Na początku był Chuck Berry

Keith Richards: „Jak powiedziałem, kiedy wprowadzałem go do Hall of Fame [1986], ukradłem każdy riff, który kiedykolwiek zagrał”.

Marek Garztecki: „Szczupły, przystojny „chłopiec z gitarą” stworzył nowy typ młodzieżowego bohatera i uznany został za jedną z najbardziej fascynujących osobowości estradowych naszych czasów. Był pierwszym murzyńskim wokalistą, który stał się idolem białej młodzieży amerykańskiej. On też jako pierwszy zrobił decydujący krok od czarnego rythm and bluesa do nowego multikolorowego tworu zwanego rock and rollem”.

[more]

W 1978 roku zbiegły się w moim życiu dwa bardzo istotne muzyczne epizody: w swojej „Tonacji Trójki” Dariusz Michalski prezentował

mistrzów rock and rolla.

To wtedy pierwszy raz w dużej dawce zetknąłem się z piosenkami Berry’ego – i zwariowałem. A pod choinką parę miesięcy później znalazłem prezent od brata – książkę Marka Garzteckiego Rock. Od Presleya do Santany, a w niej krótki, ale cały rozdział poświęcony temu gitarzyście, wokaliście i kompozytorowi. I od tamtej pory wiem, że od tego faceta wszystko się zaczęło. Skończyły się rokendrolowe wprawki, zaczęło bezkompromisowe łojenie.

Urodził się w 1926 roku, był jednym z sześciorga rodzeństwa, jednak nigdy nie zaznał biedy. W 1944 roku został zatrzymany pod zarzutem kradzieży i spędził trzy lata w poprawczaku. Potem wahał się, czy zostać fryzjerem, czy muzykiem. Zwyciężyła miłość do muzyki, z którą – jak każdy Murzyn – zetknął się jako dziecko w kościele. W 1952 roku miał już swoje stałe trio. Grupa była jedną z pierwszych profesjonalnych wykonujących R&B.

Berry chciał trafić do Chicago, miasta tętniącego wtedy graniem. Dobił się do sławnego już Muddy’ego Watersa, został wysłuchany i parę dni później obaj znaleźli się w wytwórni

Chess Records.

Zespół nagrał trzy utwory, a wśród nich Maybellene. Jeden z braci Chessów zasugerował zmianę aranżacji, dodanie mocnego beatu i… bomba poszła w górę. To był maj 1955 roku, utwór szybko stał się numerem jeden list przebojów w całych Stanach.

Berry koncertował w największych salach, bijąc rekordy popularności. Jeszcze w tym samym 1955 wylansował następny przebój – Roll Over Beethoven, a w kolejnych trzech latach School Day, Rock And Roll Music, Sweet Little SixteenJohny B. Goode.

Jak pisze wspomniany już M. Garztecki, stał się

pierwszym poetą rokendrolla,

śpiewał o świecie widzianym oczami nastolatka, ucznia, o pierwszych miłościach i rodzicielskich nakazach. Pojawiają się nawet wątki związane z ubóstwem i segregacją rasową, w mocno zawoalowanej formie, ale były to przecież lata pięćdziesiąte.

U szczytu sławy, w 1959 roku został powtórnie aresztowany, tym razem pod zarzutem uwiedzenia nieletniej. Okazało się, że dziewczyna była znacznie starsza, trudniła się prostytucją i nikt do niczego jej siłą nie zmuszał. Sędzia jednak ciągle zwracał się do niego „ty czarnuchu” i Berry ostatecznie poszedł siedzieć – tym razem na blisko dwa lata.

I wszystko się zmieniło – przede wszystkim on: stał się odludkiem, żona zażądała rozwodu, starzy przyjaciele odwrócili się od niego. Zmieniał się też rock. Berry musiał zaczynać niemal od początku.

I tak naprawdę

już nigdy się nie podniósł.

W 1972 roku co prawda powrócił na szczyty list przebojów kawałkiem My Ding-A-Ling, znów mógł grać w wielkich salach koncertowych, ale dawnej popularności na dłużej nie odzyskał. W 1979 roku wymiar sprawiedliwości raz jeszcze upomniał się o niego – odsiedział cztery miesiące za fałszerstwa podatkowe.

Najbardziej interesuje nas jednak dzieło, a nie sam człowiek. Dziesięć pierwszych lat, bo okres 1955-1964 jest tym najważniejszym, tym, kiedy powstały wszystkie istotne utwory Berry’ego. Piosenki, bez których nie sposób mówić o początkach rokendrola, o jego kamieniach milowych. Rola artysty, jego

wpływ na następne pokolenie twórców

– przede wszystkim brytyjskich – z Beatlesami i Stonesami na czele, jest nie do przecenienia. Ten zadziorny facet nieźle narozrabiał w dziejach popkultury.

Od bodaj kilkunastu miesięcy są dostępne w Polsce znakomite dwupłytowe kompilacje Universalu w serii Gold. Wśród nich zremasterowany wybór piosenek Chucka Berry’ego – definitive collection, ponad dwie godziny grania. Pięćdziesiąt piosenek, które ukazują wszystko, co najistotniejsze w dorobku mistrza. Oprócz wyżej wymienionych jeszcze Wee Wee HoursCarol, Little Quennie, Memphis, Tennessee czy Nadine, by wymienić tylko niektóre z najsłynniejszych. Rewelacja – za jedyne 22,99 zł.

 

 

Weather Report

W niedzielę, mam nadzieję, Paul McCartney i Flaming Pie.

Blog & rok – feat. The Best Drummer Whole of The World

BLOG AND ROLLOWI stuknął rok. Dziś mogę sobie wyobrazić, co – mniej więcej, jeśli nic złego się nie wydarzy – będzie za kolejnych dwanaście miesięcy. Ale w maju 2012 nie śmiałem nawet zastanawiać się, czy w ogóle, a jeśli tak, to w którym miejscu będę w dniu pierwszej rocznicy.

