Ptaki i anioły

cassidy_songbird

Idą święta, więc podniebny temat aniołów i ptaków jest zdecydowanie na czasie. Aniołów, a raczej anielic – bo o piękne nuty pięknie wyśpiewane przez kobiety tu chodzi.

[more]

O wybitności płyty pewniej jest orzekać po latach, gdy czas dokona już pierwszej, a może nawet drugiej i trzeciej weryfikacji ocen. Pamiętam, że Piotr Kaczkowski miał mocno mieszane uczucia i spore wątpliwości, czy poświęcić czas dwóch „Minimaksów” na nowe nagrania Fleetwood Mac, tak inne przecież od usankcjonowanych już klasyków z okresu, gdy na czele zespołu stał Peter Green: Oh Well, The Green Manalishi czy Man of The World, którymi zresztą uzupełnił półgodzinne wtedy audycje. 
O Rumours, jednej z najlepiej sprzedających się płyt w historii muzyki popularnej,  dane było mi już pisać. W superlatywach, bo materiał mimo upływu lat znakomicie się broni, co w przypadku klimatów mocno zahaczających o pop jest nieczęstym przypadkiem.
Nie mogłem też pominąć wtedy piosenki, która zamykała pierwszą stronę analogowego wydawnictwa: Songbird, w której główną partię wokalną wykonała Christine McVie. 

Ptaki śpiewają

Jakby znały nuty

A ja kocham cię, kocham cię, kocham cię

Jak nigdy wcześniej.

Życzę Ci całej miłości świata,

ale przede wszystkim życzę ci jej ode mnie.

Jak na czas rozpadania się dwóch muzycznych małżeństw w grupie, w tym tego Christine i Johna McVie   – wyznanie zaskakujące. Ale piękne w swej prostocie i wsparte równie prostą, a przecież szlachetną warstwą muzyczną. W moim osobistym rankingu to jeden z najpiękniejszych „fredżajli” w rocku, mimo iż ani instrumentacja (poza fortepianem McVie jeszcze gitara akustyczna Lindsaya Buckinghama), ani głos wokalistki nie powalają techniką. Widać, w tej materii to nie są warunki konieczne do tego, by doskonała była piosenka.

*

– Córeczko, kim będziesz, gdy dorośniesz?

– Aniołem.

Nie ma sprawiedliwości na świecie. Nie ma jej w życiu, nie ma jej w umieraniu. Jak ktoś obdarzony takim głosem jak Eva Cassidy mógł pozostawać prawie zupełnie nieznany – i jak mógł umrzeć w wieku zaledwie trzydziestu trzech lat, kiedy tyle jeszcze jest do zrobienia, tyle piosenek do zaśpiewania, płyt do nagrania?

Eva Cassidy zmarła na raka 2 listopada 1996 roku, a albumy z jej nagraniami zaczęły ukazywać się dopiero po śmierci. W 1998 roku wydano kompilacyjny materiał zatytułowany Songbird właśnie. I może także przeszedłby bez większego echa, gdyby nie Terry Wogan z BBC Radio 2, który sprawił, że trzy lata później cała płyta oraz cover Fields of Gold Stinga znalazły się na pierwszych miejscach brytyjskich, a później także innych notowań.

Cassidy do dziś nie osiągnęła oszałamiającej popularności, ale jej pośmiertna sława ciągle rośnie. A wśród wielu pięknych wykonań pieśni innych autorów – Songbird, już choćby z opisanego wyżej powodu, zajmuje miejsce szczególne.

P.S. W połowie listopada ukazało się obszerne wydawnictwo – dwie płyty CD oraz jedna DVD – dokumentujące cały koncert z 3 stycznia 1996 roku w jazzowym klubie Blues Alley w Georgetown. To znacznie rozszerzona wersja krążka Live At Blues Alley z 1997 roku.

[W NaTemat: 17 grudnia 2015]

Panowie, dziewczyny zwiewają stąd!

motown

Co łączy spółkę autorską Holland – Dozier – Holland, The Birds – kapelę, w której zaczynał karierę późniejszy gitarzysta Rolling Stones, Ronnie Wood, The Who, Motörhead i Pearl Jam? Ano jeden fantastyczny numer: „Leaving Here”.

