To, co w takich przypadkach po latach zaskakuje czasem najbardziej, to informacja, że zespół działa nadal.
[more]
*
New, czy – jeszcze lepiej pasująca do realiów nazwa nurtu muzycznego – cold wave znakomicie wpisywała się w klimat Polski lat 80., tej po stanie wojennym a przed 1988-89 rokiem. Jeśli punk, ze swej istoty hałaśliwy, nie mógł liczyć na przychylność tzw. czynników, a tym samym na mocne zaistnienie na antenie radiowej, o tyle naśladowcy Joy Division czy Bauhausu, jeśli tylko nie darli kotów z cenzurą, zaanektowali całkiem sporą część rodzimego rynku muzycznego. Co oczywiście nie zmienia faktu, że z nagraniami – radiowymi czy płytowymi – wciąż łatwo nie było.
Dla tarnowskiego Ziyo wszystko co najlepsze wydarzyło się w kilku pierwszych latach działalności. Za oficjalny początek uznaje się rok 1986. To wtedy zadebiutowali na scenie, na festiwalu w Jarocinie, i zdobyli wyróżnienie. Sześć miesięcy później, w studiu bodaj najważniejszej wtedy postaci, gdy chodzi o kształt nowej sceny rockowej, Waltera Chełstowskiego oraz wspominanego przeze mnie niedawno (przy okazji tekstu o formacji Aya RL) Igora Czerniawskiego nagrali dwa utwory: Panie Prezydencie oraz Pod jednym niebem. Ten drugi znalazł się w 1988 roku na składance Tonpressu.
W 1989 roku ukazał się debiutancki album wydany przez Wifon, na który złożyły się nagrania radiowe zespołu – i w sporej mierze też pierwsze, niemałe przeboje, poza wymienionymi wyżej Idziemy wytrwale czy Graffitti. Krążek sprzedał się w nakładzie stu osiemdziesięciu tysięcy egzemplarzy.
To był czas, gdy kapelę Jerzego Durała, autora tekstów, wokalisty i basisty zespołu miałem okazję parokrotnie widzieć w katowickim Spodku (ach, ileż wtedy było takich rockowych spędów, na których występowało po kilka, kilkanaście rodzimych zespołów!) i za każdym razem robili na mnie dobre wrażenie.
Zaraz potem jednak pojawiły się pierwsze oznaki dryfowania w niewłaściwym kierunku, zwłaszcza gdy mowa o kapeli z pewnym już dorobkiem i niezłą pozycją. Durał dopatrzył się w sobie podobieństwa do Bono, najpierw chyba fizycznego, a zaraz potem także w zakresie warunków głosowych. Co można by wybaczyć nastoletniemu debiutantowi, było kiepsko strawne w przypadku dwudziestoparoletniego artysty. Wokalista w piosenkach z drugiej płyty (pod pretensjonalnym tytułem Witajcie w teatrze cieni) zaczął zdradzać nadmierną fascynację postacią frontana U2, a już zupełnie karykaturalną formę przybrało to przy powstawaniu materiału na krążek Tetris (1994). By dopełnić nieszczęścia, brzmieniowo Ziyo z zimnofalowego zespołu przeistoczyło się w kopię Irlandczyków.
Udało się co prawda na tym koniu zajechać dość wysoko, bo wylansować największy przebój – Magiczne słowa – który bardzo długo znajdował się w czołówce zestawienia radiowej Trójki, ale niezbyt daleko. Jeszcze w 1995 roku Ziyo jest ciągle atrakcją – Durał i Klich pojawiają się na scenie Spodka w koncercie ku pamięci Ryszarda Riedla „List do R. na 12 głosów” (utwory Boże daj dom i Wokół sami lunatycy znalazły się na pierwszej płycie trzyczęściowego wydawnictwa), ale popularność zaczyna przygasać. Cztery długie lata, aż do 1998 roku, kapela każe czekać na swój nowy materiał. Za długo – znika bowiem niemal zupełnie z pola widzenia.
Tym, co zwykle w takich przypadkach zadziwia najbardziej, jest informacja, że zespół działa nadal. Zapomniany od mediów i zdecydowanej większości niegdysiejszych fanów, w składzie nie do zliczenia ile razy zmienianym, odcina ostatnie kupony od dawnej popularności.
To była szkoła życia – z pieniędzmi bywało różnie, czasem chodzili głodni, ale jako objazdowa trupa musieli nauczyć się grać właściwie wszystko, aby sprostać oczekiwaniom słuchaczy. A z tym bywało różnie, czasem groźnie – w takim na przykład Teksasie to niejeden klient miał i mocno w czubie, i spluwę w kieszeni.
[more]
*
Magia miejsca. Czy to był tylko przypadek, że wielki festiwal rockowy chciano zorganizować w miejscu, gdzie osiadł jeden z gigantów pop music, Bob Dylan – czyli w Woodstock? Że gdy ostatecznie impreza przeniosła się do Bethel, czterdzieści mil obok, nazwa pozostała?
Magia miejsca. Powracający do zdrowia po poważnym wypadku motocyklowym, wyciszony Dylan tworzy z przyjaciółmi z The Band w swej posiadłości studio nagraniowe, w którym powstają utwory oraz dwie płyty wybitne i zupełnie inne od „obowiązujących” wtedy w rocku trendów – John Wesley Harding i trochę później Music From Big Pink.
Big Pink
– tak właśnie nazywała się farma uwieczniona na rewersie okładki pierwszej płyty kapeli (i wiele lat potem, w 1993, na awersie Jericho). Zaś ostateczna nazwa zespołu wzięła się stąd, że wszyscy okoliczni mieszkańcy nie mówili inaczej o sąsiadach muzykach niż „The Band” po prostu.
*
W filmie opowiadającym o powstawaniu pierwszego albumu formacji, wyemitowanym w TVP Kultura w znakomitej serii „Classic Albums”, jeden z muzyków powiedział coś takiego: „Kiedy byliśmy młodzi, chcieliśmy podbijać świat. Dziś wiemy, że najważniejsze to pomagać sąsiadom”.
Tylko jeden członek zespołu wywodził się z wielkiego miasta, z Toronto – Jaime Robbie Robertson. Najpierw był inżynierem dźwięku w zespole, ale zaraz potem gitarzystą, zresztą jednym z najwybitniejszych w historii rocka – Dylan nazwał go „matematycznym geniuszem gitary”. Był półkrwi Indianinem, półsierotą i dorastając, niemal cały wolny czas poświęcał doskonaleniu gry. Pozostali urodzili się w miejscach dalekich od zgiełku świata. Wyrastali blisko natury – i muzyki. Szybko opuścili swe rodzinne domy, pomocnik rzeźnika, późniejszy basista Rick Danko nawet tak szybko, że zapomniał zabrać ze sobą płaszcz.