Dziękuję za to, że jesteście. Bez Was nie miałoby to żadnego sensu. Pozdrawiam serdecznie. Nieco rozgorączkowany. Dlaczego, o tym poniżej.

[more]

*

„Lepiej to już było”. To takie pieprzenie starego zgreda, który tęskni do czasów, w których był młody. Młodość każdy ma bądź miał jedną. I przecież nie było tak, że przed 1989 rokiem bolała każda przeżyta godzina, że parszywość była wszechogarniająca. Tym bardziej nie umiem oprzeć się wrażeniu, że jeśli zdarza się stawiać znak równości między telewizją a sztuką wysoką, znacznie częściej dotyczy to czasu dawno (tym niemniej słusznie) minionego. W połowie lat 70. władza ludowa dała narodowi wolne soboty. Żeby jednak przypadkowego społeczeństwa nie rozpuścić, po jednej w miesiącu. I stało się tak, że grupa ludzi wymyśliła, by w taki gratisowy dzień karmić ludzi godziwą rozrywką. O „Studiu 2” już inni, bardziej kompetentni, wypowiadali się wielokrotnie, ja pozwolę sobie wspomnieć o jego małym, acz bardzo istotnym fragmencie. Ze zgniłego Zachodu pozwolono mianowicie zaimportować program z pacynkami, Muppet Show.

*

Było wielu perkusistów. Trudno nie pamiętać o Gingerze Bakerze, o Johnie Bonhamie z Moby Dickiem na czele i o wielu, wielu innych. W Spodku kilkanaście lat temu Carl Palmer w czasie okładania swojego zestawu instrumentów zdejmował tiszerta, cyrkową sztuczką budząc nie tylko moje uznanie. Ale żadnego bębniarza nie kochałem tak jak tego. Nie było magnetowidów, nagrywarek, internetu, więc mogłem go podziwiać tylko raz w miesiącu. I na jego pojawienie się przed kamerą czekałem z niecierpliwością. Grał nie tylko górnymi i dolnymi kończynami, grał całym sobą. I jakby tego było mało, czasami śpiewał. Animal, Zwierzak.

 

Rzadki ptak na zapomnianym niebie – Rare Bird

W 1975 roku Polskie Nagrania zaszalały, wydając trzy wspaniałe licencyjne albumy (wszystkie będące kompilacjami, ale to nie miało większego znaczenia). Z numerem katalogowym SX 1235 ukazał się krążek Keith Emerson & The Nice!, z numerem SX 1236 Atomic Rooster, a z kolejnym – Rare Bird. Moi starsi bracia zdawali sobie sprawę z tego, co pojawiało się i natychmiast znikało z półek działów płytowych księgarń, ja – nie.

[more]

Wszystkie trzy krążki – teraz, gdy piszę te słowa – mam w zasięgu ręki (co niewiele ma wspólnego ze sprawiedliwością, bo nie współfinansowałem ich zakupu). Tych płyt słuchałem tyle razy, że każdą nutę mam wyrytą na osobistym twardym dysku.

Wtedy, w połowie lat 70.

Rare Bird sprawili mi trudność największą.

Słuchałem, słuchałem… Aż w końcu, pamiętam doskonale ten moment: była sobota, oddawałem się pastowaniu i froterowaniu podłóg, a z dość skromnego wtedy sprzętu dobiegały mnie dźwięki z ich krążka. I nagle, ze ścierką tłustą od pasty w rękach, zastygłem. O rany, ależ to fantastyczne! – dotarło do mnie. I to był – jeśli dobrze pamiętam – ten mój muzyczny „pierwszy raz”. Nagle wszystkie drzwi we mnie otwarły się na oścież – zakochałem się w tych dźwiękach bez reszty, z całkowitym oddaniem. Miałem wtedy trzynaście lat.

Potem okazało się, że gdzieś na jednej ze szpul braci od kilku lat zarejestrowana była Epic Forest (1972). Płyta, która w trójkowym archiwum gdzieś się zawieruszyła, a po paru latach odnalazła. Tych radiowych taśm wyciągniętych zza jakiejś szafy było więcej, co dało redaktorowi Piotrowi Kaczkowskiemu pretekst do uruchomienia pewnego muzycznego cyklu. I dzięki temu, bodaj w 1980 roku, miałem ją nagraną na swojej już taśmie magnetofonowej. Zaś wiele, wiele lat później namierzyłem wersję CD, za bardzo duże wtedy pieniądze. Ach, cóż to było za niesamowite przeżycie – móc puścić sobie te utwory po latach przerwy, w znakomitej jakości! A później udało mi się dotrzeć do kolejnych nagrań grupy, co ciągle nie jest proste.

Bo

zespół to zapomniany.

Powstały pod koniec lat 60. Jeśli popularny, to głównie poza Wielką Brytanią. Po wydaniu Rare Bird (1969) i As Your Mind Flies By (1970) rozpadł się, a – reaktywowany w nieco innym składzie w 1972 – działał do 1975 roku.

Niedużo tego, parę lat, w dodatku z przerwą. I dwa oblicza zespołu: najpierw progresywne (wtedy porównywano ich do The Nice i Procol Harum). Sporo tam było inspiracji muzyką klasyczną, barokiem – jak w przepięknym Down On The Floor – i, oczywiście, rozbudowanych form (Flight).

A potem zrobiło się bardziej oryginalnie, gitarowo, nadal jednak z obłędnie pięknymi harmoniami i wspaniałymi chórkami. Album Epic Forest i dziś jawi mi się jako dzieło znakomite. Z jednej strony tak charakterystyczne dla brzmień początku lat 70., a z drugiej – stanowiące szeroko pojętą czołówkę ówczesnych dokonań.