[more]

*

Nie będę udawał, że poznałem ten kawałek jako osesek, ciągnąc mleko z butelczyny, albo tylko trochę później, bawiąc się klockami gdzieś pod stołem. Nastąpiło to dopiero w 2003 roku, gdy którejś soboty zabraliśmy się z żoną od znajomych przed północą, aby zdążyć jeszcze do MM i – w ramach weekendowych okazji – nabyć świeżo wydany podwójny album Lost Dogs Pearl Jam za całe cztery dychy.To wtedy wśród bezmiaru muzyki pomieszczonej na dwóch CD pierwszy raz wyłowiłem w pewnym utworze stare, tak ukochane przeze mnie brzmienie lat 60. Dopiero potem skonstatowałem, że nic w tym dziwnego, bo pochodzi on z tamtych właśnie czasów.

Soul, rhythm & blues – swing, dęciaki, chórek, czyli jedyne w swoim rodzaju brzmienie Motown. Piosenka Leaving Here wyszła spod rąk słynnej spółki autorskiej Holland – Dozier – Holland. Pierwsze wykonanie – Eddiego Hollanda – ujrzało światło dzienne w postaci singla w grudniu 1963 roku. Co tu dużo mówić – wersja to wzorcowa, znakomita i pełna ognia.

I wkrótce dzieje się z tym kawałkiem coś idealnie wpisującego się w tamte czasy – czyli młodzi Brytyjczycy zachłystują się muzyką czarnej Ameryki. The Birds, formacja, w której zaczyna swoją karierę Ronnie Wood, późniejszy gitarzysta Rolling Stones, nagrywa ten utwór w kwietniu 1965 roku. 

W tym samym czasie The Who dokonują trzech podejść do tego numeru. Ale trzeba było długo czekać, aby odnaleźć któreś z nich na płytach zespołu. Stało się to dopiero w 1985 roku na kompilacji Who’s Missing, a następnie kompaktowej wersji Odds & Sods (1998). W 2000 roku ukazał się album BBC Sessions, na którym znalazła się wersja live. No i –  tak jak w przypadku Birds – mamy gitarowe, bezkompromisowe łojenie. Trudno się dziwić, że w stronę The Who mocno zerkali dekadę z okładem później punkowcy – ze szczególnym uwzględnieniem The Jam.

Nie zaskakuje też fakt, że wielki fan Birds, Lemmy, umieścił ten utwór na EPce England w 1977 roku, a następnie pierwszym krążku Motörhead, On Parole (1979).

W stronę brytyjskich wykonań z lat 60. zerkał też Eddie Vedder, który wprost przyznaje, że bardzo bliskie są mu losy głównego bohatera rockopery The Who Tommy (1969), że ta muzyka pozwoliła mu przetrwać trudne chwile w młodości. Nie jest więc zaskoczeniem, że utwór ten mają w swoim repertuarze Pearl Jam. Pierwszy raz znalazł się on na płycie Home Alive (1996), a siedem lat później powrócił wśród stron B singli i innych rarytasów na wspomnianym wyżej Lost Dogs. I w ten sposób dokonało się, jakże charakterystyczne, pełne rokendrolowe koło: czarni Amerykanie – Brytyjczycy – biali Amerykanie.

Moją uwagę zwróciło ponadto całkiem świeże wykonanie tego utworu przez młodziaków z Zielonej Wyspy – The Strypes.

[W NaTemat: 8 lutego 2015]

Błazen i złodziej na wieży strażniczej

jwh1

Pod pozycją numer cztery na pierwszej stronie płyty znalazł się jeden z najsłynniejszych utworów w historii muzyki rockowej – „All Along The Watchtower”, w 2004 roku sklasyfikowany przez magazyn „Rolling Stone” na czterdziestym ósmym miejscu.

[more]

*

W maju 1966 roku ukazuje się podwójny album Boba Dylana Blonde On Blonde, zawierający takie utwory jak I Want You czy Just Like A Woman. Dwa miesiące później muzyk ulega bardzo poważnemu wypadkowi motocyklowemu i milknie na długie wtedy półtora roku. 

