawodowstwo.

Potem ukazała się jeszcze mała płyta, tzw. trójka, z dwoma utworami z repertuaru The Artwoods (zespół Arta Wooda, w którym na klawiszach grał Jon Lord) i Georgią Raya Charlesa. Była w prostej linii kontynuacją drugiej strony longa, nie pozostawiając wątpliwości co do umiejętności muzyków. I…

Coś się stało. Jeszcze do zespołu dołączył Wojciech Gąssowski (wokal), co było dziwne, zważywszy że dalej przecież pozostawał w składzie Piotr Puławski, ale niebawem wszystko się rozleciało. Nebeski  powołał do życia grupę O, która przekształciła się w ABC, a reszta zniknęła ze sceny. Wander prowadził przez wiele lat klub muzyczny w USA, w którym dla polonusów grały kolejne pokolenia rockmenów polskich. To był pierwszy taki przypadek w Polsce, że świetni muzycy tak nagle i bezpowrotnie zamilkli. Wielka, wielka szkoda.

Polanie byli ze mną zawsze. Miałem sześć lat, gdy ich płyta pojawiła się w domu. Ja rosłem, a te nuty ciągle głębiej wchodziły mi do głowy. W połowie lat 80. Polskie Nagrania wydawały serię reedycji płytowych, krążków z lat 60. i początku 70., łącznie dwadzieścia pięć płyt, i znalazło się w niej oczywiście miejsce na Polan. Kupiłem więc ustereofonicznioną wersję, a przede wszystkim – nowy egzemplarz płyty. I dalej jej słuchałem z niesłabnącą przyjemnością. A parę lat temu przyszła wreszcie kolej na CD. Jedyny krążek, do którego miałem dostęp przez całe życie. Jeden z tych, do których ciągle chcę mieć dostęp, do których wciąż wracam.

Nie wiem, nie rozumiem, dlaczego nagrania Polan nie pojawiają się od czasu do czasu na antenie Trójki, choć w pełni na to zasługują. Ale już się temu nie dziwię, z biegiem lat mam świadomość, że dotyczy to nie tylko tej grupy. W swej zarozumiałości będę się jednak upierał, że to ja mam rację, że Polanie wielkim zespołem byli. Że Tadeusz Nalepa mocno zerkał na początku istnienia Breakoutów w ich stronę. Że to od nich zaczęło się w Polsce porządne gitar łojenie, zaczął bezkompromisowy, nowoczesny  rock’n’roll. Że.

Szkoda, że zostało po nich tak niewiele, a w tej niewielkości jeszcze mniej materiału oryginalnego. Ale dobrze, że zostały te nagrania. Artyści przechodzili do historii za sprawą jednej książki, jednego obrazu, jednej płyty. Tak właśnie jest – z zachowaniem proporcji, w skali polskiego rocka – z Polanami.

Moje From The Begining. Część trzecia i ostatnia

13. Babe Ruth. Pół ich pierwszej płyty nagranej z Minimaksu. Zupełnie dziś zapomniany zespół, a był to kawał solidnego grania z damskim wokalem – Janity Haan. Do niniejszego wyboru dołączam pierwszy na krążku ostry, gitarowy Wells Fargo.
Płyty zespołu, przynajmniej w polskich sklepach, nie do zdobycia.

[more]

14. Emerson, Lake & Palmer – jak mi się zdaje, uznawany przez braci za najwyższy stopień muzycznego wtajemniczenia. Pierwsze płyty tria – brawurowo zagrane, rozbudowane aranżacyjnie utwory, robiły  wielkie wrażenie. Po latach nie wszystko się broni, ale np. ballady Lake’a brzmią wciąż wspaniale. Wybieram jednak Lucky Man, utwór kończący pierwszą płytę, z fantastycznym syntezatorowym solem w finale.
Miłość do ELP wzmocniła jeszcze „trylogia” Polskich Nagrań, które w 1975 lub 1976 roku wydały trzy licencyjne krążki: Keith Emerson & The Nice (nr katalogowy SX 1235), Atomic Rooster (SX 1236), gdzie w paru kawałkach bębnił Carl Palmer, i Rare Bird (SX 1237).