Zdecydowanie więc mówimy o
naturszczykach,
a nie ludziach kształconych w fachu. Parę lat nauki w szkole muzycznej miał za sobą tylko pianista Richard Manuel, zaś Garth Hudson pogrywał na organach wykonanych domowym sposobem przez swojego ojca, a później dorabiał, grając na kościelnych organach w firmie pogrzebowej prowadzonej przez wujka.
Komponowali własne bądź opracowywali cudze piosenki zupełnie pod prąd czasowi, jakby za nic mając ówczesny rokendrolowy ferment i zachłyśnięcie się decybelami. Mistrzowie? Najwyraźniej tak, muzyka kapeli – w ten sposób zagrana, zaaranżowana i wykonana – bez wątpienia mogłaby powstać w każdym późniejszym czasie. Jeśli szukalibyśmy najkrótszej definicji americany, byłby nią właśnie The Band.
Formacja jak żadna inna przeniosła rocka poza wszelkie rozumiane wówczas, pod koniec lat 60., formuły. Jako jedyni tak konsekwentnie robili swoje, tak bardzo wyrwali się ze swojej epoki. Co ciekawe i rzadko spotykane – ku uwielbieniu publiczności, krytyków i innych muzyków. Dla tych ostatnich stanowili
wielką inspirację:
połączenie w składzie fortepianu i organów przejęli od nich Procol Harum, ucha nadstawiał m.in. Eric Clapton, po wielu utworach widać wyraźnie, że zafascynowani brzmieniem The Band byli nawet skręcający w stronę jazzu Donald Fagen i Walter Becker, liderzy Steely Dan. Organowe intro w Chest Fever niewątpliwie dobrze było znane Jonowi Lordowi. Rozmiary wzajemnego – z Dylanem – oddziaływania na siebie przez lata współpracy trudno ocenić. I pewnie także przecenić.
*
Wszystko zaczęło się w 1960 roku. Pochodzący z Arkansas
Ronnie Hawkins
prawdziwą gwiazdą rokendrola stał się właśnie w Kanadzie. Razem z nim trafił tam perkusista Levon Helm, zaś resztę składu akompaniującego pod nazwą The Hawks stanowili wspomniani Kanadyjczycy. Wspólne trzy lata z Hawkinsem to była szkoła życia – z pieniędzmi bywało różnie, czasem chodzili głodni, ale jako objazdowa trupa musieli nauczyć się grać właściwie wszystko, aby sprostać oczekiwaniom słuchaczy. A z tym bywało różnie, czasem groźnie – w takim na przykład Teksasie to niejeden klient miał i mocno w czubie, i spluwę w kieszeni.
Potem za mikrofonem stanął Helm, do bębnów natomiast coraz częściej z konieczności zasiadał Manuel. W ogóle, różnorodność wykonywanego repertuaru spowodowała, iż każdy z członków grupy opanował grę na kilku instrumentach. To czas kształtowania się stylu, który w naturalny sposób bardzo mocno osadzony był w tradycji amerykańskiej muzyki ludowej. Jego charakterystyczny wyróżnik stanowi wspomniane współbrzmienie organów i pianina, mające źródło w gospel. Nie sposób nie dostrzec też wokali – śpiewali wszyscy, a ich chórki są wyjątkowej urody.
Przełomem okazało się
spotkanie z Dylanem
w 1965 roku. Było to cudowne zrządzenie losu tak dla obu stron, jak i fanów muzyki drugiej połowy XX wieku. Jeśli ich współny występ w Hollywood Bowl (1965) walnie przyczynił się do powstania psychodelic, o tyle wymienione na wstępie albumy – z końca 1967 oraz 1968 – stanowiły całkowite jego zaprzeczenie, pójście odmienną, własną drogą.
*
Debiut płytowy odniósł niebywały sukces. Potwierdził wszystko to, co stanowiło siłę kapeli akompaniującej Dylanowi. Bajecznie kolorowa okładka, kojarząca się z malarstwem końca XIX i początku XX wieku, na przykład z Gauguinem albo Matisse’em, wyszła spod pędzla samego Dylana. Jego autorstwa były też piosenki otwierające i zamykające krążek, ale to, co znalazło się pomiędzy nimi, ukazywało
piekielnie zdolnych
muzyków i kompozytorów.
Wytwórnia uszczęśliwiona wynikami finansowymi pierwszego krążka postanowiła umieścić zespół w luksusowej willi i tam stworzyć mu studio i warunki do nagrywania nowego materiału. Rezultat kolejny raz był zachwycający. Album, którego okładkę stanowiło tym razem proste, czarno-białe zdjęcie członków zespołu (bliźniaczo podobne do tego z John Wesley Harding), ukazał się równo z Abbey Road The Beatles, a przez pierwsze dwa tygodnie sprzedawał się zdecydowanie lepiej. Popularność ugruntowała też zapewne obecność jednej z najsłynniejszych piosenek grupy, The Weight, pochodzącej z pierwszej płyty, w nie mniej słynnym filmie Easy Rider (1969).
W Capitolu albo zafałszowali bilans kosztów, albo rzeczywiście realizacja płyty w tak komfortowych warunkach okazała się bardzo droga. Dość, że zupełnie nie wpłynęła na poprawę stanu kont bankowych muzyków. Następna pozycja w dyskografii, Stage Fright, musiała na tym ucierpieć: skromne tym razem warunki realizacji nagrań zdecydowały o słabszym efekcie finalnym i mniej entuzjastycznym odbiorze słuchaczy.
Późniejsze lata, koncerty i płyty zdecydowanie jednak umocniły pozycję The Band. Ale to może zostawię już sobie na inną opowieść. W tym miejscu wypada jednak wspomnieć, że w 1976 roku doszło do
oficjalnego pożegnania
najstarszego wtedy na świecie grającego nieprzerwanie zespołu. Wielki koncert, z kolacją dla pięciu tysięcy widzów, odbył się z udziałem mnóstwa gwiazd – Joni Mitchell, Muddy’ego Watersa, Boba Dylana, Ronniego Hawkinsa, Emmylou Harris, Vana Morrisona, Erica Claptona, Neila Younga, Neila Diamonda, Ringo Starra i innych – i został wydany jako trzypłytowy album The Last Waltz (1978). Pod tym samym tytułem pojawił sie też film w reżyserii Martina Scorsesego.