Psychodelia

opanowuje świat, do boju ruszają Jefferson Airplane, Grateful Dead, The Doors, Velvet Underground i Pink Floyd, The Beatles nagrywają Sierżanta Pieprza, tymczasem Dylan najpierw przez długie tygodnie walczy o życie i zdrowie, a potem zamyka się w swej posiadłości w znanej skądinąd miejscowości Woodstock pod Nowym Jorkiem. Nie udziela wywiadów, unika ludzi, za to intensywnie oddaje się lekturze Biblii i Tory. Z kumplami z The Band tworzy prywatne studio nagraniowe, w którym wciąż nagrywa nowe piosenki.

Wreszcie, w ostatnich dniach 1967 roku, do sklepów trafia krążek

John Wesley Harding.

Chyba najbardziej oczekiwany – i zaskakujący – w tamtym okresie. Krytycy kolejny raz porównują artystę do proroka. W pełnym rozkwicie flower power oraz psychodelii Dylan przedstawia niezwykle oszczędnie zaaranżowany materiał rozpisany na głos i obsługiwane przez siebie gitarę akustyczną, harmonijkę oraz pianino, a ponadto gitarę basową, gitarę hawajską i bębny: dwanaście piosenek nagranych w trzy- lub czteroosobowym składzie, bliższe wiejskiej Ameryce niż czemukolwiek innemu. Pod prąd kolorowym czasom jest też czarno-biała okładka płyty, a na niej zdjęcie przypominające fotografie pionierów albo band rabusiów. 

W tym zestawie pod pozycją numer cztery na pierwszej stronie znalazł się

jeden z najsłynniejszych utworów w historii 

muzyki rockowej – All Along The Watchtower, w 2004 roku sklasyfikowany przez magazyn „Rolling Stone” na czterdziestym ósmym miejscu. Stąd musi być jakieś wyjście – mówi błazen do złodzieja. A ten drugi powiada: Między nami wielu jest takich, co sądzą, że życie to tylko żart. Lecz ty i ja mamy to już za sobą. Dość udawania, robi się późno. Album Dylana jest ostatnim z grona najistotniejszych wydawnictw w zachwycającym muzycznie 1967 roku.

Piosenka doczekała się olbrzymiej liczby coverów, ale bezdyskusyjnie najważniejszym z nich jest ten pierwszy. Ten, w którym dominującym instrumentem jest gitara elektryczna, a jej przecież nie było w pierwowzorze. Wersja pojawiła się dziesięć miesięcy później, w pażdzierniku 1968, na ostatnim albumie grupy

The Jimi Hendrix Experience

Electric Ladyland.

Bardzo wielu znaczących artystów znajduje się na liście interpretatorów tego utworu: niedawno zmarły Bobby Womack, Grateful Dead, Jan Akkerman (gitarzysta Focusa), Taj Mahal, Neil Young (sam i z Pearl Jam), U2, Dave Matthews Band, Brian Ferry, Lisa Gerrard, są nawet polskie interpretacje – Brygady Kryzys i Martyny Jakubowicz. Żadna jednak – choć nie brak wśród nich porywających – nie wniosła nic ponad te dwa pierwsze, kanoniczne, genialne wykonania.

[W NaTemat: 18 sierpnia 2014]

Bez satysfakcji

satiscaction

Riff porównywany jest do Beethovenowskiej V symfonii, może dlatego śmiałków gotowych porwać się na tę świętość nie było wielu. Tym pierwszym był jednak gigant muzyki drugiej połowy XX wieku – Otis Redding.

[more]

Wersja Rolling Stones ujrzała światło dzienne w maju 1965 roku w postaci singla, a następnie znalazła się w amerykańskiej wersji albumu Out of Our Heads wydanym pod koniec lipca.

 

Czarnoskóry Amerykanin zarejestrował swoje wykonanie już w pierwszej dekadzie lipca tamtego roku, a znalazło się ono na znakomitym krążku Otis Blue:

Otis Redding Sings Soul wydanym w połowie września 1965 roku

 

I niech to będzie zapowiedź przygotowywanego dłuższego tekstu o tym królu czarnej muzyki, moim absolutnym faworycie, jeśli chodzi o soul. Fenomenalnym wokaliście, który wraz z członkami swojego zespołu zginął w katastrofie lotniczej w grudniu 1967 roku. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia sześć lat. Niespełna pól roku wcześniej, 17 czerwca, dał znakomity występ na festiwalu w Monterey. Na koniec powiedział: „Muszę już iść, a wcale nie chcę”.

