
Za moich czasów – powiedział profesor Ireneusz Opacki – spisy lektur były krótsze – Mickiewicz: wszystko, Słowacki: wszystko, Norwid: wszystko… – Śmiech studentów stał się zdecydowanie bardziej nerwowy. – A na koniec, przed obroną, zdawało się jeszcze egzamin z całej historii literatury polskiej.
[more]
*
– Panie profesorze, z czego będzie pan pytał na egzaminie?
Był rok 1984, bodaj maj, gdy z sali padło to pytanie. Sesja egzaminacyjna zbliżała się wielkimi krokami.Indagowany zastygł na chwilę.
– Wiem, że docent Nowak pyta z życiorysów, ja nie będę – odparł, wywołując wybuch śmiechu wśród ponad setki studentów szczelnie wypełniających salę wykładową.
– Wiecie państwo – dodał po chwili – za moich czasów spisy lektur były krótsze – Mickiewicz: wszystko, Słowacki: wszystko… – Nasz śmiech stał się zdecydowanie bardziej nerwowy. – A na koniec studiów, przed obroną, zdawało się jeszcze egzamin z całej historii literatury polskiej.
*Polonistykę na Uniwersytecie Śląskim, tę w zakresie historii i teorii literatury, budował profesor Ireneusz Opacki. Niesamowite, w królestwie Gierka i Grudnia on – człowiek z Lublina, w dodatku z KUL-u. Uczeń profesora Zgorzelskiego, bodaj największego mickiewiczologa wśród literaturoznawców.
Anna Opacka, żona i także profesor, opowiadała nam kiedyś, że gdy spotykali się wtedy, w pierwszej połowie lat 70., w gronie znajomych naukowców, ci pokpiwali sobie z ich decyzji:
– UŚ – co to za uniwersytet?!…- UJ nie lepszy!… – odcinali się żartem.
Opacki wychował liczne zastępy wiernych uczniów, późniejszych doktorów i profesorów. Nie mam wątpliwości, że w pamięci wielu – tych, którzy mieli szczęście z nim się zetknąć – pozostaje niedoścignionym mistrzem.
Na ludzi wybitnych nie natrafiamy w życiu codziennie. Tych, których spotykamy dostatecznie wcześnie, by we właściwy sposób mogli wpłynąć na nas – jeszcze mniej. To banał, że nie każdy znaczący naukowiec jest zdolnym dydaktykiem, a nie każdy utalentowany nauczyciel – wnikliwym uczonym. Opacki został przez Opatrzność lub naturę wyposażony w wiele talentów i po wielekroć je pomnożył. Jako wybitny literaturoznawca, był jednocześnie wspaniałym pedagogiem, uwielbianym przez kolejne roczniki studentów, a ponadto charyzmatycznym administratorem – w czasie gdy studiowałem, był dyrektorem Instytutu Literatury i Kultury Polskiej i miał za sobą kilka lat prorektorowania UŚ.
Z romantyzmem, w którym się specjalizował, studentom przychodziło zmagać się na drugim roku. Do spółki z oświeceniem, co powodowało, że wykłady z historii literatury mieliśmy przez cały ten czas dwa, za to tylko czterdziestopięciominutowe. Opackiego słuchało się z zapartym tchem, trzy kwadranse mijały błyskawicznie. Postawny pan w średnim wieku, ze sporą nadwagą, łączył w sobie cechy intelektualisty i sarmackiego gawędziarza. Jego wykłady miały renesansowy oddech, zaś brawura i humor, z jakimi prezentował kolejne zagadnienia, mogły tylko budzić podziw i zazdrość w adeptach sztuki nauczycielskiej.
*
Minął rok z okładem, trzeba było podjąć decyzję o wyborze seminarium magisterskiego. Z przyszłą żoną mieliśmy zbyt wiele respektu i obaw, by wybrać grupę profesora – uznaliśmy, że to nie progi dla nas. Zresztą, miejsc u niego zabrakło natychmiast.
Zajęcia, na które się zdecydowaliśmy, z pogranicza literatury i języka, raz się odbywały, raz nie. Byłem coraz bardziej przerażony i zastanawiałem się, jak wybrnąć z tej sytuacji. Na początku grudnia zacząłem intensywnie namawiać moją dziewczynę, byśmy ratowali skórę. Wreszcie ustąpiła.
Z perspektywy lat widzę, że studiując w tym martwym czasie, w latach 1982-87, po pierwszej Solidarności, kiedy wielu nauczycieli akademickich wyrzucono z pracy, a przed drugą, mieliśmy całkiem sporo szczęścia. Wśród prowadzących zajęcia, obok osób przeciętnych i zupełnie bezbarwnych, było kilka wybitnych. Co więcej, wśród koleżanek i kolegów – studentów też trafiło się kilkoro przyszłych profesorów. Moje osobiste szczęście polegało na tym, że z paroma spośród nich miałem kontakty nie tylko uczelniane. Jedną z tych osób była córka Profesorostwa, Danuta – dziś także profesor – z którą studiowaliśmy razem na roku i wspólnie uczęszczaliśmy na wiele ćwiczeń.
Opacki, co za pech, miał od paru tygodni nogę w gipsie i seminarium odbywało się u niego w domu. Nie było więc prostej drogi, by znaleźć go na uczelni i uprosić o przyjęcie do już i tak rozrośniętej nad miarę grupy.
– Danka, ratuj! – zdesperowany zaczepiłem ją pewnego dnia. – Spytaj tatę, czy nie przyjąłby nas jeszcze do swojego seminarium.