15. Właśnie – Rare Bird. Hej, bracia moi, pamiętacie Rebeth? Kaczkowski już rzadziej literował nazwy zespołów, wiedzieliście tylko, że to „z pewnością zapisuje się inaczej”.
Na wspomnianej wyżej płycie jest kilka znakomitych utworów z pierwszego okresu działalności – Sympathy czy Down On The Floor. Wybieram jednak Hey Man, fragment z Epic Forest, płyty nagranej na szpuli najpierw przez braci, a po latach, w 1980 roku, także przeze mnie, zaś od pewnego czasu posiadanej w wersji CD. Wciąż wspaniałe muzyczne doznania.

16. Focus, Hokus Pokus. Na przełomie lat 60. i 70. w Holandii działo się sporo. To tam właśnie jeździli Breakout i potem Budka Suflera. Focus i Ekseption sytuowali się w pobliżu ELP – tak samo obficie czerpiąc z muzyki klasycznej.

17. Sabbath Bloody Sabbath we fragmentach nagrana na szpuli. Najlżejsza w dorobku, wirtuozowska płyta, szczyt artystycznych możliwości grupy. Krążek w dyskografii Black Sabbath absolutnie wyjątkowy, inny niż pozostałe. Mój typ to Sabbra Cadabra.

18. Larks’ Tongues In Aspic. Pychota, ciary na plecach. Robert Fripp – geniusz, kameleon, anarchista, wieczny poszukiwacz. Tyle wcieleń grupy o jednej nazwie – i wszystko co najmniej bardzo dobre. King Crimson, w gronie grup tzw. symforockowych, są moim zdaniem zdecydowanie najlepsi. Do niniejszego zestawu wybieram nieco przewrotnie maleńki, ale genialny fragment kończący część pierwszą tytułowego nagrania (gdzieś od jedenastej minuty i dwudziestej sekundy).

19. Czym zakończyć, gdzie urwać tę muzyczną opowieść? Gdzie jest mój ostatni kamień milowy, ostatnia wielka młodzieńcza fascynacja, ciągnąca się za mną do dziś? I znów, wbrew wszystkiemu, wybór jest jednak dość oczywisty – SBB. Na moich oczach – uszach ich muzyka rozkwitała, sięgając apogeum na Welcome w 1979 roku.
Wybieram Walking Around The Stormy Bay – instrumentalne arcydzieło, ekstrakt symphonic i hard rocka. Wielki popis całego tria.

Jeszcze można by ciągnąć dalej. Z taśm braci i moich pierwszych odnotować Close To The Edge Yesów, płyty Weather Report czy Fleetwood Mac. Zatrzymać się nad znakomitymi utworami czy całymi płytami z czasów dawnych i bardzo dawnych, a poznanymi później. Ale to były już „tylko” brakujące puzzle w układance, której ramy wyznaczyły opisane krótko wyżej zespoły i nagrania. Siła, z jaką wdarły się do mojej głowy, nuta po nucie utrwalone poprzez wielokrotne słuchanie – nieporównywalna jest z niczym. Dziś, jak każdy człowiek zajęty nie tylko wrzucaniem kolejnych krążków do odtwarzacza, nie jestem już w stanie tak mocno wgryźć się w jakąkolwiek nowo nabytą płytę.

Moje From The Begining. Część druga

Dziś na odmianę lampka wina – i słuchamy dalej.
5. Country Tonk, mylnie opisane na pocztówce jako Honky Tonk Women. The Rolling Stones – co tu można napisać? Przecież to największa rock’n’rollowa kapela na świecie.

[more]

6. Kolejna oczywistość w tym zestawie. Myślałem, żeby Beatlesów sobie odpuścić, ale po prostu nie wypada. To największy zespół w historii. Pytanie tylko, czy – z tych pocztówek – ma to być Hey Jude, czy Lady Madonna. Wybieram, przekornie, ten drugi numer.

7. Bob Dylan, Mr Tamburine Man. Znów coś przewidywalnego, największy artysta amerykański. Choć płyta – najsłynniejsze przeboje z lat 60. wydane przez, no właśnie, czechosłowacki Supraphon, oczywista nie była. Za to droga – 120,- zł przy cenach 65,- lub 80,- zł polskich płyt. Rarytas.