Ponieważ jednak o braku satysfakcji częściej mówi się w odniesieniu do pań niż panów – na koniec smakowity duet – PJ Harvey i Björk. Minimalistyczna wersja, tak charakterystyczna dla stylu pierwszej z wymienionych, ale i kojarząca się z dokonaniami Lou Reeda i Velvet Underground, przeradza się w coś – gdy chodzi o wokale – gwałtownego i przejmującego w finale. Wersja, z  której wypadł m.in. passus I can’t get no girl reaction, co chyba świadczy o tym, że pozostaliśmy w klimatach hetero.

[W NaTemat: 27 lipca 2014}

Dzisiaj: „Yesterday”

yesterday

1965 rok. Paul McCartney z gitarą akustyczną i smyki, za które również tak bardzo kochamy Beatlesów.

[more]

*

Czasem przychodzi ochota, by zwrócić ucho wprost w stronę przeszłości ołtarzy, pochylić się nad ikonami. Dawno nie sięgałem do cyklu „Cover to Cover” – i przy przeglądaniu notatek stwierdziłem, że pora może wrócić do tematu.

Tak się składa, że mam na myśli trzy utwory i sześcioro wykonawców z najwyższej rokendrolowej, folkowej i soulowo-rhytmandbluesowej półki. Sześcioro spośród moich najukochańszych.

Na początek Yesterday. O rany… 1965 rok, to już pół wieku, nie ma żartów. Paul McCartney z gitarą akustyczną i smyki, za które również tak bardzo kochamy Beatlesów. Rewolucja w rokendrolu, trzynaste miejsce na liście wszechczasów magazynu „Rolling Stone”. Piosenka, po którą najczęściej w historii pop music sięgali inni wykonawcy – podobno istnieje ponad trzy tysiące jej wersji.

Niewidomy od siódmego roku życia Charles (1930-2004) uznawany jest za największego spośród mistrzów czarnej muzyki. Yesterday zaśpiewał w 1967 roku, na płycie Ray Charles Invites You To Listen.

A tytułem uzupełnienia, bo pisałem o tym utworze przy innej okazji, jeszcze jeden cover czwórki z Liverpoolu – Eleanor Rigby. Pochodzący z kolejnego, wydanego rok później krążka A Portrait of Ray.

Młodzi artyści z Wielkiej Brytanii u progu lat 60. zafascynowani byli rokendrolem i bluesem – muzyką czarnych Amerykanów. Minęło zaledwie kilka lat i role czasem się odwracały.

[W NaTemat: 24 lipca 2014]

Utrwalony zapach dojrzewania

nirvana_smells1

Piątego kwietnia 2014 minęła dwudziesta rocznica śmierci Kurta Cobaina. Nie mi rozstrzygać, który zespół był tym najważniejszym w ostatniej dekadzie dwudziestego stulecia. Kandydatów jest dwóch: Nirvana i Pearl Jam. Ci, którzy śledzą moją pisaninę dłużej, wiedzą, że skłaniam się ku tej drugiej propozycji. Ale nie znaczy to bynajmniej, że wspólnego dorobku Cobaina, Novoselica i Grohla nie doceniam czy nie lubię.

[more]

Gdzie Nirvana byłaby dziś to akademickie rozważanie, w którym z pola widzenia ginie ten najważniejszy: człowiek. Bo nawet jeśli Cobain miałby problem z komponowaniem równie dobrych piosenek jak przed laty, borykałby się tym samym z problemami kogoś żywego i utalentowanego. Choćby miało się ostatecznie okazać, że ten talent nie tyle rozkwitł, co eksplodował i dość szybko zgasł (w taką wersję zdarzeń trudno mi jednak uwierzyć).

