Zmarł Johnny Winter

johny_winter

Niebiańska elektrownia od środy 16 lipca 2014 znów musiała zwiększyć swoją moc – tego dnia listę obecności w zaświatach podpisał jeden z najważniejszych muzyków teksańskich – gitarzysta, wokalista, kompozytor i producent Johnny Winter. Jak się ktoś rodzi w takim miejscu, to nic, nawet albinizm, nie jest w stanie uchronić przed rokendrolem, bluesem czy boogie.

[more]

Winter urodził się w 1944 roku, od czternastego roku życia grał – sam lub z bratem pianistą – w różnych składach, jednak bez większego powodzenia. W 1962 roku wylądował w Chicago, ale nawet spotkania z bluesowymi mistrzami, w tym z Muddym Watersem, nie odmieniły jego losu. Dopiero w 1968 roku „Rolling Stone” zwrócił uwagę na 

gitarzystę o niespotykanym wyglądzie

i fantastycznej technice, co doprowadziło do podpisania kontraktu z Columbią. Ukazały się pierwsze jego płyty, wystąpił też na słynnym festiwalu Woodstock w 1969 roku – ostatniej doby, tuż po północy, po The Band, a przed Blood, Sweat & Tears.

Upatrywano w nim konkurenta Hendriksa, zaś po śmierci tego ostatniego – jego następcę. Wybitny gitarzysta nie był jednak aż tak zdolnym kompozytorem, takim poszukiwaczem i eksperymentatorem, by spełnić te największe nadzieje. Longplaye nie cieszyły się spodziewanym powodzeniem. Winter wpadł w depresję, uzależnił się od heroiny i na długie trzy lata zniknął.

Wrócił w 1973 roku albumem o znaczącym tytule Still Alive And Well, który doszedł do dwudziestego drugiego miejsca w amerykańskich notowaniach, co jest najlepszym wynikiem w całej jego dyskografii.

1977 rok okazał się 

powrotem do korzeni, 

wcześniej w repertuarze miał i hałaśliwe wersje przebojów m.in. Berry’ego czy Jerry’ego Lee Lewisa, i proste kawałki z okolic soulu czy country. Teraz nagrał album Nothin’ But The Blues, a przede wszystkim nawiązał współpracę z Muddym Watersem, któremu właśnie skończył się wieloletni kontrakt z Chess Records. W kolejnych czterech latach Winter wyprodukował cztery albumy mistrza, trzy studyjne i koncertowy, z których trzy otrzymały Grammy.

*

W bodaj 1986 roku Tonpress wydał, z rocznym poślizgiem, album Serious Business. W ten sposób Johnny Winter znalazł się w gronie – niezbyt licznym – zachodnich wykonawców, których płyty ukazały się 

w naszym kraju.

Krążek, co nie było oczywistością, został ładnie wydany i starannie wytłoczony – i bez zarzutu radzi sobie i dziś położony na talerz gramofonu.

Z tzw. polskich akcentów należy zaznaczyć także występy gitarzysty m.in. w Łodzi i Toruniu. Wpływ jego muzyki na rodzimych bluesmanów najbardziej widoczny jest w dokonaniach wrocławskiego tria Easy Rider.

*

W ostatnich dwudziestu latach Winter rzadziej wchodził do studiów nagraniowych, ale ciągle koncertował. Brał udział w Crossroads Guitar Festival, grał z wieloma innymi uznanymi muzykami. Dwa dni przed śmiercią w Zurychu dał ostatni koncert – w Austrii. Nie doczekał wydania swojej 

nowej płyty,

Step Back, której premierę wyznaczono na 2 września. Wśród gości są znakomite nazwiska: Eric Clapton, Dr. John, Billy Gibbons, Joe Perry, Ben Harper, Leslie West. Śmierć artysty jest świetną reklamą, więc kto wie, czy nie będzie to największy sukces komercyjny Johnny’ego Wintera.

Tam, po drugiej stronie, pewnie wielu ucieszyło się na jego widok. Tutaj natomiast zrobiło się ciszej i smutniej.

[W NaTemat: 19 lipca 2014]

Dodaj komentarz