8. Cream, Badge. Ostatnia pocztówka. To wejście Claptona w środku utworu wciąż zapiera dech w piersiach! Jakaż rozrzutność – dziś taki riff zostałby co najmniej trzykrotnie wykorzystany w każdym kawałku. Zresztą, sam Clapton zagrał ten utwór dziesięć lat temu na koncertowym One More Car, One More Rider i też nie odmówił sobie wydłużenia pierwotnej wersji.

9. Filmowe More to początki Pink Floyd, 1969 rok. Mniej tu psychodelii, więcej ballady i rock’n’rolla. Płyta po latach, w odróżnieniu od bardzo ilustracyjnej Obscured By Clouds, zdecydowanie się broni. Mój wybór to The Nile Song, nie tak częsty u Floydów porządny łomot. Który wtedy mi, paroletniemu brzdącowi, bardzo przypadł do gustu.

10. Led Zeppelin. To jasne, geniusze rock’n’rolla. Jedni z tych, którzy przeprowadzili muzykę rockową przez morze klezmerskiego i zaledwie przyzwoitego technicznie grania, jakiego pełno było w latach 60., na nowy ląd – absolutnej wirtuozerii wykonawczej. Imigrant Song, nawet nie trzy minuty takiej jazdy do przodu, że daj, Panie Boże, zdrowie. Kończą tam, gdzie Metallica dopiero wychodzi z intro w  swoich kawałkach. Sto kilkadziesiąt sekund porażająco prostej, rozsadzającej energią jazdy bez trzymanki.

11. Love Like A Man Ten Years After. Jeden z najsłynniejszych, przynajmniej dla pewnego pokolenia, riffów gitarowych. Genialny Alvin Lee, najszybszy gitarzysta świata, jak się wówczas, na początku lat 70., o nim mówiło.

12. Wishbone Ash – nie może tej grupy zabraknąć w takim zestawie. Na szpuli były nagrane pierwsze strony pierwszej i drugiej płyty. Gdy wreszcie nabyłem ich debiut na CD, odnalazłem te cudowne emocje z początku lat 70. Nuty tak dobrze zapisane w głowie. Wybieram Queen of Torture.

 

Moje From The Begining. Część pierwsza

Z niepokojem i niedowierzaniem, że to o mnie chodzi, patrzę w kalendarz. Pięćdziesięciu gramów wódki, ani pierwszych, ani – tym bardziej – kolejnych nie wychylę za swoje półwieczne zdrowie. Może po prostu wysączę szlachetnie oszronioną szklankę dobrego piwa. Z każdym łykiem zatrzymując się nad kolejną spośród najważniejszych piosenek w moim życiu.

[more]

Skąd się wziąłem – muzycznie?
Ab ovo – od jajka. Łacińskie, dumne, pretensjonalne. No i – nierokendrolowe.  Od początku – ? Ciepło. From The Begining. Tak! Jestem w domu, w dodatku to tytuł przepięknego numeru Grega Lake’a…
Nieoczywista lista osobista. Bo niekoniecznie chodzi w niej o kamienie milowe w historii rocka. To raczej kawałki poznane kiedyś tam, u zarania, we wczesnym dzieciństwie, czasem – odkryte na własny użytek w wieku czternastu – szesnastu lat. Pochodzące z nielicznych płyt, które moi starsi bracia, Grzegorz i Andrzej, za uciułane pieniądze zdołali kupić. Albo równie nielicznych taśm magnetofonowych, zwykle zawierających nagrania z programów Piotra Kaczkowskiego – Minimaksu i Muzycznej poczty UKF.
Może właśnie dlatego, że było tego w sumie niewiele, a jakościowo – sądzę nieskromnie – najczęściej rzeczy znakomitych i bardzo dobrych – tak zapadło w pamięć. Cóż, to efekt niezapisanej tablicy, jaką jest głowa bardzo młodego człowieka, wielkiej chłonności i otwartości na wszelkie doznania, muzyczne w szczególności. Jakąż radość sprawia docieranie do tych nagrań po latach, już w wersji CD. Mimo wszystko – dożyliśmy pięknych czasów, w których realizują się takie na przykład niedościgłe przed laty marzenia, jak posiadanie tamtych płyt  w swojej kolekcji.

