
Pan Marek sprawia wrażenie, jakby nie do końca ważne było dla niego to, że gra dla ludzi. Gra przede wszystkim dla siebie, nie przejmując się czymś takim jak operowanie nastrojami lub budowanie dramaturgii występu i dbałość o jego tempo.
[more]
*
Tauron Arena w Krakowie wypełniła się wczoraj po brzegi, a pełna hala zawsze cieszy oko i robi imponujące wrażenie. Ale też powszechnie wiadomo, że muzyka Dire Straits oraz solowe dokonania Marka Knopflera mają w Polsce wielkie rzesze wyznawców. Co prawda coraz bardziej zaawansowanych w latach, ale taka to już nieuchronna kolej rzeczy.
Zaczęło się punktualnie – chwilę po 20.00 zgasły światła i muzyka z taśmy płynnie przeszła w tę dobiegającą ze sceny. Broken Bones zabrzmiało jednak licho, dźwięk był fatalny – i dopadły mnie
złe wspomnienia
ze Stadionu Narodowego i występu Paula McCartneya. Byłem tym niemile zaskoczony, bo przecież siedziałem na wprost sceny, a więc lepiej niż kilka miesięcy temu podczas koncertu Eltona Johna – wtedy ludzi było zdecydowanie mniej, a dźwięk bez zarzutu. W drugim Come Beef City wszystko się powtórzyło, więc mój niepokój tylko wzrósł. A przecież, po Lynyrd Skynyrd, ZZ Top i rewelacyjnym Santanie jechałem do Krakowa na swój najważniejszy koncert w tym roku. Wiosen mam za sobą trochę i w ostatnich paru latach czuję, że snuje JJ Cale’a, Erica Claptona czy gwiazdy wczorajszego koncertu zdecydowanie mocniej do mnie trafiają. W trzecim numerze – Privateering – Knopfler zamienił gitarę elektryczną na akustyczną i stał się cud – jakość tego, co dobiegało z głośników, wyraźnie się poprawiła. Bodaj od piątego numeru wszystko wreszcie było w najlepszym porządku.
Tyle że do mnie wróciły „alchemiczne” demony. Za tym słynnym koncertowym wydawnictwem nigdy nie przepadałem. Nawrócić się próbowałem wielokrotnie, ale za każdym razem dyskwalifikujące było dla mnie to, że już na samym wstępie, w otwierającym występ Once Upon a Time In the West, zamiast mocnego wprowadzenia słuchaczy w koncert, zaczyna się przynudzanie. I tego, niestety, nie zabrakło także wczoraj. Pan Marek sprawia wrażenie, jakby nie do końca ważne było dla niego to, że gra dla ludzi. Gra przede wszystkim
dla siebie,
nie przejmując się czymś takim jak operowanie nastrojami lub budowanie dramaturgii występu i dbałość o jego tempo.
Nigdy nie uciekał w mainstreamowe klimaty bluesowo-rokendrolowe, w mocne molowe czy durowe solówki na wzór Hendriksa czy wspomnianego już Claptona, nigdy nie interesował go taki lub inny sprint po gryfie. Toteż szczególnie czekałem na to, za co kocham MK niezmiennie bardzo mocno: za mistrzostwo w wymyślaniu melodii (kłaniają się Peter Green i JJ Cale) i tak naprawdę najbardziej uszczęśliwiały mnie te momenty, w których serwował właśnie takie pieśni, w wersjach bardzo nieodległych od studyjnych, ale nie było tego wczoraj wiele.
Jeśli nie otrzymuję zapierających dech w piersiach solówek, niekoniecznie mam ochotę na to, co lider ansamblu lubi chyba najbardziej: pobrzdękiwanie w irlandzkim stylu – te sola muzyków towarzyszących niespecjalnie mnie przekonały, może lepiej sprawdziłyby się w niewielkim klubie, gdzie scenę mielibyśmy na wyciągnięcie ręki, ale w wielkiej hali powodowało to jedynie, że koncert tracił
tempo,
stanowczo zbyt szybko umykał wspaniały nastrój zbudowany w kilku momentach (najczęściej chodzi tu o kawałki DS). Rozgrzało publiczność wykonanie Romeo and Juliet (ukochany numer mojej żony), w którym drażnił jednak dość banalnie brzmiący saksofon. Zaraz potem byli Sułtani, lecz znowu – choć do gry lidera nie można się w żadnym wypadku przyczepić, zabrakło wyrazistej gitary rytmicznej, co w tak znakomitym, dynamicznym przecież kawałku nie powinno mieć miejsca.
I w ten sposób, ledwie udało się rozruszać widownię, zagrać jeden czy drugi utwór w bardziej skondensowanej formie, to zaraz potem emocje opadały i gubiliśmy się w niespecjalnie wyrafinowanych przypisach do zasadniczych tematów. Dopiero Telegraph Road na koniec części głównej, dostatecznie długi i bliski studyjnej wersji, spowodował prawdziwą
eksplozję
wśród publiczności – ta siedząca na płycie ruszyła pod scenę. To był porywający moment: owacjom nie było końca – dawno nie słyszałem, by polska publiczność tak uparcie i głośno, bardzo głośno, domagała się bisów. Nic więc dziwnego, że panowie po paru minutach wrócili, by zagrać Brothers In Arms. Od zawsze niezrozumiała jest dla mnie wyjątkowa atencja, jaką moi rodacy darzą właśnie tę pozycję z dyskografii DS, odczytuję to raczej jako wyraz uwielbienia dla całego dorobku, który – jeśli pominąć On Every Street – kończy się właśnie na tej pieśni.
Co tu dużo mówić, zabrzmiała pięknie, choć jeszcze piękniej piosenka otwierajaca tamtą płytę, So Far Away. A na ostatni bis otrzymaliśmy Going Home: Theme From The Local Hero, co skojarzyło mi się trochę z równie błahą muzycznie piosenką Eltona Johna z „Króla Lwa”. Ale i tak zwartość bisów była wreszcie tym, na co czekałem.
Najbardziej jednak zabrakło mi w całym zestawie tych urzekająco pięknych melodii, których Knopfler także w solowym dorobku ma mnóstwo, a na które nie znalazł miejsca nie tylko wczoraj, ale – jak spojrzeć na koncertowe setlisty – często podczas całej tej trasy. Mam na myśli piosenki w rodzaju Mighty Man czy The Fish And The Bird, a gdy mowa o DS – Why Worry albo Across The River. Ale cóż, takie już prawo artysty, by grać to, co sam uważa za stosowne, a nie dogadzać takim czy innym gustom i guścikom.
Mam niedosyt po tym koncercie, mimo iż trwającym bite dwie godziny. Niedosyt tym większy, że dopiero co widziałem w akcji Carlosa Santanę, któremu ognia i żywiołowości nie brakowało ani przez moment, a o tym, żeby napięcie na widowni opadało, nie było w ogóle mowy. Zdaję sobie sprawę, że stawianie obok siebie latynoskich upałów i celtyckich chłodów nie do końca jest uzasadnione. Porównywanie głębi doznań już jednak tak, tym bardziej że były to moje pierwsze spotkania z obu artystami. Piękna w Dolinie Charlotty miałem cały Bałtyk, a w Krakowie jego poziom stanowił najczęściej zaledwie średni stan Wisły. Pozostaje mi więc czym prędzej powrócić do płyt studyjnych – i ich wielkiego bogactwa.
(Mark Knopfler, Tauron Arena Kraków, 13 lipca 2015)
[W NaTemat: 14 lipca 2015]