Zawsze miałem słabość

do grania łączącego w sobie melodie i chórki z porządnym gitarowym graniem (jak np. wczesny Wishbone Ash). Rare Bird są w samym środku tych doznań. I nie muszę chyba nikogo przekonywać, że jeśli jakaś muzyka jest ciągle z nami, jeśli ciągle mamy ją w głowie, mieliśmy dostęp do niej jako młodziaki, wciąż – mimo upływu lat – chcemy do niej wracać, to trudno zdobyć się na stuprocentowy obiektywizm. Zresztą – po jaką cholerę, jeśli muzyka to wyzwalanie emocji. Jeśli słuchanie czegoś wciąż sprawia niesłabnącą radość.

Zachęcam, sprawdźcie mnie. To naprawdę szlachetne granie. Czas i pamięć ludzka obeszły się z niektórymi wykonawcami bardzo niesprawiedliwie.

Wszystko mi mówi, że wciąż kocham starych Skaldów

Jest taka grupa, której cztery pierwsze płyty stanowią kanon. Chodzi oczywiście o Led Zeppelin i hard rocka. A w moim domu, dawno, dawno temu, podobny ślad zostawili dwaj polscy wykonawcy: Czesław Niemen i Skaldowie. I on, i oni nagrali znacznie więcej, ale – w obu przypadkach – te pierwsze cztery albumy ukształtowały w sporej mierze kręgosłupy muzyczne moich braci i mój.

[more]

Kochałem je miłością cielęcą, kilkuletniego dzieciaka, kocham te piosenki i dziś. Z jednej strony zakichana to przewaga, że tyle widzę, patrząc wstecz, wciąż bardziej przerażony, że aż tyle i ciągle więcej. A z drugiej – sporo świeżych, dziecięcych i młodzieńczych fascynacji przerodziło się w dojrzałe uczucie. Bardzo przyjemne, bo perspektywa się wydłuża, kontekstów przybywa, a pewne stare płyty smakują jak wina z dobrych roczników.

Skaldowie uosabiają to, co

najszlachetniejsze w polskiej muzyce rozrywkowej,

i to nie tylko przełomu 60. i 70. lat, ale pojmowanej szerzej. Teksty pisali dla nich nawet nie tyle dobrzy tekściarze, co po prostu poeci: Leszek Aleksander Moczulski, Agnieszka Osiecka czy Wojciech Młynarski. To wartość trudna do przebicia przez jakiegokolwiek innego wykonawcę. To jest po prostu literatura.

Gdy myślę o warstwie muzycznej – drugi raz gnę się w pół pełen uznania. Wykształcenie muzyczne braci Zielińskich od początku przekładało się na dużą, coraz większą kulturę muzyczną. Krakowowi szczególnie blisko jest do Tatr, więc tej góralszczyzny nie brakowało w ich kompozycjach. Ale było to wyważone, nieepatujące folklorem i jego rytmami, a umiejętnie wplecione w całość.

Jeśli natomiast szukać anglosaskich tropów, to nasuwają mi się dwa. Przede wszystkim The Beatles. Bezczelna świadomość i pewność, że w piosence można zawrzeć znacznie więcej, niż wydawało się dotąd. Że to, choć forma zaledwie trzy-czterominutowa, mogą być kunsztowne skonstruowane dzieła, pięknie oszlifowane diamenty. No i – chórki oraz obfite korzystanie ze smyków.

Drugi – to Jethro Tull, pochylenie nad klasyką, bogactwo aranżacji, włożenie do jednego utworu tego, co słabsi rozłożyliby na dwie, trzy piosenki.

Wreszcie – nie wolno nie wspomnieć o backing vocals – nikt nie robił tego z takim bezpretensjonalnym i dziewczęcym wdziękiem, jak Alibabki. Trudno więc się dziwić, że na rewersie okładki drugiej płyty znalazł się tekst także i o nich (były to takie czasy, w których wydawca sądził, iż wypuszczenie na rynek krążka w okładce bez artykułu o wykonawcy będzie edytorskim niedopatrzeniem).

Skaldowie, z dłuższą przerwą, funkcjonują do dzisiaj, wciąż jeszcze realizują nowe nagrania, ale recepcja przeciętnego słuchacza urywa się gdzieś na latach siedemdziesiątych. Nieszczęsne pomylenie pierwszego z przywołanych wyżej poetów z liderem podziemnej Konfederacji Polski Niepodległej, które sprawiło, że zespół zniknął z mediów, zbiegło się w czasie z wyraźną obniżką formy artystycznej. Zespół wciąż bardziej i bardziej oddalał się od poziomu prezentowanego w pierwszych latach działalności.

Skaldowie powstali w 1965 roku, dwa lata później ukazał się ich

debiutancki album

(z piosenkami Uciekaj, uciekaj, Nocne tramwaje, Zabrońcie kwitnąć kwiatom). Wygrywali wtedy przeróżne przeglądy, plebiscyty, przebijając w nich nawet Czerwone Gitary, grające przecież znacznie prostszą muzykę. Propozycje krakowian były sporym wyzwaniem dla ówczesnej młodzieży.

Jak wielki dokonał się postęp, widać po materiale składającym się na drugą płytę Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał (1968). Na szybko kilka tytułów: Nie całuj mnie pierwsza, Będzie kolęda, Sady w obłokach, Dwudzieste szóste marzenie. W Śpiewam, bo muszę mamy co prawda deklarację literacką, pióra Agnieszki Osieckiej, ale pewnie nieźle obrazującą status materialny ówczesnych artystów: „Za dwa pomidory, za pół kilo gruszek – śpiewam, bo muszę”. Odkuć się nieco pozwoliły dopiero znaczone sukcesami wojaże po Związku Radzieckim, Węgrzech i NRD.

