Następny do raju – nie tylko o Lou Reedzie

lou_reed_nyc

Brian Eno powiedział kiedyś, że co prawda pierwszy krążek Velvet Underground sprzedawał się kiepsko, ale ci, co wykupili trzydziestotysięczny nakład albumu, założyli potem trzydzieści tysięcy zespołów.

[more]

Alvin-Lee. Marek Jackowski, Ray Manzarek, JJ-Cale i teraz, 27 października, Lou Reed. Strach myśleć, kto następny. Gdy zatrzaskują się kolejne drzwi, gdy pojawia się kolejna druga data, fanów ściska gdzieś w środku. Ogarnia wzruszenie. Dopada bolesna refleksja, że ze strony tych artystów nic nowego już do nas nie dotrze. I że może pora przystanąć, przestać kręcić nosem nad jedną czy drugą płytą, a uświadomić sobie, jak wielki dorobek stoi za tymi ludźmi. Nie takimi jak większość. Wyjątkowymi.

Reed urodził się w 1942 roku w Nowym Jorku, od połowy lat 50. grał z różnymi zespołami rokendrolowymi. Studiował filmoznawstwo i teatrologię. W 1964 roku, wraz z Johnem Cale’em, założył Velvet Underground. Nieco później patronat nad tym zespołem objął Andy Warhol (to jego autorstwa jest słynny banan na okładce pierwszej płyty grupy). W latach 1966-67 w składzie pojawiła się Nico, femme fatale, w której obaj, Reed i Cale, beznadziejnie się kochali.

W 1970 roku rozpoczął solową karierę. Śpiewał, pozostając wciąż wierny tematom małości człowieka, jego wewnętrznej pustki, potrzebie akceptacji, wielkim pragnieniu miłości. Śpiewał o upadku cywilizacji wielkomiejskiej, hipokryzji społeczeństwa, złośliwie opisywał też środowisko artystyczne.Rozrzut stylistyczny piosenek jest wielki. Reed nazywany jest ojcem chrzestnym punk rocka, tego z okolic Sex Pistols. Prowokował, nagrywając Metal Machine Music (1975), dwupłytowy jazgot gitarowy, czy trzy lata później koncertowy Take No Prisoners. Po latach wspomina się jednak przede wszystkim krążek Transformer z 1972 i o rok późniejszy, właściwie koncept-album, Berlin.

Mick Ronson, który razem z Davidem Bowiem był producentem Transformera, pierwszą rzeczą, którą zrobił podczas spotkania z Reedem w studiu, to nastroił mu gitarę.

*

Greatest Hits – NYC Man Lou Reeda. Słucham faceta, który nieszczególnie dobrze grał (straszny jest ten czas przeszły…) na gitarze, wokalistą wybitnym też nie był, wielokrotnie ocierało się to przecież o melorecytację. Ze swym jakże ważnym zespołem, Velvet Underground, rozstał się w 1970 roku, rozgoryczony brakiem odzewu, niezrozumieniem przez słuchaczy. Rangę VU, znaczenie w dziejach rocka – doceniło dopiero kolejne pokolenie muzyków i odbiorców. I tak już zostało.

Poeta rocka – wyświechtany to termin i w dodatku zawierający coś deprecjonującego w sobie. Poeta rocka – a więc nie poeta sensu stricto, tylko taki pomniejszy, gorszy. Jakby słowa bez wsparcia muzyki były – zawsze i zaledwie – niczym samochód bez silnika.

Rokendrol doczekał się chyba wszystkich możliwych form nobilitacji – wszedł na salony, w jego blasku ogrzewał się niejeden prezydent, królowa brytyjska nadawała rockmanom tytuły szlacheckie. Brakuje właściwie tylko jednego – i dobrze by się stało, gdyby Bob Dylan, od lat wymieniany w gronie kandydatów, dostał wreszcie literackiego Nobla.

W tle gra mi Lou Reed. Z Velvet Underground ostro, surowo, gitarowo. Jako solista – zwykle delikatniej, czasem bardzo lirycznie. Te utwory mają kilkadziesiąt lat, lecz czas ich nie rusza. Rytmy rodem z lat 60. mają się dziś dobrze jak nigdy, a piosenki napisane kilka lub kilkanaście lat później równie dobrze mogłyby powstać dzisiaj. Jednak hola, powoli. Nagrywało wielu, bardzo wielu, ostali się natomiast nieliczni. Wydobywanie piękna zaklętego w prostocie dostępne jest tylko wybranym. W przypadku tego artysty można smakować wszystkiego, z tekstami na czele. Ale i sama muzyka ma wielką moc.

*

Lou Reed, wypełniając tzw. kwestionariusz Prousta, na pytanie „Gdybyś po śmierci miał odrodzić się jako osoba lub rzecz, jak sądzisz, co by to było?”, odparł: „Wzmacniacz”.

[W NaTemat: 31 października 2013]

Dodaj komentarz