Czy rozmawiam z Mariuszem Grygierczyk?

„Dzień dobry! – słyszę tę charakterystycznie wznoszącą się, entuzjastyczną intonację i już wiem, co mnie czeka. – Czy rozmawiam z panem Mariuszem Grygierczyk?

[more]

A! I tu cię mam! – myślę sobie. Wziąłem sobie do serca podpowiedź Michała Rusinka, sekretarza Wisławy Szymborskiej, i już nieraz zastosowałem jego metodę:

– Tak, proszę pani. Ale ja się deklinuję.

Doświadczyć tego, co dzieje się po drugiej stronie słuchawki – zapewniam Was – bezcenne. Raz była to pełna konsternacji cisza. Czułem, jak mojej rozmówczyni grzeją się i przepalają zwoje mózgowe. Wreszcie, po stanowczo zbyt długiej ciszy, jaka zaległa w eterze, słyszę:

– To ja zadzwonię kiedy indziej.

I z głowy. Już, bez tłumaczenia, dlaczego nie chcę nawet słuchać o tym, co ten ktoś chce mi sprzedać i jest zdziwiony albo oburzony, że nie czuję nieprzepartej potrzeby, by natychmiast kupić.

Innym razem słyszę obrażone: „Nie rozumiem!”. A to już nie moja wina, proszę pani. Kiedyś podpowiedziałem młodemu męskiemu głosowi: „To proszę sprawdzić w słowniku”, ale wątpię, czy to zrobił.

Ileż razy słyszałem wypowiedziane ze stuprocentową pewnością:

– Wiem, że nazwiska w polszczyźnie się odmienia, ale moje jest nieodmienne.

Jasne, że nie. Więc mamy dyplomy dla Buzicz Jarosława albo Wyrweć Bogdana. (Powinno mimo wszystko być: dla Buzicza i Wyrwcia, nawet jeśli niektórym wydaje się to dziwne). Podobnie jak – wezwanie dla Mścisława Mocnowryta. I teraz, idąc tym tokiem rozumowania, pytanie: czy ten pan nazywa się Mścisław Mocnowryt, czy Mścisław Mocnowryta?

Zwykle odmiana nazwisk nie przedstawia większej trudności, a w razie czego są do dyspozycji słowniki – analogowe lub elektroniczne. A samego zainteresowanego powinniśmy zapytać chyba tylko wtedy (innego przykładu nie pamiętam), gdy jego nazwisko kończy się na -er lub -el. Mianowicie, czy życzy sobie być na przykład Merklem czy Merkelem, Sendrem czy Senderem. Zainteresowana pani natomiast zawsze będzie panią Merkel lub Sender.

*

Nieodległą, choć o innych korzeniach, jest sprawa zwracania się ludzi do siebie.

Dzwoni do mnie panienka, której na oczy nie widziałem i nie zobaczę, z którą rozmawiam pierwszy i ostatni raz. I jeśli udaje jej się przebrnąć przez „Grygierczyk Mariusza”, w kolejnym zdaniu zwraca się do mnie: „Panie Mariuszu”.

Ano nie. Savoir vivre już dawno przestał być zajebisty. A właściwie nigdy taki nie był. Tyle że kiedyś większość wiedziała, o co chodzi. Dziś natomiast mało kto zaprząta sobie głowę znaczeniem jakichś tam dwóch francuskich słówek.



Dodaj komentarz