Ledwie co polskim nastolatkom dane było zachłysnąć się gitarami podłączonymi do wzmacniaczy, a już pojawili się ci, którzy, wzorem najzdolniejszych wykonawców zachodnich, zaczęli tę konwencję rozsadzać. Andrzej Zieliński, kompozytor i aranżer większości utworów, nie obawiał się niczego. Cytaty na pograniczu plagiatu – Zapomniany młyn czerpiący ze Still I’m Sad The Yardbirds – zdarzają się w dorobku grupy niezmiernie rzadko.

U Skaldów

nie ma ostrych gitar,

jest sięganie do tradycji piosenki z czasów przedrokendrolowych, odważne stosowanie orkiestry. Kolejne utwory olśniewają urodą, pięknymi i jednocześnie niebanalnymi melodiami i – o czym już wspomniałem – świetnymi tekstami. Wygrywali plebiscyty na najlepszą grupę bigbitową miesiąca czy roku, a wciąż wymykali się rockowi (w wąskim rozumieniu tego zjawiska). Jak w ich piosence z trzeciej płyty, Króliczku – nie chodziło o to, by znaleźć formułę, ale by jej ciągle szukać. I to zespołowi w pierwszych latach, na pierwszych płytach znakomicie się udawało.

Trzeci album Cała jesteś w skowronkach (1969) to szczytowe osiągnięcie grupy. Patrzę na tytuły – perła za perłą, jedenaście znakomitych piosenek. Tytułowa, Prześliczna wiolonczelistka, Medytacje wiejskiego listonosza, Wieczór na dworcu w Kansas City. 20 sierpnia 1968 roku autobus, którym jechał zespół, uczestniczył w poważnym wypadku. Andrzej Zieliński tak wspominał swoje szpitalne myśli: „Że trzeba walczyć do ostatniej szansy, do ostatniego tchu. Że jeszcze w życiu wszystkiego nie powiedziałem. Że życie jest piękne…”. Również z takich doświadczeń zrodziły się te znakomite kompozycje.

W 1970 roku wyszła czwarta płyta Od wschodu do zachodu słońca. Mocniejsza, rockowa. Z pobytu zespołu w USA lider przywiózł organy Hammonda – i to one zdominowały brzmienie. Najlepiej znany kawałek to Mateusz IV, dedykowany Niemenowi. Wtedy wydawało się, że materiał zawarty na tym krążku jest bardzo nowoczesny, nadążający za obowiązującymi trendami. Dziś widać, że zespół rzeczywiście bardziej zanurzył się w rocku, ale na kolejnych albumach z coraz słabszym artystycznie skutkiem.

Tu urywam tę i tak już długą opowieść. Historia zespołu toczyła się dalej, ale te cztery pierwsze płyty są najlepsze, kanoniczne. Nie zapominajmy o nich. I nie zapominajmy o Skaldach, bo to był w tamtym czasie  znakomity zespół. I jeśli wracamy do jego dokonań, to przede wszystkim właśnie tych z pierwszych płyt.

Sześćdziesiąty siódmy

Zabawa się skończyła. Od narodzin minęło kilkanaście lat i oto rock’n’roll utracił dziewictwo. Nie stało się to nagle, bez sygnałów i zapowiedzi, ale wreszcie objawił się światu jako dorosła, piękna kobieta w pełni świadoma swych zalet i wdzięku. Jednak wewnętrznie bardzo skomplikowana.

[more]

Łupnęło tuż po Nowym Roku – 4 stycznia 1967 roku na rynku pojawił się pierwszy album

The Doors.

Jeśli wzrastanie w siłę zjawisk noszących nazwy The Beatles i The Rolling Stones wymagało czasu, o tyle w tym przypadku debiut płytowy od razu wyniósł zespół do roli gwiazdy największego formatu. Płyta zawiera m.in. słynne Light My Fire oraz The End (ten drugi wykorzystany został dwanaście lat później przez Coppolę w znakomitym filmie Czas apokalipsy). Tak zaczęła tworzyć się legenda intensywnie przeplatająca wspaniałą muzykę z problemami osobowościowymi, z niszczącą siłą alkoholu i – przede wszystkim – narkotyków.  

W marcu w sprzedaży pojawia się pierwszy krążek

Velvet Underground

zatytułowany The Velvet Underground And Nico. Za sprawą tekstów otwarcie mówiących o narkotykach (Heroin) szybko wycofany z rynku, ale i tak okazał się z czasem jednym z najważniejszych albumów rockowych w historii. Surowe brzmienie, przegląd stylistyk od folku po psychodelię zachwyca i inspiruje innych do dziś.

12 maja ukazuje się w Wielkiej Brytanii (1 września w Stanach) pierwsza płyta Jimiego Hendriksa –

Are You Experienced?

z tak fantastycznymi numerami jak Hey Joe czy Purple Haze. Tu też, jak w przypadku Doorsów, mamy do czynienia z genialnym debiutem oraz początkiem gitarowo-narkotycznego tańca ze śmiercią. Wielki Jimi, gdyby żył, właśnie dziś obchodziłby siedemdziesiąte urodziny.

Także w maju, tyle że po drugiej stronie oceanu, do studia wchodzą członkowie pierwszej supergrupy, za jaką uznawana jest

The Cream.

Bruce, Clapton i Baker rejestrują materiał na drugi krążek, Disraeli Gears, który ukazuje się w listopadzie. To na nim znajdują się dwa klasyczne już utwory: Strange Brew i Sunshine Of Your Love.

Podobnie jak Cream, na swoim – także drugim – albumie kierowali się w stronę psychodelii

Jefferson Airplane.