Rozstając się, członkowie grupy nie wykluczali wspólnych występów w przyszłości. I w 1983 roku doszło do wznowienia działalności, a po upływie kolejnej dekady także nowych nagrań płytowych. Tyle że już w innych, zmieniających się składach – bez Robertsona, który poświęcił się karierze solowej, a od 1986 roku bez Manuela, który popełnił samobójstwo (jeszcze jeden przypadek problemów związanych z uzależnieniem narkotykowym).
Kresem aktywności zespołu okazała się śmierć Richarda Danko w grudniu 1999 roku. Danko zmarł we śnie, w swoim domu w Marbletown, niedaleko Woodstock. W 2007 zmarł Richard Bell, członek zespołu w latach 90. (a wcześniej pianista w zespole Janis Joplin), natomiast w 2012 Levon Helm. *
W Polsce
trudno mówić o szczególnej popularności The Band – zarówno przed laty, jak i tym bardziej teraz, gdy zespół już nie istnieje. Kiedyś audycji muzycznych w ramówkach było niewiele, więc i możliwości mocno ograniczone. Może pamięć mi nie dopisuje, ale nasączona amerykańskimi patentami muzyka nie znalazła szczególnego wyznawcy wśród ówczesnych dziennikarzy radiowych.
Sam pamiętam, że gdy jako nieopierzony nie tylko muzycznie szesnastolatek w grudniu 1978 roku pochłaniałem książkę Rock. Od Presleya do Santany, najmniej rozumiałem z rozdziału zatytułowanego „Najlepsza banda świata”. Wtedy zresztą aby mnie coś porywało, musiało mieć albo syntezatory na pierwszym planie, albo mocne gitary. Lata jednak płyną, człowiek się zmienia – i dostrzega oraz docenia zupełnie inne niejednokrotnie rzeczy niż dawniej.
Obiema rękami podpisuję się pod opinią Marka Garzteckiego, autora wymienionej wyżej pozycji: „Muzyka The Band może wydawać się bardzo prosta, ale jest to ten najtrudniejszy rodzaj prostoty, który wynika ze świadomej selekcji wszelkich elementów zbędnych”. To z kanadyjsko-amerykańską kapelą łączy innego giganta, JJ Cale’a.
Dwa pierwsze albumy zespołu są dzisiaj do złowienia w ogólnie znanych sklepach za śmieszne pieniądze. Są oczywiście zremasterowane, zaopatrzone w obszerne książeczki oraz zawierają pokaźny zestaw dodatkowych nagrań. Wielka uczta dla oka i, co najistotniejsze, dla ucha.
Słuchając nowej płyty jednej z gwiazd Open’era 2014, Jacka White’a, przy utworze otwierającym całość, „Three Women”, mam nieodparte skojarzenia z dokonaniami zespołu z przełomu lat 60. i 70., którego znakiem rozpoznawczym było charakterystyczne współbrzmienie organów Hammonda oraz gitary. Chodzi o Atomic Rooster.
[more]
Ocalenie tego
stylistycznego wyróżnika
jest tym istotniejsze i cenne, że skład zespołu zmieniał się bezustannie, a dotyczyło to w równym stopniu instrumentalistów, jak i wokalistów. Założyli go w połowie 1969 roku dwaj współpracownicy Crazy World of Arthur Brown, organista i pianista Vincent Crane oraz perkusista Carl Palmer. Pierwszy skład uzupełnili gitarzysta i wokalista Nick Graham i, niedługo potem, gitarzysta John Cann.
Kwartet nagrał debiutancki album – Atomic Roooster – który ukazał się w lutym 1970 roku. W grupie nie było już wtedy Grahama, Palmer w czerwcu odszedł do Emerson, Lake & Palmer. Na jego miejsce pojawił się Paul Hammond. Z kolejnych zmian odnotuję jeszcze tylko krótką obecność Petera Frencha (z Leaf Hound), który zaraz potem zasilił Cactusa, oraz Chrisa Farlowe’a – w obu przypadkach wokalistów.
Kapela nawiązywała do najlepszych wzorców grania z okolic
bluesa i rocka
spod znaku The Cream, nasączając swe utwory sporą dawką – jakże by inaczej w tamtym okresie – psychodelii. Tworzyła też, oczywiście jako jedna z wielu, podstawy hard rocka. I właściwie nigdy nie cieszyła się szczególnie wielkimi względami krytyki ani publiczności. Największy sukces odniósł drugi krążek – Death Walks Behind You (1970) – dochodząc do dwunastego miejsca brytyjskiego zestawienia. Trudno też mówić o przebojach, choć sporą popularnością cieszyły się Tomorrow Night i Devil’s Answer.
W połowie lat 70. Polskie Nagrania wydały
składankę nagrań
grupy pochodzących z dwóch pierwszych albumów, która gra mi w tle, gdy piszę te słowa. Dziś to zespół zapomniany, zwłaszcza nad Wisłą, a niesłusznie. Brzmią te utwory bardzo dobrze, spore umiejętności muzyków pozwalały na naprawdę wiele, raz po raz jesteśmy blisko wirtuozowskich popisów. Wytłumaczenie na „zaledwie” miejsce w szeregu dla AR próbuję znaleźć w tym, iż świetnie grających formacji w tamtym czasie było całe mnóstwo i przebicie się do ekstraklasy było niezmiernie trudne i wymagało niemałego szczęścia.
A tego ostatniego wyraźnie brakowało. Wypominano zespołowi nazbyt
mroczne klimaty,
epatowanie demonicznością. To była „robota” Crane’a, całe życie borykającego się z depresjami (właśnie jego problemy ze zdrowiem spowodowały przerwanie trasy Crazy World of Arthur Brown po USA w 1969 roku).
Atomic Rooster rozpadł się w 1974 roku, sześć lat później wznowił na kolejne trzy działalność, ale bez powodzenia. Ciekawostką jest fakt, iż wtedy, około 1983 roku, trochę grał z nimi David Gilmour.
Tytuł drugiej płyty – Śmierć kroczy za tobą – nabrał szczególnego znaczenia w 1989 roku, gdy czterdziestopięcioletni wówczas Vincent Crane nie wytrzymał i popełnił samobójstwo. Trzy lata później, w efekcie narkotykowego nałogu, to samo uczynił Paul Hammond. W 2011 roku na atak serca zmarł John Cann.
Dorobek, który zespół pozostawił po sobie, to znaczący ślad w historii mocnego grania. Zwłaszcza gdy mowa o trzech pierwszych albumach.