Chcąc nie chcąc, dołączam do chóru wpisujących się do wystawionej „z okazji” księgi pamięci. Ale schodząc z głównego traktu (tracku?) okolicznościowych tekstów, odwołam się do jednego z najważniejszych kawałków tria, powracając równocześnie do zarzuconego ostatnio cyklu „Cover to cover”.  Smells Like Teen Spirit otwiera najsłynniejszy album kapeli, Nevermind z 1991 roku (zarówno album z tych najważniejszych w dziejach rocka, jak i rok). 

Rok później, z akompaniamentem tylko fortepianu, zagrała ten numer Tori Amos. Cobain miał się o tej interpretacji wyrazić „dobra, śniadaniowa, lekka”. W 2005 roku swingującą wersję wykonał gwiazdor sprzed lat, Paul Anka. W 2007 sięgnęła po tę piosenkę Patti Smith.

W 2003 roku, za sprawą amerykańskiego tria The Bad Plus, utwór doczekał się jazzowego wykonania. I trudno uwolnić się od myśli, że  było ono dobrze znane Leszkowi Możdżerowi, Larsowi Danielssonowi i Zoharowi Fresco – którzy umieścili swoją wersję tego klasycznego już numeru dwa lata później na płycie The Time. 

Nie są to z pewnością covery, które przejdą do historii. Jednak riff – tak mistrzowski – to zawsze riff jest, nigdy nie zawiedzie. Nawet gdy nie ma gitary.

{W NaTemat: 21 kwietnia 2014]

Żar uczuć nie stygnie

light_my_fire

1967 rok, debiutancka płyta Doors, która ukazała się równo czterdzieści siedem lat temu i uczyniła z zespołu gwiazdę pierwszej wielkości. Całość wieńczy „The End”, natomiast na końcu pierwszej strony analogowego wydawnictwa pojawił się „Light My Fire”.

[more]

Znakomity numer napisany przez Robby’ego Kriegera, z organowym intro Raya Manzarka. Trzydzieste piąte miejsce wśród pięciuset najlepszych utworów w historii według magazynu „Rolling Stone”. Znany z kilku innych jeszcze, koncertowych wersji The Doors oraz wielu coverów, z których najsłynniejszym jest ten z 1968 roku, Josego Feliciano. Niewidomy muzyk rodem z Portoryko otrzymał rok później dwie nagrody Grammy, w tym za najlepszą piosenkę roku.

We wrześniu 1967 roku The Doors pojawili się w bardzo popularnym, realizowanym na żywo telewizyjnym programie Eda Sullivana. Prowadzący zażyczył sobie, by wers we couldn’t get much higher zamienić na we couldn’t get much better, by nie drażnić konserwatywnej części widowni. Morrison zignorował te sugestie i zaśpiewał swoje. Wściekłemu Sullivanowi, który powiedział, że zespół nigdy więcej u niego nie wystąpi, odparł, że „my przecież właśnie zrobiliśmy Ed Sullivan’ Show”.

Eliane Elias, brazylijska piosenkarka od lat mieszkająca w Nowym Jorku, nagrywała z wieloma z grona najlepszych – Herbiem Hanckockiem czy Randym Breckerem*. Nieuchronna w przypadku takich korzeni bossa nova przeplata się więc z jazzem, dając bardzo szlachetną mieszankę. Wykonanie Elias pochodzi z 2011 roku, z albumu pod tytułem… Light My Fire.

__

* Prywatnie jej mężem, kiedyś członkiem  Blood, Sweet & Tears, trębaczem, który – wspólnie z Włodkiem Pawlikiem oraz Filharmonią Kaliską – za płytę Night In Calisia – otrzymał właśnie nominację do Grammy).

(W NaTemat: 4 stycznia 2014)

Jak pocieszyć smutną Lisę?

balwan_

Proponuję pozostanie jeszcze w łagodnych klimatach. Zima, na szczęście bardzo nietęga, oraz dla niektórych czas kanikuły niekoniecznie muszą powodować wybudzanie ze snu lub drzemki.

[more]

Sięgam więc po piękną piosenkę w dwóch pięknych wykonaniach. Oryginalne pochodzi z czwartego krążka Cata Stevensa, Tea For The Tillerman (1970). Sąsiaduje na nim z takimi przebojami jak Wild World, Where Do The Children Play?, Hard Headed Woman czy Father And Son.