Surrealistic Pillow zawiera dwie znakomite kompozycje wokalistki zespołu, Grace Slick – White Rabbit oraz Somebody To Love.

Co jednak powiedzieć o debiucie

Pink Floyd

The Piper At The Gates Of Dawn – który w sklepach pojawił się 5 sierpnia? To był dopiero kompletny odlot muzyczno-narkotykowo-oniryczny. Dla ówczesnego lidera grupy, Syda Barretta, stanowił wspaniały początek i jednocześnie, za sprawą używek, koniec artystycznej kariery. Wciąż naćpany zupełnie nie nadawał się do grania, stał na scenie, brzdąkając cały czas jeden akord. Wkrótce zastąpił go David Gilmour. 

Z używkami eksperymentowali wtedy praktycznie wszyscy rockmani, z tego powodu popadali też raz po raz w tarapaty, jak na przykład – wraz z gronem przyjaciół – Keith Richards, na którego dom w lutym tamtego roku zrobiła nalot policja.

Nie przeszkodziło to Stonesom przyjechać do Polski i 13 kwietnia zagrać w warszawskiej

Sali Kongresowej.

Co prawda dwa lata wcześniej odwiedzili nasz kraj The Animals (ci od The House of The Rising Sun – to tak dla młodszych czytelników), ale to właśnie występ toczących się kamieni stał się katalizatorem przemiany świadomościowej ówczesnych nastolatków w naszym kraju. Chemiczna bomba pełna imperialistycznego, zgniłego hałasu wybuchła, o ironio, w miejscu, w którym odbywały się kolejne zjazdy przewodniej siły narodu, jaką przez cztery dekady była Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.

1 czerwca ukazuje się

Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Beatlesów, uważany za najważniejszy koncept album i, w ogóle, za jedną z najlepszych płyt w historii pop music. Czwórka z Liverpoolu niczego już wtedy nie musiała udowadniać, rok wcześniej wydała znakomity Revolver, a jednak kolejny raz zadziwiła świat. Trudno tu wskazywać jakieś utwory, bo całość jest świetna, wspomnę jednak With a Little Help From My Friends (rozsławione potem przez Joego Cockera), When I’m Sixty-Four i Lucy In The Sky With Diamonds (moje wytłuszczenia dotyczą jednej z wersji interpretujących tytuł). 

W czerwcu tego roku odbył się też pierwszy wielki festiwal muzyczny –

The Monterey International Pop Festival.

Zabrakło na nim bardzo wielu liczących się wówczas wykonawców, ale zagrali m.in. Jimi Hendrix Experience, Janis Joplin, The Who, Greatful Dead, Jefferson Airplane, Otis Redding oraz Simon i Garfunkel.

The Rolling Stones

swoje najlepsze płyty mieli nagrać trochę później, ale i tak światło dzienne ujrzały w 1967 roku dwa krążki – Between The Buttons (zawierający choćby Yesterday’s Papers) oraz Their Satanic Majesties Request (She’s A Rainbow, 2000 Man).

We wrześniu pojawiła się na rynku druga płyta Doorsów – Strange Days, potwierdzająca klasę zespołu (Love Me Two Times, Moonlight Drive, When The Music’s Over).

9 listpada wychodzi pierwszy numer

„Rolling Stone Magazine”,

jednego z najbardziej opiniotwórczych czasopism zajmujących się muzyką czy, szerzej rzecz ujmując, kulturą.

Pod koniec roku (w USA 1 stycznia 1968) ukazuje się drugi album Hendriksa Axis: Bold As Love, a na nim Little Wing oraz Castles Made Of Sand. Podobnie jak w odniesieniu do Doors – umacniający pozycję wykonawcy na rynku.

27 grudnia pojawia się w sprzedaży nowa płyta

Boba Dylana

John Wesley Harding, a na niej All Along The Watchtower. Po psychodelicznych szaleństwach wcześniejszych albumów otrzymujemy porcję stylistycznej ascezy, od strony tekstowej wspartych elementami religijnymi czy wręcz mistycznymi. Dylan znowu wyprzedza czas. Śpiewa: „Wielu jest pomiędzy nami takich, którzy sądzą, że życie to tylko żart. Ale ty i ja mamy to już za sobą. Nie ma więc co udawać, pora robi się późna”.

Tak, żarty zdecydowanie się kończyły. Zjawisko zwane rock’n’rollem stawało się wielkim, największym w powojennych czasach przeżyciem pokoleniowym po obu stronach oceanu. Wolna miłość, orgie, alkohol, narkotyki – to wszystko zdawało się nie mieć granic. Poza tą jedną, najważniejszą – śmiercią. Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison nie dali rady, zmarli zdecydowanie przedwcześnie, przegrywając z nałogami. A jednocześnie rock całymi seriami zaczął wyrzucać z siebie płyty dobre i bardzo dobre. A między nimi – arcydzieła.

The Beatles – najpierwsza kochanka w muzycznym haremie

Może 1968 rok. W domu pojawia się pocztówka z Lady Madonna.
Już chyba 1970. Pocztówka z jednym nagraniem – Hey Jude.
1978. Tonpress wypuszcza na rynek pierwsze polskie wydawnictwo płytowe grupy – dwie małe płytki z siedmioma łącznie utworami. Szaleństwo.
1980. The Beatles, czyli pierwotnie w Stanach wydany zestaw singlowych nagrań czwórki z Liverpoolu. W miesiąc, może dwa później – 8 grudnia – ginie John Lennon.

[more]

1993. Abbey Road – pierwszy kompaktowy zakup nagrań Beatlesów.

2010. Wreszcie! – zremasterowane wersje (po kolei): Białego albumu, Magical Mystery Tour, Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, RevolverPast Masters. Pięć albumów, siedem płyt. Mnóstwo muzyki. W przeważającej części – znakomitej. Najwspanialszej grupy w historii muzyki rockowej. Jak pisać o takich oczywistościach?!