Jeszcze nikt nie śnił o punk rocku, new wave czy mod revival, był rok 1972. Czternastoletni Paul Weller zakłada The Jam – kapelę ciupiącą z upodobaniem kawałki Chucka Berry’ego albo Little Richarda. Rok później w składzie byli już Rick Buckler (dr) i Bruce Foxton (voc, bg).
[more]
W końcu kwietnia 1977 roku wychodzi pierwszy singiel grupy – [i]In The City[/i], który niemal natychmiast trafia na listy przebojów. Trio przygotowuje dużą płytę pod tym samym tytułem. The Jam są w podobnym miejscu, co The Clash czy Sex Pistols. Wyróżnia ich to, że nawiązują do
subkultury modsów
z lat 60., obficie czerpią z dorobku The Who i The Kinks. Wystylizowani, starannie obcięci i ubrani m.in. w moherowe marynarki nie pasują do obdartych punków. Grają przebojowe i melodyjne piosenki, więc nic dziwnego, że zarówno single, jak i całe albumy trafiają na czołowe miejsca wszelkich zestawień. Nie przeszkadzają w tym niepokorne teksty.
Do rozpadu zespołu w 1982 roku wydają sześć studyjnych i jeden koncertowy krążek. Weller zakłada później Style Council – zespół, z którym odwiedza nawet Polskę.
*
Jeśli w 2014 roku wrzucam do szufladki This Is The Modern World (1977), drugą pozycję w dyskografii grupy, której dorobku wcześniej nie dane mi było systematycznie konsumować, ucho wystawione jest na niemal dziewicze doznania, zaś nagrania na bezlitosną z perspektywy czasu ocenę. Tymczasem ta muzyka broni się znakomicie, brzmi świeżo i porywa chyba nie mniej, niż w chwili pojawienia się na rynku. I sprawia, że w wolnej chwili grzebię w YT.
Ileż tych
fal powrotnych
w rocku było. Już w zasadzie o pionierach rocka i rhytm and bluesa w Wielkiej Brytanii można powiedzieć, że całymi garściami czerpali zarówno z rokendrola lat 50., jak i w ogóle z czarnej muzyki. Koniec lat 70. i punkowa rebelia to jednak już zupełnie inny kontekst: ewidentne cofnięcie się w czasie, powrót do nieskomplikowanych utworów opracowanych najczęściej na gitarę (dwie gitary), bas i perkusję. Bez The Jam czy The Clash trudno sobie wyobrazić początki U2, dorobek The Smiths i Pixies.
Z perspektywy widać więcej. I nieraz dokonujemy obserwacji zaskakujących przynajmniej dla samych siebie. W odmętach czasu ginie zdecydowana większość wytworów ludzkiego umysłu, a więc i muzyki. Na powierzchni utrzymują się za to wykonawcy i płyty, których byśmy o to nie podejrzewali. I są to niejednokrotnie bardzo
przyjemne zaskoczenia.
Tak jak w przypadku The Jam. Rokendrol już od wielu lat dopuszcza mieszanie prawie wszystkiego z prawie wszystkim. Nowa jakość tworzy się częstokroć ze starych patentów. Utwory Wellera i jego kumpli mogłyby powstać teraz, dziś – i nikt by się temu nie dziwił. Są krótkie, zwykle niespełna trzyminutowe. Proste do bólu. Znakomite.
Od czasu do czasu człowiek zaplącze się na chwilę w nieco innej rzeczywistości (to jeden z tych przyjemnych skutków zmian sprzed ćwierćwiecza). Na przykład w Szwajcarii – kraju znanym z paru rzeczy, natomiast dość słabo kojarzącym się z muzyką. Słabo jednak nie znaczy wcale.
[more]
Zacznę od tzw. akcentu. W grupie
Refugee,
powołanej do życia przez byłych kumpli Keitha Emersona z formacji The Nice, basistę Lee Jacksona i perkusistę Briana Davisona, na klawiszach grał szwajcarski multiinstumentalista Patrick Moraz (rocznik 1948). Trio wydało tylko jeden album – w 1974 roku.
W tymże 1974 roku powstała hardrockowa kapela
Krokus.
Nigdy nie stanowiła czołówki rockowo-metalowego grania, ale nie jest też nieznana. Największą popularnością cieszyła się w latach 80. w Ameryce Północnej. Supportowała m.in. AC/DC (był taki czas, gdy brzmiała jak kopia Australijczyków), Motorhead i Judas Priest. Działa do dzisiaj.
Wśród podalpejskich przedstawicieli mocniejszego grania wymienić można jeszcze Celtic Frost i Lacrimosę.
O Yello,
formacji powstałej pod koniec lat 70., zawsze ciepło wyrażał się Grzegorz Ciechowski. Produkcja produkcją, ale elektropop to zdecydowanie nie są moje klimaty, Jeśli jednak mowa o muzyce popularnej z okolic Jezior Bodeńskiego i Genewskiego, o duecie Boris Blank – Dieter Meier zapomnieć nie można. (W podobnej konwencji porusza się także The Young Gods).
Urodzony w 1953 roku Andreas Vollenweider to kolejny, po Morazie, multiinstrumentalista – przede wszystkim harfista – z krainy Wilhelma Tella. Jego muzyka definiowana jest jako world music, new age, a nawet jazz i muzyka poważna. Odnotowuję, pozostając obojętny na jej oddziaływanie.
W 1973 roku w Zurychu powstała jazzrockowa
Shivananda.
Zespół koncertował m.in. na Montreaux Jazz Festival i Jazz Festival w Le Castellet we Francji (dla osiemdziesięciu tysięcy widzów). Zniknął ze sceny na początku lat 80., mając w dorobku trzy albumy. I pewnie nigdy bym o nim nie usłyszał, gdyby nie fakt, iż pierwszy album, Cross Now (1977) nieco później ukazał się też w Polsce i mam go w swoich zbiorach. Kawał solidnego grania z wyraźnymi wpływami Weather Report.
Skoro dźwięki wydobywane z takich czy innych instrumentów przez wykonawców z serca Alp mnie nie powalają, wrócę na koniec do Patricka Moraza i jego angielskich kolegów. Powodem, dla którego Refugee nagrali tylko jedną płytę, było odejście klawiszowca do
Yes.
Gdy z tymi ostatnimi rozstał się Rick Wakeman, Anderson i spółka zaproponowali współpracę Vangelisowi. Sprawa rozbiła się jednak o pozwolenie na pracę w Wielkiej Brytanii i ostatecznie to Moraz zasilił szeregi grupy.
Jeszcze w tym samym 1974 roku powstał album Relayer. Pierwszą stronę analogowego wydawnictwa zajmowała suita Gates of Delirium, w finale której pojawia się wyjątkowej urody fragment – Soon.
