Słów – które nie ranią, spojrzeń – które leczą, obecności – zupełnie niecodziennej. Nieobecności nie do zapomnienia. Świątecznych serc.
[more]
*
Rodzinna wigilia, choć to i tak niepełny jeszcze skład – jedenaście osób, które miały zasiąść przy stole, wśród nich goście – brat z rodziną. Mającą dojechać dwoma samochodami, z których jeden stał już pod domem, czekaliśmy tylko na troje spóźnialskich. Potrawy – nigdy nie liczyliśmy, czy jest ich dwanaście, więcej albo mniej – były już przygotowane lub finiszowały w garnkach na gazie lub w szklanych miskach w piekarniku.
Rozległ się – drugi w odstępie kilkunastu minut – dzwonek do drzwi, więc poszedłem otworzyć. Zanim przekręciłem zamek, nacisnąłem przycisk elektromagnesu otwierającego furtkę. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast spodziewanych biesiadników ujrzałem w ciemności nieznaną męską postać. Która w dodatku skorzystała już z faktu, że furtka została otwarta i zmierzała teraz po kilku schodach w stronę drzwi i mnie w progu.
– Dobry wieczór – usłyszałem niepewne pozdrowienie, natrafiłem na równie niepewne spojrzenie i pełne napięcia oczekiwanie. Mężczyzna był w nieokreślonym wieku, zaniedbany, zarośnięty, ubrany w jakieś nieforemne i dalekie od stanu względnej czystości łachmany. Nie wyczułem alkoholu ani też natarczywości, raczej wyczekiwanie naznaczone niepewnością, ale i – tak – nadzieją.
Więc to dla ciebie ma być to wolne nakrycie? – pomyślałem. Obok mnie stanęła żona i z niepokojem spojrzała na przybysza wciąż stojącego w progu, a potem przeniosła wzrok na mnie. Uchylone drzwi powodowały, że do środka wpadało zimne powietrze.
– Proszę… – jakoś tak bezwiednie, jakby poza sobą, swoją wolą i rozumem podjąłem decyzję i, ku przerażeniu połowicy, cofnąłem się o krok, by facet mógł wejść do środka. Zrobił to, choć raczej nieśmiało i wciąż wyczekując, co będzie dalej. W przedpokoju znaleźli się już wszyscy domownicy i część gości, też jakby ze zdziwieniem pomieszanym z przerażeniem patrząc na całą sytuację. W tej martwej ciszy, którą przecinało tylko posapywanie potraw w kuchni, nie zdobyłem się na jakieś pytanie czy próbę szybkiego spławienia intruza.
– Niech pan zdejmie buty i proszę za mną.
Poprowadziłem go do piwnicy, gdzie mamy drugą kabinę prysznicową. Szybko wziąłem z półki wielki worek, do którego postanowiłem wrzucić jego nieświeże i – kto wie? – może zarobaczone czy zawszone ubranie.
– Proszę się rozebrać, ciuchy wrzucić do worka. Tu jest mydło, zaraz dam ręcznik. Proszę się umyć, a ja tymczasem przygotuję coś do ubrania.
Moja postura i waga lekkopółśmieszna sprawiała, że niewiele moglem mu zaoferować. Garderoba moich synów, rosłych chłopów, bardziej nadawała się do takich celów. Szybko wyciągnąłem z szaf bieliznę, jakieś stare dżinsy, koszulę i polarową, rozpinaną bluzę. No i kapcie.
Brnąłem dalej w całą tę sytuację, pewnie miałbym zdecydowanie większe opory i obawy, ale prócz mnie w domu było jeszcze sześciu mężczyzn (reszta gości zdążyła tymczasem dotrzeć), w tym czterech młodych i krzepkich. Ale i tak trudno mi było uwolnić się od myśli, co też zrobi ten mężczyzna, czy jest sam, a może ciągnie za sobą jakieś towarzystwo, czy nie jest bandytą, czy nie przyjdzie mu do głowy przyłożenie komuś noża do gardła albo czegoś innego nieprzewidywalnego. Ogarnąłem wzrokiem pralnię i kabinę, wziąłem do ręki wór i wystawiłem go przed domem. Umyłem ręce i poprowadziłem przybysza do stołu.
Do posiłku zasiedliśmy dobre trzy kwadranse później, niż planowaliśmy, w zwarzonej atmosferze i milczeniu. Zapaliliśmy świece, wysłuchaliśmy czytanego przez jednego z synów stosownego fragmentu ewangelii św. Łukasza, pomodliliśmy się i przyszedł czas składania życzeń. Żona wzięła do ręki talerzyk z opłatkami, każdy wziął jeden i przyszedł moment składania sobie życzeń. Zamiast do żony, zwróciłem się najpierw w stronę niespodziewanego gościa. Nie wiedziałem, co powiedzieć i co zrobić, jakie wykonać gesty. Czułem, jak krew burzy mi się w żyłach i rosną emocje.
– Wszystkiego dobrego, spokojnych świąt – wydukałem.
– Nawzajem.
Wyciągnąłem rękę. Co robić? Drugą dłonią dotknąć jego ramienia? Całować go przecież nie będę. Przytulić „na misia”? Przez głowę przemknęła mi myśl, że zapomniałem dać mu przybory do golenia, a zarost miał chyba tygodniowy. Nadal prowadzony jakąś niewidzialną ręką, wykonałem gest przytulenia, wprawiając w osłupienie resztę rodziny. Zaraz nasze policzki nieuchronnie się zetkną.
Obudziłem się zlany potem, serce waliło jak oszalałe. Szczęśliwie panująca wokół ciemność niemal natychmiast zaczęła przynosić ukojenie: jak dobrze, to tylko senny koszmar! Ale i tak długo jeszcze się wierciłem, zanim udało mi się powtórnie zasnąć. Tak to jest: wiesz, że przyjdzie posiedzieć dłużej w noc – noc wigilijną – przy stole i chciałbyś być w dobrej formie i wyspany, a tymczasem los i senne zwidy płatają ci przykrego figla.
*
Grudniowy wieczór dwudziestego czwartego grudnia ma to do siebie, że zapada bardzo szybko. Umówiliśmy się z bratem i jego rodziną na szesnastą, tak by pół godziny później zasiąść do stołu. Było dziesięć po czwartej, gdy rozległ się dzwonek. Pełna iluminacja w domu nie pozostawiała żadnej wątpliwości co do obecności domowników – przed nikim nie dałoby się jej ukryć. A jednak – nie wiem czemu – zawołałem do synów:
– Chłopaki, spójrzcie dyskretnie przez okno, kto dzwoni.