 *

Beatlesi towarzyszyli mi zawsze,

od wczesnego dzieciństwa.  Ale przez bardzo długi czas w sposób nieuporządkowany. Ich dorobek zlewał się w jedną wielką całość. Dopiero po latach dokonało się w mojej głowie i uszach podwójne przewartościowanie: najpierw coraz większy zachwyt dojrzałego już odbiorcy nad muzyką kwartetu, a nieco później uchwycenie chronologii, tego ciągu przyczynowo-skutkowego, błyskawicznego rozwoju artystycznego zespołu. I świadomość tła, kontekstu – tego, co działo się wtedy w świecie i muzyce rockowej.

Wsłuchiwałem się w te niemłode już nagrania, uświadamiając sobie, w którym utworze który z panów wykonuje partie wokalne. W 2010 roku dotarło do mnie, że to, co kocham w Beatlesach najbardziej, jest dziełem Paula McCartneya, że to on jest tym mistrzem ponad wszystkich innych mistrzów rock’n’rolla.

Niebywałe, jak rozkwitają czasem talenty. Zespół gdzieś na początku, na przełomie lat 50. i 60., był jednym z wielu. Nic specjalnego, żadnych olśnień wykonawczych – nie byli to ani szczególnie dobrzy wokaliści, ani instrumentaliści.

Geniusz autorski

ujawnia się jednak już w 1964 roku, niewyobrażalna dzisiaj ilość zagranych koncertów sprawia, że warsztat staje się coraz lepszy. Nigdy nie wybitny – ale, w połączeniu z cudowną zdolnością do wymyślania przepięknych piosenek – dający efekt absolutnie ponadczasowy, nieporównywalny z jakimikolwiek wcześniejszymi dokonaniami w rocku.

To The Beatles stali się punktem odniesienia dla większości wykonawców w kolejnych pokoleniach. Niedościgłym wzorcem i nieustającą inspiracją. Bunt sklasyczniał, a wielka muzyka pozostała. I pozostanie. YesterdayStrawberry Fields ForeverPenny Lane czy Hey Jude będą analizowane przez muzykologów tak samo jak utwory Bacha czy Vivaldiego.

 

Muzyczne odloty

Led Zeppelin BBC Sessions. Po prostu zestaw genialnych utworów genialnego zespołu. Po Creamach i Cepach nikt już nie zrobił w składzie gitara – bas – bębny nic więcej na scenie (i w studiu też). Ale tym razem chciałem zahaczyć o co innego.

[more]

Nie jest to szczególnie odkrywcza myśl, ale wśród wielu znakomitych numerów LedZep – swoistym opus magnum na koncertach jest Dazed And Confused. Ciągle na świeżo w głowie mam koncert SBB w Rialcie i Odlot – i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że bardzo wiele te utwory łączy. W obu przypadkach mamy do czynienia z artystycznym odlotem właśnie, wyzwoleniem, przekroczeniem wszelkich granic, z totalną improwizacją, na którą mogą sobie pozwolić tylko najwybitniejsi instrumentaliści.

Takich długich wersji Dazed And Confused znamy – jeśli dobrze liczę – w sumie trzy, Odlot, przynajmniej w domowych zbiorach, mam w dwóch wersjach z 1974 roku. Nie wiem, czy Polacy widzieli na żywo Led Zeppelin, na pewno nie mogli znać wersji z The Song Remains The Same, bo ta – choć zarejestrowana w 1973, na krążku pojawiła się w 1976 roku. To tak a propos inspiracji.

Ktoś pewnie kręci nosem, że śmiem porównywać SBB do jednej z najlepszych kapel w historii rocka. Otóż śmiem, a ponieważ już parokrotnie pisałem, dlaczego – powtarzać się nie będę.

(14 kwietnia 2012)


Zeppeliny na niebie

Moja droga do dokonań Led Zeppelin była zawiła i kręta. Co prawda wśród pocztówek dźwiękowych moich braci znalazło się miejsce na Immigrant Song, ale potem zrobiło się jakoś ciasno i nieprzystępnie. Dla praktycznie całego ostrego, gitarowego grania. Starsza brać zachłysnęła się dokonaniami Emerson, Lake & Palmer, Yes, Pink Floyd i resztą drużyn z ligi rocka symfonicznego. Wtedy wydawało im się, że to muzyczny uniwersytet, zaś szarpidruty to w najlepszym razie szkoła średnia.

[more]

I tak sobie teraz myślę, że jednak mnie tą opinią w pewien sposób zarazili, choć – na szczęście – nie na całe życie. Do dziś nie mam szczególnej atencji do twórczości Deep Purple czy Black Sabbath, choć oczywiście jestem świadomy znaczenia tych kapel w historii rock’n’rolla, doceniam klasę In Rock, Fireball czy Sabbath Bloody Sabbath.

Ale, kurczę blade, co innego Led Zeppelin. Gdy gdzieś w 1978 roku rejestrowałem fragmenty Presence, jeden z braci zapytał: Co, LZ nagrywasz? Nie szkoda ci miejsca na taśmie?

Po latach śmialiśmy się na wspomnienie tego bluźnierstwa. Ale Cepów odkrywałem samotnie, tak naprawdę, w pełni, dopiero po śmierci Johna Bonhama. W 1981 roku w czwartym, stereofonicznym programie PR za wielką prezentację ich dyskografii zabrał się Jerzy Janiszewski. Jak zawsze – fachowo, z potężną dawką informacji. Tyle że – co wielu słuchaczy denerwowało – zaczął od prezentacji nagrań bodaj The Yardbirds. Gdy wreszcie doszedł do pierwszego albumu LedZep i zdążył odtworzyć pierwszą stronę – wybuchł stan wojenny.