Współpraca nie trwała długo. W działalności Yes nastąpiła przerwa, panowie zajęli się solowymi projektami, Moraz także. Gdy zaś rozpoczęto pracę nad Going For The One, do zespołu wrócił Wakeman.
Patrick Moraz
rozpoczął karierę solową (w 1976 roku wydał album Story of I, a rok później Out In The Sun, którego fragmenty miałem nawet nagrane na taśmie magnetofonowej). Jednocześnie też, w 1978 roku, został członkiem The Moody Blues. Na całe trzynaście lat, biorąc udział w nagraniu takich albumów, jak Long Distance Voyager (1981), The Other Side of Life (1986) czy Sur La Mer (1988).
Pochodów pierwszomajowych, do uczestnictwa w których przymuszano mnie w czasach, gdy byłem uczniem szkoły podstawowej i średniej – jak większość – nie cierpiałem. Ale za pochodami gitarowymi też szczególnie nie przepadam. Wybieram więc dziś coś z czasów słusznie minionych: muzykę rodem z imperialistycznego Zachodu, ale oswojoną bałkańskim folklorem. A ponadto wspartą internacjonalistyczną przyjaźnią, dzięki której fani rocka w Polsce mogli mieć całkiem niezłe pojęcie o tym, co piszczy w nadadriatyckiej trawie.
[more]
*
Przed laty
w radiowej Trójce
codziennie od poniedziałku do piątku (a pierwotnie nawet do soboty) nadawano od 17.05 do 17.40 Muzyczną Pocztę UKF. We wtorki swój czas miał Dariusz Michalski, prezentujący muzykę z krajów, w których władzę sprawowali ludzie o tej samej, jedynie słusznej orientacji politycznej. Lawirował między świeczką dla czynników, czyli Piesniarami czy Pajuszczijimi Gitarami, a ogarkiem dla prawdziwie spragnionych, czyli na przykład rockiem madziarskim albo jugosłowiańskim. Dostęp do księgarń przy ośrodkach kultury – węgierskiej, NRD, CSRS itd. – mieli mieszkańcy naszej stolicy. Gdzie indziej upolowanie płyt z ościennych krajów było niezmiernie trudne, płyt z Bałkanów – zupełnie niemożliwe (dziś, paradoksalnie, jest z tym jeszcze trudniej). Pozostawały więc tylko magnetofony i wspomniane audycje. To z tych ostatnich dowiadywaliśmy się o kolejnych nagraniach takich grup, jak Smak, Parni Valjak czy Atomsko Sklonište.
*
Jakże byliśmy – wśród wielu innych pragnień – spragnieni tego, by w tej części Europy grano na sposób zachodni. Gdy zaś niektórym udawało się osiągać poziom wyraźnie wyższy od przyzwoitego, byliśmy dumni. A czasem było po prostu po europejsku. Nam zazdroszczono SBB. My zazdrościliśmy Węgrom Omegi i Locomotivu GT, zaś narodom Jugosławii – przede wszystkim Bijelo Dugme.
Był w tym palec, choć niekoniecznie Opatrzności (może opaczności?), że Gorana Bregovicia –
syna Serbki i Chorwata
– wylano ze szkoły muzycznej, bo w grze na skrzypcach robił stanowczo zbyt małe postępy. Wziął się za gitarę i wkrótce założył w Sarajewie zespół, bo w ten sposób znacznie łatwiej było podrywać dziewczyny. Z tych szczytnych pobudek zrodziła się najsłynniejsza grupa rockowa na Bałkanach i jedna z najlepszych w demoludach. Początki nie były całkiem proste. Niemniej już pierwsze single sygnalizowały wielki potencjał – na jednym z nich znalazł się Kad Bi Bio Bijelo Dugme (to po jego sukcesie zespól zmienił nazwę, wcześniej zwał się Jutro), rozbudowany numer, zaszyty gdzieś pomiędzy Child in Time i July Morning Uriah Heep, a na innym Selma – pieśń o społecznym awansie dziewczyny, jej wyjeździe do większego miasta na studia, co oznaczało też koniec miłości. Ballada stała się wielkim przebojem i otwarła u progu 1974 roku drogę do – jak się wkrótce miało okazać – oszałamiającej popularności. Sam Bregović (urodzony w 1950 roku) określał styl kapeli jako rock pasterski: pomieszanie wpływów anglosaskich, z ich dominującą wtedy postacią –
glam – z elementami ludowymi,
folklorem Bałkanów.
Wytwórnia płytowa Jugoton osiągała zupełnie niesocjalistyczne zyski ze sprzedaży płyt Białego Guzika. Tak wielkie, że gdy lider stwierdził, że chce nagrywać w Londynie, nikt nie ośmielił mu się sprzeciwić. Padło na studio AIR, będące własnością George’a Martina, producenta nagrań Beatlesów. To w czasie pierwszej bytności BD w stolicy Wielkiej Brytanii odsłuchiwano premierowo tuż obok Bohemian Rhapsody, a przy okazji kolejnych sesji członkowie zespołu mijali się z Brianem Ferrym czy dokonującym swych ostatnich nagrań Markiem Bolanem. Bregović wspomina: „Z gwiazdami dość szybko nawiązywaliśmy kontakt, bo choć niektóre z nich miały włosy ufarbowane na fioletowo, to kiedy się wspólnie sika, pękają wszelkie bariery”. W Londynie nagrano ostatecznie trzy krążki.
*
Szczyt artystycznych możliwości kapela osiągnęła w 1979 roku – album
Bitanga i princeza (Włóczęga i księżniczka)
powszechnie uznawany jest za najlepszy w jej dorobku. W 1984 roku odszedł wokalista Željko Bebek, a zespół coraz bardziej oddalał się od swoich rockowych korzeni. A w nich szczególnych wpływów upatrywałbym nie tyle we wspomnianym wyżej glam rocku, co – po prostu – w Deep Purple i Rainbow. Ale lata 80. były bardzo trudne dla tych, co zaczynali w poprzedniej dekadzie. Z formułą BD było podobnie – także ulegała wyczerpaniu. Gitarowe, mocne granie ustępowało pola coraz bardziej jałowym pomysłom syntezatorowym, tak charakterystycznym dla tamtego okresu w muzyce.