1. Tę listę nieoczywistą zaczynam jednak od piosenki oczywistej do bólu. Cóż jednak poradzę na to, że we trzech – bracia i ja – doświadczyliśmy wielkości numeru Dziwny jest ten świat tak bardzo na własnej skórze i na własnych uszach. 1968 rok, styczeń, miałem pięć i pół roku. Zawsze wyczekiwana na urodziny mojej mamy wizyta kuzynki z mężem (tak to jest w przypadku najmłodszego syna najmłodszej wśród rodzeństwa mamy). I, oprócz prezentu dla jubilatki, upominek w postaci pierwszej płyty Niemena i Akwareli. Nie zapomnę błysku w oczach braci, tej nabożnej czci, z jaką brali krążek do rąk.
Cóż, pewnie i bez tego impulsu ich zainteresowania  skręciłyby w stronę rock’n’rolla. Ale to był katalizator, to była wspaniała inicjacja muzyczna. Od tamtej niedzieli nic już nie było takie jak dotąd. 

2. Nie pamiętam natomiast, w jakich dokładnie okolicznościach pojawiła się w domu płyta Polan. Jako jedna z dwóch, obok Krzysztof Sadowski And His Hammond Organ, ostała się z tego pierwszego zbioru. Była ze mną zawsze. W latach 80., gdy ukazywały się reedycje w serii Z archiwum polskiego beatu, kupiłem ją oczywiście także. I wtedy, już dwudziestoparoletnim uchem, nieźle otrzaskanym, doceniłem ją w pełni. A przed paru laty nabyłem wersję CD. Świetną, bo uzupełnioną o trzy  nagrania z małej płyty oraz parę radiowych juweniliów.
Polanie to pierwsza łojąca aż miło kapela z Polski. Na LP tylko siedem nagrań autorskich, reszta to covery rythmandbluesowych numerów anglosaskich. Ale jaki warsztat wykonawczy! Szkoda, że żywot grupy był tak krótki. Wybieram Nieprawda, nie wierzę.

 3. „Pocztówkowy szał”. Bracia mieli ich zaledwie kilkanaście. Grzegorz, z wrodzonym sobie poczuciem estetyki oraz dbałością o przedmioty, do każdej dorobił papierową kopertę z opisem i – czasem – zdjęciem wykonawcy wyciętym z gazety. A o te zdjęcia wówczas było bardzo trudno.
Nie rozumiałem, jak moi muzyczni nauczyciele mogli się pozbyć pocztówki Czerwonych Gitar śpiewających „Nikt na świecie nie wie, że się kocham w Ewie” i wymienić ją na Nalepowy Blackout. Ale AnnaMoje srebro to głos gitary, utwory śpiewane przez Stanisława Guzka, lepiej znanego jako Stan Borys, szybko znalazły drogę do mojego serca. Decyduję się na drugi utwór, mniej znany, z dobrym gitarowym riffem i ciekawą linią basu.

4. Skaldowie. Ich i Niemena cztery pierwsze płyty to polska klasyka. Wszystkie były w naszym domu. Rozmach aranżacyjny piosenek Skaldów z tego okresu przywodzi na myśl dokonania Beatlesów albo Jethro Tull. Ponieważ jako pierwsza znalazła się u nas druga ich płyta – wybieram z niej Śpiewam, bo muszę. „Za dwa pomidory, za pół kilo gruszek”. Artyści w Polsce nigdy nie mieli lekko.

 

1980: koniec SBB i rocka progresywnego

W środę, 19 listopada 1980 roku, w ‘Muzycznej poczcie UKF’ (od 17.05, po wiadomościach, do 17.40) Piotr Kaczkowski podał wiadomość o takiej mniej więcej treści: „Dziś na Okęciu wylądowała grupa SBB, powracająca z kolejnej trasy koncertowej w Europie Zachodniej. Muzycy oświadczyli, że są zmęczeni, mają dość tak intensywnego życia zawodowego – i grupa przestaje istnieć”. Jakby ktoś wbił nóż w moje osiemnastoletnie serce. Jak to, dlaczego, jak można, teraz – gdy wreszcie płyty brzmią fenomenalnie, gdy grupa jest u szczytu swych możliwości twórczych i wykonawczych?!