Po paru dniach przyniosła odpowiedź:- Możecie przyjść.
*
Nic piękniejszego na koniec studiów nie mogło nam się przytrafić. Z uczelni szliśmy na tramwaj, by znaleźć się po kilkunastu minutach w zupełnie innej części Sosnowca (Wydział Filologiczny UŚ mieścił się wtedy w stolicy Zagłębia, tam też mieszkało bardzo wielu pracowników naukowych, także Państwo Opaccy).
Seminarium było liczne, prawie trzydziestoosobowe. Całą tą bandą wtaczaliśmy się do domu Profesorostwa, gęsto zapełniając największy z pokojów. Żona, pani Anna, ciepła i bezpośrednia, uwijała się, by czymś nas ugościć: gorącą herbatą i jakimiś ciasteczkami.Profesor był u siebie i nie zaprzątał sobie głowy szczegółami. Z nogą w gipsie, w pasiastej piżamie, leżał na wersalce. Obok, na kuchennym taborecie, miał zawsze paczkę marlboro, zapalniczkę i popielniczkę. Tak wyposażony czekał, aż usiądziemy i zapanuje cisza.
Najpierw ktoś wyznaczony referował fragment swojej pracy, potem dyskutowaliśmy na ten temat. Tak mijało półtorej godziny – i w uczelnianych warunkach zajęcia dobiegłyby końca. Ale nie tam, w domu. Prawdziwe uczty wtedy dopiero się zaczynały. Opacki uchylał drzwi do swojego świata, porywająco i barwie opowiadając o wszystkim: literaturze, tzw. dawnych czasach albo o aktualnych sprawach uczelni, na przykład o przygotowaniach do reaktywacji Wydziału Radia i Telewizji (którego został potem dziekanem). Cały czas miał na uwadze dobro zarówno całego uniwersytetu, jak i samej polonistyki, z troską pochylał się nad ludźmi: swoimi wychowankami wśród kadry naukowej i studentami. Był zbyt wielki, zbyt wybitny, by odczuwać niepokój czy zazdrość wobec sukcesów innych. Było zupełnie odwrotnie: raczej serdecznie kibicował i motywował.
Kiedyś jeden z kolegów – seminarzystów zapytał go:- Panie profesorze, jeśli można uczynić mały zarzut: dlaczego pan tak mało pisze?
Opacki, jak to zwykle miał w zwyczaju, zastanowił się chwilę, a potem z uśmiechem odparł:- Nie wszystko, co przyjdzie człowiekowi do głowy, warte jest od razu zapisania.
*
Profesor i jego noga wydobrzeli, zajęcia przeniosły się na uczelnię, a na początku lipca 1987 roku przyszedł moment obrony. To były moje ostatnie chwile jako studenta. Nie pamiętam już, czy wszedłem na egzamin pierwszy, czy jako jeden z pierwszych. Największą nagrodę stanowiło wtedy dla mnie to, że profesor, gdy już poodhaczał w papierach, co musiał, przeniósł wzrok na mnie i z – chyba nieudawanym – zainteresowaniem zaczął słuchać tego, co miałem do powiedzenia.
A potem wyszedłem z sali i powoli zaczęło do mnie docierać, że w tych murach, w tej uczelni już nikt niczego ode mnie nie chce. Radość natychmiast pomieszała się z żalem, że to już koniec. I pewnie z niepokojem, co też mnie czeka w przyszłości.
*
Zdecydowanie bardziej uprawnieni do tego, by wspominać i opisywać postać Opackiego, byli i są ci, którzy wyszli spod jego skrzydeł i pozostali blisko literatury. Oni, akademicy, znacznie więcej mogliby o nim powiedzieć. Ale jednego jestem pewien: dzięki tym paru niezwykłym ludziom, z którymi jako student miałem okazję się zetknąć, dzięki przede wszystkim profesorowi, moje studia miały taki właśnie smak. A potęga smaku, jak wiadomo, jest wielka.
Profesor Ireneusz Opacki zmarł w 2005 roku. Miał niecałe siedemdziesiąt dwa lata i mógł jeszcze wiele dobrego uczynić.
Ostatni raz widziałem go w GCK-u, dzisiejszym Centrum Kultury im. Krystyny Bochenek w Katowicach. Był to albo koniec lat 90., albo początek obecnego stulecia. Brał udział w dyskusji – co dokładnie było jej treścią, już nie pamiętam, coś o literaturze polskiej i chyba, szerzej, słowiańskiej. W gronie dyskutantów znaleźli się wtedy także profesorowie Tadeusz Sławek i Aleksander Nawarecki. Czyli ci, których – obok Opackiego – zaliczam do trójcy świętej swoich nauczycieli. Ale to już temat na inną opowieść.
*
P.S. 2 czerwca 2017 zmarła profesor Anna Opacka. O swoim mężu zawsze wyrażała się per Opacki – mieszając w sobie tylko właściwy sposób szacunek i podziw jednego naukowca dla drugiego z nutą dobrotliwej ironii właściwą małżonkom o poważnym już stażu. Była wymagająca, ale ciepła i serdeczna. Oraz bezpośrednia: do studentów częściej niż w powszechnie przyjętej formie „pani/pan” – zwracała się na ty. Co tylko dowodziło, że w relacjach międzyludzkich pewne osoby mogą pozwolić sobie na gesty, których większości zdecydowanie nie wolno i nie wypada robić. Bo gdy Pani profesor zapamiętywała nasze imiona, czuliśmy się po prostu wyróżnieni.
[W NaTemat: 21 czerwca 2017]