Po kilkumiesięcznej przerwie emisyjnej, po wznowieniu nadawania, już w programie drugim – ruszyły niektóre dawne pozycje ramówki. I – w końcu też prezentacja wszystkich płyt zespołu. W miarę posiadanych taśm, o które nie było w tamtym okresie łatwo, nagrywałem kolejne albumy. Wtedy już nie miałem wątpliwości. Miłość do Floydów umierała, ich miejsce w moim sercu zajmowali Zeppelini. I są w nim do dzisiaj.

To, co tylko z rzadka słyszę u Parpli czy Sabatów – jest istotą magii LZ. Chodzi o zupełnie inną głębokość korzeni – o blues. Cały ten olśniewający, zdumiewający na przełomie lat 60. i 70. gitarowy hałas kwartetu wywodzi się z bluesa właśnie. To dlatego jest w nim swing i feeling, wielki czar muzyki bezzębnych Murzynów zaaranżowany na głos Roberta Planta, gitarę Jimmy’ego Page’a i sekcję w osobach Johna Paula Jonesa i Johna Bonhama. Geniusz autorski i wirtuozeria wykonawcza dały fantastyczny efekt w postaci czterech pierwszych albumów zespołu, z których każdy należy do najważniejszych w dziejach muzyki rockowej. Potem może było nieco słabiej, ale należy pamiętać o tym, że „słabiej” w odniesieniu do kapeli tej miary oznacza i tak poziom dla większości najzwyczajniej niedostępny.

Wszystko skończyło się nagle w 1980 roku po tragicznej śmierci perkusisty. Pozostała trójka jakoś nie wyobrażała sobie dalszego grania bez Bonza. Plant zaczął nagrywać swoje płyty, zrobił z pewnością jako solista największą karierę. Page nie dokonał sam niczego szczególnego, Jones tak naprawdę pojawił się dopiero w 2010 roku w superskładzie Them Crooked Vultures.

Przyjaźń liderów – panów P – chyba nigdy nie wygasła, parokrotnie schodzili się, nagrali razem dwa albumy. Ten z premierowym materiałem – Walking Into Clarksdale (1998) – brzmi dziś lepiej niż w chwili wydania i z powodzeniem mógłby być sygnowany nazwą Led Zeppelin. Podobnie jak krążek Page’a nagrany z Davidem Coverdale’em w 1993 roku, a którego realizację gitarzysta proponował pierwotnie swojemu dawnemu kumplowi. Ten jednak nie potrafił się zdecydować i ostatecznie odmówił. Odmówił również – tym razem Page’owi, Jonesowi i Jasonowi Bonhamowi (synowi Johna) na przełomie 2007 i 2008 roku, kiedy – po znakomicie przyjętym koncercie w Londynie okazjonalnie wskrzeszonego zespołu – trwałe reaktywowanie LZ stało się bardzo realnym pomysłem. Plant wydał jednak właśnie świetny i świetnie się sprzedający album nagrany wspólnie z Alison Krauss i nie wyraził zainteresowania ani trasą koncertową, ani nową płytą.

Myślę, że szkoda. Bo byłem w Spodku w 1998 roku na koncercie w ramach trasy promującej Walking Into Clarksdale. Dwaj już wtedy niemłodzi panowie zaprezentowali się rewelacyjnie. Gdy ruszyli z kawałkami LedZep, łzy wzruszenia pociekły mi po policzkach. Ostatnie ocierałem już po zakończeniu występu, po ponad dwóch godzinach wybornego grania. Te emocje na scenie i widowni, jestem przekonany, są w dalszym ciągu do powtórzenia. Bo w tej muzyce jest magia.

Mijające dziesięciolecia przemawiają zdecydowanie na korzyść Led Zeppelin, podobnie jak to jest z The Beatles czy Rolling Stones. To wielka sztuka, która wywarła i nadal wywiera ogromny wpływ na kolejne pokolenia – zarówno tych, którzy grają, jak i tych, co słuchają. Skala dokonań kwartetu należy do bezdyskusyjnie największych. W stylowym, rokendrolowym łojeniu nikt już nie wymyślił nic lepszego.

Dżem bez Riedla

Dżem bez Ryszarda Riedla? Dla wielu było to nie do przyjęcia, a jednak zespół grał dalej. Ja natomiast poczułem wielką ulgę – i radość. Nie chciałem, by tu, na Śląsku, powtórzył się kolejny raz scenariusz, że rozpada się świetna kapela, a jej członkowie zaczynają robić jakieś mało istotne rzeczy – myślę tu o SBB i Krzaku. (W sumie najlepiej przez pewien czas spisywał się Jerzy Piotrowski, bo bębnił u Dudka i parę lat w Dżemie właśnie).

[more]

Dewódzki był inny. Tak pewnie miało być, na zasadzie kontrastu. Dżem na żywo dalej był potęgą, ale gdy chodzi o płyty studyjne – wpadł w artystyczny dołek. Słabsza jest zwłaszcza Albo być, albo mieć. Nie ma na niej, jako jedynej, żadnego utworu, który z czystym sumieniem umieściłbym na Dżemowym The Best of.