[more]

Z perspektywy lat widać w tym znak czasu, chichot muzycznej historii. Tak naprawdę żadna znacząca symforockowa grupa nie przetrwała do lat 80. King Crimson dali sobie spokój w 1974 (ich genialny powrót w 1980 to była zupełnie nowa jakość muzyczna), Emerson, Lake & Palmer rozpadli się w 1978 roku (powrócili co prawda w 1985, ale nigdy nie odzyskali dawnej pozycji). Yes zmieniali wielokrotnie skład. Drama z 1980 roku nagrana została bez Andersona, a 90125 to było już coś zupełnie innego, popowego. Podobnie Genesis, którzy weszli na popową drogę w 1978 roku. U.K. – ostatni wielcy – okazali się efemerydą i przestali istnieć w 1979 roku. Pink Floyd po nagraniu The Wall nigdy już nie byli tą grupą – ani gdy chodzi o skład, ani jakość proponowanej muzyki – okropne, nadęte i operowe The Final Cut definitywnie zakończyło czas Watersa. Asia była artystyczną porażką, zresztą też zdecydowanie popową, Marillion, jako kalka starego Genesis, nigdy mnie nie zainteresowali i nie rozumiem, skąd ten (polski) szum wokół nich przez tyle lat.

Śmiem twierdzić, że to, co Skrzek robił z kolegami, sytuowało ich pośród najwybitniejszych wykonawców tego nurtu w owym czasie. Arcydzieło, jakim dla mnie jest Welcome, z genialnym Walking Around The Stormy Bay jako intro, oraz, już „pośmiertnie” wydane, znakomite Memento z banalnym tryptykiem z fenomenalnym  finałem tytułowego utworu, chyba najlepszą gitarową solówką – Lakisa – w dziejach polskiego rocka, dowodziły ogromnego talentu kompozytorskiego Skrzeka oraz mistrzowskiego aparatu wykonawczego całej grupy. Nawet pozostawiający wiele do życzenia głos lidera, jego śląski akcent i słaba angielszczyzna, nie są w stanie obniżyć oceny całości. Trzymany w ryzach przez Conny’ego Planka przy nagrywaniu Welcome – wokal Skrzeka wypada bardzo, bardzo przyzwoicie, a w Last Man At The Station – wręcz bardzo dobrze (Dariusz Michalski słusznie dopatrzył się tutaj i w Rainbow Man chrypy a la Paul McCartney).

Tak więc SBB też nie przetrwali 1980 roku, podobnie jak słynne zachodnie kapele tego nurtu. Nie przetrwali, by – wraz z pierwszym wybuchem wolności w Polsce – zrobić miejsce nieco młodszym od siebie, zrobić miejsce dla gitarowego rocka, który eksplodował wtedy w naszym kraju. Wydaje mi się wielką niesprawiedliwością, że zarówno  radio, jak i świadomość większości słuchaczy, wciąż sięga (jak najbardziej zasłużenie) pierwszych nagrań  Perfectu, Maanamu, Republiki, a zupełnie zostało wyparte z pamięci to, co powstało w latach 70. Było tego serdecznie mało – i tym bardziej trudno zrozumieć, że nie pamięta się o tak znakomitej kapeli jak SBB. A przecież nie wszystkie jej utwory są zbyt długie w odniesieniu do dzisiejszych wymagań stacji radiowych.

Po latach, w nieco innym składzie, zespół wznowił działalność. Sporo koncertuje, wydaje płyty. Płyty całkiem niezłe, zawodowo zagrane i nagrane, z przyzwoitym materiałem muzycznym. Ale dziś, po latach, są to już obrzeża rynku muzycznego, bez szans na zaistnienie w świadomości przeciętnego zjadacza muzyki. Ale też nie o to już chodzi. Starych fanów ciągle jeszcze jest całkiem sporo.

6.01.2012