Pozostawmy na boku takie kwestie, jak przejście Stevensa na islam i zerwanie z showbiznesem. Albo trwający parę lat związek Faithful z Jaggerem, jej długoletnie problemy z używkami, wzloty i upadki artystyczne. Gdzieś w ostatecznym rozrachunku pozostaje tylko muzyka i uszy słuchaczy. Cała reszta buduje kontekst, rzuca światło, ale nie powinna mieć decydującego wpływu na nasze wrażenia.

[W NaTemat: 27 grudnia 2013]

Greg Lake i U2 – I Believe In Father Christmas

Okres świąt to – niestety – także czas muzycznej konfekcji. Karmienia nas przez cały grudzień z różnej maści głośników staropolskimi „Jingle Bells” albo „White Christmas”. Mam w domu kilkanaście wydawnictw z kolędami i – basta. Starczy, bo i tak zaraz uciekam w stronę tego, czego najchętniej słucham przez cały rok.

[more]

Greg Lake przed laty dał artystyczny upust niechęci do komercjalizacji świąt. Zrobił to na tyle dobrze, że jego utwór, opublikowany na [i]Works Volume 2[/i] (1977) tria Emerson, Lake & Palmer, stał się sporym przebojem i do dziś powraca, choć na szczęście rzadziej, w okolicach końca roku. Na szczęście, bo w ten sposób nie został zajechany do imentu. Mimo iż też doczekał się niejednej interpretacji.

Ponieważ przed rokiem w podobnych dekoracjach zamieściłem pierwotną wersję, dziś pozwolę sobie zaprezentować inne wykonanie, w którym Lake’a wspomaga na flecie sam Ian Anderson, lider Jethro Tull.

A z zestawu kolejnych interpretacji proponuję U2 z 2008 roku, która pojawiła się przy okazji kampanii – firmowanej przez Bono – związanej z walką z AIDS w Afryce.

[W NaTemat: 25 grudnia 2013]

Cover to Cover: Them i The Doors, Gloria

A Irlandia jest taka zielona… Przed U2 byli Thin Lizzy, a przed Thin Lizzy – Them*. Przed Jimem Morrisonem był van Morrison.

Z jednej strony decydując się spośród wielu na cover Doorsów, idę po linii najmniejszego oporu. A z drugiej – czy ten wybór trzeba jakoś szczególnie uzasadniać?!

[more]

1964 rok. Jeden z najwspanialszych singli w historii rocka: na stronie A – Baby, Please Don’t Go, na stronie B – właśnie Gloria. Jezus Maria, jeśli się zastanowić, co robili wtedy Beatles, Rolling Stones, Kinks i Who, to kawałek Them powoduje jeszcze większe dreszcze, jeszcze większe uznanie. Atak wokalny van Morrisona to ówczesna ekstraklasa, a natarcie gitar, aranżacja tego utworu, wszystko, co dzieje się w środku – to powiew rockowego geniuszu. Ten utwór nic a nic się nie zestarzał.

The Doors – pozornie – podeszli do tematu na miarę swoich czasów: podręcznikowo odegrali oryginalną wersję. Jednak jak chwilę pomyśleć – to po jakie licho jedna rockowa kapela ma majstrować przy fantastycznym numerze innej rockowej kapeli? Czy nie wystarczy, jeśli zagra go równie świetnie? Zdecydowanie wystarczy. Jak jeszcze dosypie – bagatela! – tyle mocy, psychodelii i wyuzdania.  Po prostu – znowu – geniuszu. Jednocześnie też – zamykając drogę innym chętnym, by po takich tuzach zrobić to kolejny raz w podobny sposób.

Na rejestrację płytową wersji Doorsów czekaliśmy długo, bo do 1983 roku. Wtedy ukazał się koncertowy Alive She Cried. Z taśm w paru przypadkach wydawałoby się, że nie do odratowania, w cyfrowej obróbce wyciśnięto pełen blask mistrzowskich wykonań. Gloria (zapis z próby przed występem) w tym zestawie lśni blaskiem największym…

_____

 * Z jednym istotnym zastrzeżeniem: podziału tego kraju i faktu, że dwa pierwsze wymienione zespoły wywodzą się z Dublina, a Them z Belfastu.