Wiatr historii, który coraz mocniej wiał w tej części Europy, do szczególnie dramatycznych wydarzeń doprowadził na Bałkanach właśnie. Bregović w 1989 roku rozwiązał ostatecznie zespół, trudno dociec, na ile z twórczej niemocy, a na ile z przeczucia tego, co zaraz miało nastąpić. Sam będący człowiekiem, w którego żyłach płynie krew dwóch zwaśnionych narodów, miał szczególnie mocną świadomość, że Bijelo Dugme było
symbolem jedności Jugosławii,
że muzyka grupy była ponad podziały, jednoczyła pod sceną czy przy głośnikach młodych ludzi. Skoro jednak zupełnie inne wartości zaczęły brać górę, trudno było udawać, że gitara ma większą siłę od kałasznikowa.
Bregović rozpoczął karierę solową, już w 1990 roku wydając pierwszy album. Nawiązał współpracę z reżyserem filmowym – ale także muzykiem – Emirem Kusturicą i napisał muzykę do kilku jego filmów, z Underground (1995, Złota Palma w Cannes) na czele.
W 2005 roku doszło do ponownego zejścia się wszystkich członków zespołu na okoliczność trzech pożegnalnych koncertów: w Sarajewie, Zagrzebiu i Belgradzie. Stały się one jeszcze jednym dowodem na siłę tej muzyki, były też manifestacją niesłabnącej miłości fanów. Pozycja Bijelo Dugme w historii bałkańskiego rocka wciąż wydaje się wyjątkowa i niezagrożona.
P.S. Bez artykułów autorstwa Grzegorza Brzozowicza znajdujących się we wkładkach do dwóch wydanych w naszym kraju wyborów nagrań BD tekst niniejszy nie mógłby powstać.
1967 rok pozostanie w dziejach szarpidructwa elektrycznego rokiem wyjątkowym. Na świecie zabawa zdecydowanie się skończyła. Rokendrol przechodził w fazę dojrzałą artystycznie i zbuntowaną przeciw zastanemu porządkowi – politycznemu, społecznemu i kulturowemu. The Beatles nagrali „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, Rolling Stones aż dwa krążki – „Between The Buttons” i „Their Satanic Majestics”, Bob Dylan „John Wesley Harding”
[more]
To także w tamtym, 1967 roku Stonesi wywrócili do góry nogami myślenie polskiej młodzieży, grając w samym sercu socjalistycznego organizmu – Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki. Ale nie był to pierwszy w Polsce kontakt na żywo z anglosaską kapelą. Dwa lata wcześniej odwiedzili nas The Animals. A ci zamieszali w kotle nie tylko polskich odbiorców nowej muzyki, ale także ich twórców. Razem z Anglikami jeździli po naszym kraju
Polanie.
Pal diabli występy, ale to, co nie mniej istotne, rozgrywało się po nich, wieczorami i nocami w pokojach hotelowych. Mimo problemów językowych panowie Puławski, Wander, Nebeski i bracia Bernolakowie spędzili z Burdonem, Price’em i ich kumplami mnóstwo czasu i do reszty zwariowali na punkcie rythm and bluesa.
Gdy dwa lata później, po powrocie z wielomiesięcznego pobytu w RFN i Danii, weszli do studia, by nagrać swoją pierwszą płytę, byli zawodowcami. Nawet jeśli nie sposób nie zauważyć, że świat zrobił kolejny krok naprzód, że „tam” pojawili się tacy giganci ostrego grania jak Cream czy Hendrix, muzyka Polan robi potężne wrażenie.
Jedyny, jak się miało wkrótce okazać, longplay zawierał tylko siedem piosenek po polsku. Druga strona składała się z coverów: The Animals, Raya Charlesa, The Kinks czy Lovin’ Spoonful. Jeśli dorzucimy jeszcze małą płytkę, wydaną nieco później, zawiarającą trzy kolejne interpretacje, tym razem utworów Charlesa i The Artwoods (zespołu Arta Wooda, w którym zaczynał Jon Lord, późniejszy założyciel Deep Purple), to mamy wyraźnie określone muzyczne credo polskiego kwintetu.
Całkiem niedawno Andrzej Nebeski opowiadał, że zespół rozpadł się przez… kobiety. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni to taki przypadek. Osobiście nie mogę tego odżałować – ci faceci grali tak, że do dziś z przyjemnością w każdej sekundzie każdej piosenki można posłuchać dowolnego instrumentu. A mocny wokal Piotra Puławskiego w niczym nie ustępował głosom frontmanów wielu kapel anglosaskich.
Od połowy lat 60. działał w Rzeszowie zespół
Blackout,
na czele którego stał Tadeusz Nalepa. Śpiewał w nim Stanisław Guzek, lepiej znany potem jako Stan Borys. W 1967 roku nagrana została jedyna duża płyta kapeli. Może najmniej znacząca z czterech tutaj wymienianych, ale sygnalizująca coś, co miało się wydarzyć, w zmienionym składzie i pod nową nazwą, kilkanaście miesięcy później. Gitara lidera już wtedy zwracała uwagę, a wielkim przebojem stała się Anna. Pamiętać należy także o prostest songu Te bomby lecą na nasz dom. Osobiście mam wyjątkową słabość do pocztówkowego wspomnienia z dzieciństwa, prostego wyznania artysty rockowego – piosenki Moje srebro to głos gitary.
W 1967 roku ukazała się także debiutancka płyta
Skaldów.
Tutaj mamy do czynienia z innymi inspiracjami – głównie chodzi o The Beatles i to wcale nie o te rokendrolowe numery. Jeśli uwzględnimy fakt, że czwórka z Liverpoolu, choć mająca już za sobą nagranie Revolvera (1966), sama też dopiero wchodziła w swój najlepszy, dojrzały okres twórczy, dzieło braci Zielińskich robi jeszcze większe wrażenie. Zespół równie mocno jak z Wysp Brytyjskich czerpał z folkloru. A co stanowiło kolejny potężny atut – stronę tekstową powierzył poetom, najlepszym, co widać z perspektywy czasu, autorom, którzy zechcieli pisać dla twórców rockowych: Leszkowi Aleksandrowi Moczulskiemu, Agnieszce Osieckiej i Wojciechowi Młynarskiemu.
I wreszcie album, którego tytułowa piosenka jak żadna inna wzbudziła ogólnonarodową dyskusję i międzypokoleniowy spór. Co to za sposób przekazu, jak można tak nie tyle śpiewać, a drzeć się na całe gardło?
Czesław Niemen
nie był już debiutantem, ale Dziwny jest ten świat stanowił pierwszą w całości propozycję jego i jego zespołu, Akwareli. Propozycję bardzo dojrzałą. Tu inspiracje sięgały za ocean, do muzyki czarnych, przede wszystkim Otisa Reddinga oraz Raya Charlesa. Krążek, jako pierwszy w historii polskiej fonografii, otrzymał status „Złotej Płyty”.
