
Każdy, kto miał choć mgliste pojęcie o ówczesnych zakrętach losu Riedla, domyśliłby się, o co chodzi. Lecz przecież jednocześnie fan broni się przed podobnymi scenariuszami jak długo się da, nie dopuszcza takiej myśli do siebie. Zderzenie z prawdą, okrutną, bezlitosną, musi jednak w końcu nastąpić. I nastąpiło. W najbliższych wysłuchanych wiadomościach.
[more]
*
30 lipca 1994 roku. Spędzaliśmy czas wolny od pracy całą czteroosobową rodziną w górach, żona, ja i dwaj trzyletni synowie. Ci, co mają dzieci, wiedzą, że w takich okolicznościach trudno mówić o urlopie. Nawet największa rodzicielska miłość nie zwalnia z obowiązku posiadania oczu dookoła głowy. Korzystanie z mediów – wtedy (i dziś) najczęściej z radia – nie było łatwe.
Gdzieś chyba około południa udało się to jednak zrobić. Trójka okropnie wówczas dołowała, natomiast okres świetności przeżywał RMF pod wodzą Piotra Metza. O, Dżem! – ucieszyłem się, słysząc swoją ukochaną kapelę. Po pierwszym utworze nastąpił jednak drugi, potem trzeci i kolejny.
Każdy, kto miał wtedy choć mgliste pojęcie o zakrętach losu zespołu i jego frontmana, domyśliłby się, o co chodzi. Lecz przecież jednocześnie człowiek broni się przed podobnymi scenariuszami jak długo się da, nie dopuszcza takiej myśli do siebie, rozpaczliwie – w tym przypadku jako fan – szuka innego wytłumaczenia. Zderzenie z prawdą, okrutną, bezlitosną, musi jednak w końcu nastąpić. I nastąpiło. W najbliższych wysłuchanych wiadomościach.
Ryszarda Riedla, Dżem, widziałem wielokrotnie w akcji. Najczęściej w katowickim Spodku – między innymi przy okazji kolejnych edycji festiwalu Rawa Blues czy koncertów urodzinowych. To była wielka radość: patrzeć, jak zespół rośnie w siłę. Z niezłego staje się dobrym, z dobrego – znakomitym. Jak dojrzewa, tworząc kolejne świetne numery, jak fantastycznie wykonuje je na żywo. Nawet zaledwie dwudziestominutowy set na koniec jednej z Raw, w którym zagrali kawałki z przygotowanego dopiero do wydania Detoksu, robił piorunujące wrażenie.
Zaliczam się do grona wielkich wyznawców całego dorobku formacji. Tego z Riedlem, jak i późniejszego. Dżem bez RR, a potem także i bez Pawła Bergera, jest nadal Dżemem. Czy bracia Beno i Adam Otrębowie, Jerzy Styczyński i Zbigniew Szczerbiński wraz z Maciejem Balcarem oraz Januszem Borzuckim mogliby składać hołd pamięci swym zmarłym kolegom w lepszy sposób, niż to właśnie czynią – czyli grając dalej, dochowując wierności zarówno samym sobie, jak i Im?
[W NaTemat: 30 lipca 2014]