Zdziwiłem się, gdy wyczytałem, że Maciej Balcar został nowym wokalistą zespołu. I bardzo ucieszyłem, bo pamiętałem, jak świetnie przed laty zaśpiewał w Opolu Dziwny jest ten świat (próbuje wielu, a powinno tylko kilku). Bo już wiadomość, że jest w Harlemie, była bardzo dobra – to było miejsce dla takiego głosu. A przejście do Dżemu okazało się strzałem w dziesiątkę – dla obu stron. Dla Balcara nie ma lepszego miejsca na polskiej scenie muzycznej, dla Dżemu nie widzę lepszego wokalisty. Feeling, swingowanie – dla mnie rewelacja. Do tego bardzo dobra dykcja. I kultura osobista – nigdy z jego ust, ze sceny, nie padły jakieś dziwne czy niecenzuralne słowa. Z całą sympatią dla Jacka D., z którym chyba Dżemy mają dobre relacje, bo pojawia się na tych najważniejszych koncertach (i płytach), Pan Maciek bije go na głowę.

Zespół gra do dziś. Siłę Bena Otręby jako kompozytora wspierają pozostali członkowie grupy, raz ci, raz inni. 2004 zawiera kilka absolutnie fantastycznych numerów (jeszcze do tego wrócę), zaś Muzę uważam za najlepszy album grupy w czasach „poriedlowych”. A koncertowy Pamięci Pawła Bergera za jeśli nie najlepszy, to jeden z najlepszych koncertowych albumów w historii polskiej fonografii. I gdy ktoś mi mówi (ktoś, kto od wielu lat nie był na ich koncercie i nie posłuchał sobie parę razy uważnie ich ostatnich płyt), że czas Dżemu minął, to moje muzyczne serce na takie opinie strasznie się oburza.

(pisane jesienią 2011)


Księga Genesis w dwóch częściach (2)

Od 1983 roku wyraźnie mamy do czynienia z kapelą, która powinna nazywać się Phil Collins and (his) Genesis. Płyta o nazwie tej samej co zespół (tzw. Mama) przyprawiła mnie o dreszcze towarzyszące wysokiej gorączce. Ze starego, ambitnego grania nie został już kamień na kamieniu.

[more]

Oto popowy zespół, gdyby nie pochodzenie, można by powiedzieć, całkiem przyzwoity. Gitary takie sobie, klawisze skromniutkie, zwrotka – refren – zwrotka, pan wokalista śpiewający od pierwszej do ostatniej sekundy każdego utworu (trochę przesadzam, ale niewiele), niepozostawiający już miejsca na jakiekolwiek instrumentalne popisy. Zresztą – Rutherford nie umie, a Banksowi się już nie chce, już jest wypalony, w dodatku kasa leci, popularność grupy olbrzymia jak nigdy dotąd, więc po co majstrować przy maszynce do robienia pieniędzy?

Bez Collinsa to już nie Genesis – słychać było zewsząd po jego rozstaniu z kolegami w drugiej połowie lat 90. A ja się cieszyłem: może taka zmiana sprawi, że ci ludzie jeszcze coś wycisną z siebie? Może wreszcie, po latach, znów trochę pograją? Matowy, chrypiący głos Raya Wilsona przywodził na myśl Gabriela.

Calling All Stations (1997) jest rzeczywiście inna. Nie tylko z tego powodu, że został zmieniony najważniejszy instrument, czyli głos, ale jest na tym CD trochę muzyki. Lecz bez przesady, tylko trochę. Nie ma Hacketta, który wsparłby i wzbogacił brzmieniem gitar parę całkiem niezłych kawałków. Ale co z tego?! W Europie jeszcze jakoś idzie. W Polsce – w styczniu 1998 roku – Spodek pełny. Było nieźle, a przy starych kawałkach zakręciła się łza w moim oku. Jednak trasę po Stanach trzeba było odwołać, bilety się nie sprzedawały. Chcemy Collinsa!

No i w 2007 roku był ten Collins, była koszmarna ulewa, burza z piorunami, starsi już panowie w niezłej formie, pełne zawodowstwo, ale… Ja, łysiejący zgred, czekałem na te najstarsze utwory z ich repertuaru, na ślady prawdziwego Genesis. Szedłem na koncert, wiedząc, że będzie nie tak, jak bym chciał, że Collins powinien więcej siedzieć za bębnami, a nie przy mikrofonie, że… Mój syn był zachwycony, z koncertów na Stadionie Śląskim w 2007 roku (jeszcze Pearl Jam i Red Hot Chili Peppers) ten podobał mu się najbardziej. Natomiast ja szedłem, wiedząc, że musi być raczej popowo, bo takie są proporcje czasowe w historii grupy i na to czekają ludzie, z których większość zawarła bliższą znajomość z zespołem w okolicach In The Air Tonight.

Więc mnie nie dziwi, że nie było dalszego ciągu, że Collins nagrał (podobno ostatnią, ale nie wierzę w takie deklaracje) bardzo słabą płytę, podczas gdy zdolniejsi od niego kompozytorzy z dawnych lat przeżywają renesans formy i popularności (np. Robert Plant).

Nie wolno odmawiać ludziom prawa do robienia w życiu tego, co wychodzi im najlepiej, czyli, w przypadku muzyków, do grania. Szkoda jednak, że czasem tak bardzo odchodzą od tego, co tworzyli w młodości, co miało i ma niezaprzeczalną wartość i na trwale wpisane jest w historię muzyki rockowej. Ale po co psioczyć na Genesis, skoro można znaleźć znacznie gorsze przykłady, jak na rodzimym rynku zejście ze sceny O.N.A. i Kombi-reaktywację? To jest dopiero danie pewnej części ciała. W dodatku męskiego, niemłodej już i ździebko pomarszczonej.

*

No i proszę – mimowolna coda do moich powyższych wymóżdżeń. Ledwie dwa dni po napisaniu tych słów – jeden z młodszych o parę lat kolegów w pracy, gdy przypadkiem zgadaliśmy się o muzyce, powiedział: „Dla mnie Genesis zaczyna się od Mamy. Za..bista płyta!”. I co?! Powiedziałem tylko zrezygnowany: „A dla mnie kończy” i umilkłem.

(pisane latem 2011)