Bigbit, ugrzeczniony jak jego nazwa (wymyślona przez Franciszka Walickiego), strawna – w odróżnieniu od imperialistycznego rock and rolla – dla ówczesnych czynników, powoli odchodził w przeszłość. Rola Niebiesko- i Czerwono-Czarnych z Adą Rusowicz, Wojciechem Kordą, Katarzyną Sobczyk czy Karin Stanek nieuchronnie się marginalizowała. Coraz większa część młodzieży chciała już czegoś więcej niż tylko nieskomplikowanej muzyki. Śmiała się z wielu banalnych piosenek Czerwonych Gitar, cepeliady No To Co czy kiczowatości Trubadurów. Nic dziwnego. Za chwilę do drzwi studiów nagraniowych nad Wisłą mieli zapukać Breakout i Klan. Oraz Marek Grechuta, którego utwory były może nie rockową, ale z pewnością kolejną propozycją dla wymagającego odbiorcy.
Początek i koniec kawałka On The Road Again Canned Heat stanowił sygnał wczesnoporannej audycji nadawanej w latach 60. w pierwszym programie Polskiego Radia, nie pamiętam już jakiej. Ciekawe, jak udało się w tamtym czasie użyć do tego celu utworu pochodzącego z wrogiego kraju imperialistycznego. Może ktoś wmówił decyzyjnej osobie, że to blues, czyli muzyka uciśnionych Murzynów?
[more]
Losy, jeśli chodzi o kolor skóry jej członków, białej kapeli, utworzonej w 1965 roku, są długie, poplątane i znaczone licznymi zmianami składu. Nic jednak nie może się równać z pierwszym okresem funkcjonowania, najznaczniejszym i obfitującym w znakomite
boogie-bluesowe nagrania.
Światowy rozgłos przyniosły zespołowi występy na festiwalach w Monterey (1967) i Woodstock (1969).
Grupa czerpała z klasyki gatunku, wykonując utwory M. Watersa, W. Dixona, B.B. Kinga czy E. Jamesa. W 1971 roku nagrała nawet dwupłytowy album z jednym ze swoich mistrzów – Hooker’n’Heat.
Boogie, które dziś częściej kojarzy się na przykład z łojeniem ZZ Top, może mieć zupełnie inne oblicze. On The Road Again, Going Up To TheCountry, Poor Moon czy TimeWas należą do najważniejszych i bardzo charakterystycznych utworów w repertuarze CH, a to za sprawą przede wszystkim niepowtarzalnego głosu, ale i gitary oraz harmonijki Alana „Blind Owl” Wilsona.
Tego, który w 1970 roku otworzył wrześniowo-październikową, czarną serię wśród dwudziestosiedmioletnich rockmenów (krótko po nim przenieśli się w zaświaty Jimi Hendrix i Janis Joplin). Jedna z hipotez mówi o samobójstwie – że
przedawkował świadomie,
nie potrafiąc poradzić sobie z ciągłymi depresjami.
Drugi współtwórca zespołu, wokalista i gitarzysta Robert „The Bear” Hite, zmarł na atak serca w 1981 roku, mając zaledwie trzydzieści sześć lat.
Grupa wielokrotnie zawieszała i wznawiała działalność, działa i dziś, jednak nigdy już nie cieszyła się taką popularnością, jak w pierwszych latach istnienia. Niewiele tu zmieniał fakt, iż do udziału w swych nagraniach wielokrotnie zapraszał członków zespołu, m.in. Waltera Trouta, John Mayall.
Od czego to wszystko się zaczęło? Szukam w pamięci jakiegoś konkretnego, pierwszego muzycznego obrazu, ale – jak to zwykle bywa – znajduję nie jeden, ale strzępy przynajmniej kilku.
Mam parę lat i biorę do ręki plik bardzo starych płyt, wytwarzanych z kruchego szelaku, tych na 78 obrotów. Jedna z nich spada na podłogę i tłucze się. Z niepokojem spoglądam na rodziców siedzących obok, ale mama tylko mówi: „Nic się nie stało”.
[more]
Jakaś, jedna z wielu, popołudniowa „sesja muzyczna” – uświadamiam sobie, że dopóki rock’n’roll nie zawładnął głowami i sercami moich starszych braci, zdarzało się, iż słuchaliśmy płyt całą rodziną – pamiętam jakieś pocztówki z Małymksięciem Katarzyny Sobczyk czy piosenkami Krystyny Konarskiej oraz sióstr Panas.
W drugiej połowie lat 60. pojawia się „Symfonia” – sporych rozmiarów
radioodbiornik z gramofonem
w jednej obudowie. Wyposażony był w tzw. magiczne oko – charakterystyczną lampę będącą wskaźnikiem dostrojenia do częstotliwości nadawania wyszukiwanej stacji. Posiadał otwieraną z góry pokrywę, w tylnej ścianie wycięty otwór, aby móc zmieścić na talerzu płytę długogrającą. Ponadto przełącznik obrotów: 78 (na najstarsze, łamliwe), 45 (na single i tzw. czwórki) i 33 i 1/3 obrotu na minutę na LP.
Pierwsze „epokowe” wspomnienie – to, które odmieniło życie i świadomość dwóch nastoletnich chłopaków i jednego pięcioipółletniego brzdąca. 1968 rok, styczniowa wizyta mojej znacznie starszej kuzynki z mężem. I obok urodzinowego prezentu dla mamy –
Dziwny jest ten świat,
czyli pierwsza długogrająca płyta Czesława Niemena. Nie zapomnę błysku, jaki mieli w oczach moi bracia, Grzegorz i Andrzej (ja też, choć znacznie mniej z tego rozumiałem). Tego pietyzmu i nabożnej czci, z jaką Grześ wyjął krążek z okładki, a następnie foliowego worka, i położył na talerzu. Podniósł ramię, jak to się wtedy mówiło, adaptera, odchylił je w prawo, co powodowało uruchomienie napędu talerza, i delikatnie położył igłę na „rozbiegówce” płyty.
Muzyczne drogi rodziców i nas, trójki ich synów, rozeszły się bezpowrotnie. Ta płyta to było nawet nie cięcie nożycami – to było
uderzenie topora.
Lawina ruszyła. Młodość moich braci, a moje dzieciństwo, to najwspanialszy okres w muzyce rokendrolowej. Wtedy nie mogliśmy tego wiedzieć, takie rzeczy widać dopiero z pewnego oddalenia, z perspektywy czasu, ale nikogo nie muszę przekonywać, że okres 1967-1975 zaowocował najwspanialszymi płytami rockowymi.
