
Działanie ma krótkie, chwilowe, doraźne bardzo. Ale jednak – ma. Nic tak nie działa kojąco na neurotyka, na jego stany lękowe, dołujące do dołu samego, czarnoświatowe i bezprzyszłościowe, jak pojawienie się w jego pobliżu innego neurotyka. Równie, a może nawet bardziej – trudno dociec – zdołowanego, pikującego gębą na dno bezdenne. Na pewno jednak – upodlonego inaczej.
[more]
Jakąż pociechę on niesie temu pierwszemu, całe sto pociech bez mała! Jeśli nawet jest to stan przejściowy, krótkotrwały, jest faktem niezaprzeczalnym, wręcz, by użyć słów klasyka, autentycznym. Świat na trochę choć otwiera swe podwoje, słońce okiem mruga, wprost żyć się zachciewa, powietrza całe pięć litrów w płuca nabrać, nachlać się nim ile wlezie. A nawet, wstyd przyznać, z radości – bo tak chyba ten stan zwą prostaczkowie – niemal krzyczeć.
Ale neurotyk zaraz potem w nową konfuzję wpada. Myśli bowiem tak: nic tak rodaka nie wprawia w dobry nastrój, jak świadomość, że drugiemu dzieje się gorzej. Że sąsiad stracił pracę. Sąsiadkę właśnie rzucił kochanek. Szwagier dziesiąty rok jeździ tym samym autem, a kumplowi z roboty pękł w mieszkaniu grzejnik i ma zalane świeżo wymienione panele podłogowe.
A przecież ja – myśli dalej – nie jestem taki. Nie jestem taki jak wszyscy. Ci, co jedną są rodziną. Ja jestem lepszy, cierpię mocniej, dotkliwiej. Moje duchowe upodlenie niedostępne jest nikomu, żadnemu innemu szorowaczowi bruków rodzimych.
I znowu jest, jak mu Pan Bóg albo Belzebub przykazał, przykładnym całkiem lub prawie całkiem. Neurotykiem. A innym nic do tego, że, k***a, polskim.
[W NaTemat: 7 listopada 2013]