Drugie istotne wspomnienie – tata z Andrzejem powracający „z miasta”. Ojciec na zakupach to w ogóle był w naszym domu ewenement, ale on kupujący magnetofon, kiedy już wiedział, że pod rodzinnym dachem nie będzie rozbrzmiewać łagodna i banalna piosenka pop o tradycjach francusko-włoskich, to wydarzenie bez precedensu (bo też nigdy potem nie przyłożył ani ręki, ani portfela (poza paroma płytami-prezentami przywiezionymi ze Związku Radzieckiego), ani ucha do naszych fascynacji.
A jednak – wtedy, w późnojesienny wieczór 1970 roku – stali w drzwiach z
ZK120,
produkowanym w Polsce na licencji Grundiga. Prostym, dwuścieżkowym magnetofonem szpulowym, ale przecież pozwalającym nagrywać prezentowane w Trójce utwory zachodnich wykonawców (w tamtych czasach nikt nie mówił o takich kwestiach, jak prawa autorskie). Podniecenie Grzesia mieszało się z żalem i złością, że to nie on był obecny przy zakupie, że przecież, jako esteta i uczeń Technikum Radiowo – Telewizyjnego, wybrałby lepszy egzemplarz.
Ale po chwili było już tylko podniecenie. Pierwsze nagranie dokonane za pomocą zwykłego mikrofonu marki Tesla, który stanowił załącznik do magnetofonu. Słowa „Spóźniłem się” Andrzeja dotyczące ułamka sekundy, o który zbyt późno włączył nagrywanie, i palec na ustach Grzegorza.
Parafrazując Jerzego Pilcha: powiedzieć, że do dziś pamiętam ich płonące spojrzenia, to nic nie powiedzieć.
Pierwsza płyta. To było w kwietniu 1977 roku, mój pierwszy i ostatni zakup jako mieszkańca Tychów – Live Livin’ Blues. Miałem niespełna piętnaście lat i kiepskie pojęcie o muzyce. I zaliczone kilka lat przerwy w muzycznej edukacji wskutek zbyt długo czekającego na naprawę magnetofonu, co spowodowało, że moi starsi bracia z mniejszą niż wcześniej uwagą śledzili Trójkową ramówkę oraz płytowe nowości. A ja – przy nich – tak samo.
[more]
Dopadały mnie więc różne dziwne „pomysły”. Najwspanialszym był ten, kiedy stwierdziłem, że
Abba jest najlepszym zespołem
na świecie. Musiało to nieźle ubawić paru bardziej zaawansowanych w penetrowaniu muzyki szkolnych kolegów. Dziś, z perspektywy lat, z pobłażaniem przyglądam się sobie, ale jednocześnie utwierdzam w przekonaniu, że szwedzki kwartet był na rynku pop music zespołem wyjątkowym. To naprawdę sporo muzyki. Dużo talentu, kultury muzycznej i łatwości wymyślania ładnych piosenek. No i – znacznie powyżej przeciętnej – doznania estetyczne. Dwie bardzo niebrzydkie kobiety i dwóch sympatycznych facetów. Ale nie o Abbie miało być.
Kupując swą pierwszą płytę nie wiedziałem nawet, że jest to
grupa holenderska.
Coś mi dzwoniło, nazwa gdzieś obiła się o uszy, ale nic ponadto. Strzał był jednak celny. Livin’ Blues, w tamtych czasach dobrzy znajomi Budki Suflera, częstego gościa w kraju tulipanów, byli współtwórcami tego, co w holenderskim rocku najlepsze – należeli do grona kapel nieustępujących poziomem grupom anglosaskim. Focus, Ekseption były dobrze znane słuchaczom Trójki. LB byli bardziej mainstreamowi, bluesowo-rockowi, ale było to również bardzo porządne granie, które – jak dziś widać – dobrze sobie radzi z upływem czasu. Wokal, gitara (Ted Oberg, lider grupy), bas i perkusja – czterech facetów, którzy mieli należyte pojęcie o tym, jak powinien wyglądać rokendrol obficie czerpiący z bluesa.
Live to była polska, późniejsza o dwa lata reedycja holenderskiego wydania. Siedem świetnie zagranych numerów, w tym klasyk Williego Dixona Hoochie Coochie Man i chwytliwy Crazy Joe.
Parę tygodni później, w czerwcu lub lipcu 1977 roku, wraz z jednym z braci wybraliśmy się na
koncert
Livin’ Blues, który odbył się w bardzo dziwnym na owe czasy miejscu – na stadionie GKS-u Tychy. Scena z prowizoryczną garderobą ustawione na bieżni, kilka jako tako wypełnionych widzami sektorów. W roli supportu miał wystąpić raczkujący dopiero Exodus, ale ostatecznie pierwsza zagrała Budka Suflera, jeszcze z Cugowskim. Lublinianie wyjeżdżali wtedy wielokrotnie do Holandii i tam zaprzyjaźnili się z członkami LB. Trasa tych ostatnich po Polsce chyba nie została jakoś szczególnie zapamiętana, choć – powtarzam – był to kawał muzycznego mięcha.
Najweselsza sytuacja miała miejsce jeszcze przed występami, kiedy John Fredriksz, wokalista, podpuszczony najwyraźniej przez Suflerów, założył
fioletowe dzwony
(spodnie z mocno rozszerzonymi poniżej kolan nogawkami). Fiolet był wtedy bardzo modnym kolorem wśród mieszkańców hoteli robotniczych, zwanych na Śląsku pogardliwie wulc-hausami – pracowników kopalń, hut i innych zakładów produkcyjnych. Śmiech, jaki wzbudził swym przejściem niczym męski model po wybiegu, był pewnie spodziewaną reakcją. Oczywiście, frontman zaraz zmienił dolną część ubrania.
Dwa lata później, znów z dwudziestoczteromiesięcznym poślizgiem, Polskie Nagrania wydały kolejny krążek grupy –
Blue Breeze.
Bardziej stonowany, ale wciąż soczyście gitarowy i znamionujący w dalszym ciągu bardzo dobrą formę zespołu. Szczególną uwagę zwracały Shylina i Back Stage oraz otwierający drugą stronę utwór tytułowy.
To był 1979 rok. Po sierpniu 1980 wszystko się zmieniło, nastąpiła eksplozja rodzimego grania. Po kolejnych kilkunastu miesiącach i wprowadzeniu w grudniu 1981 stanu wojennego życie zamarło. Słuch o holenderskim zespole zaginął, z Wikipedii wiadomo tylko tyle, że Ted Oberg próbuje co jakiś czas wskrzeszać kapelę. Z jakim artystycznym skutkiem – chyba mało kto w Polsce wie.