Grać odwróconym tyłem do widowni – osobliwe. Spłonąć żywcem albo strzelić sobie w głowę na koniec koncertu (obie wersje krążyły wśród ludzi) – niezwykle spektakularne. Tragiczne i budujące legendę.
Pod jednym wszakże warunkiem: że świat coś o tobie wie albo – ex post, pośmiertnie – chce wiedzieć. Wtedy mit rozrasta się czasem do olbrzymich rozmiarów. Co jednak z artystą, który nagrał dwie płyty, całkiem nieźle przyjęte przez krytykę, ale niechciane przez publiczność?

[more]
Facet, wbrew krążącym plotkom, żyje nadal,
lecz z graniem dał sobie spokój. Ma, najwyraźniej, twardy kręgosłup, prowadząc bardzo skromny żywot, nie używając telefonu, telewizora, nawet lodówki. Ma też dorosłe córki, które opowiadają o nim z wielką miłością.
Urodzony w 1942 roku Sixto Rodriguez jest synem meksykańskich emigrantów, którzy szczęścia szukali w Detroit. Sam był pracownikiem budowlanym, stracił nawet palec, a jednak po pracy poświęcał się muzyce. W czasach zdecydowanie czarno-białych (rock, folk w białym wydaniu, czarny blues i wykonawcy spod znaku wytwórni Motown) miał znacznie mniej szczęścia niż Carlos Santana. Był jako Latynos niewiarygodny, śpiewał w stylu czarnych białą muzykę. Zaangażowanie społeczne oraz niechęć do tzw. branży zamknęły mu drogę do kariery. Płyty z 1970 i 1971 roku przeszły bez echa, a Rodriguez bez żalu do świata zajął się czym innym.
I świat zapomniałby o nim raz na zawsze,
gdyby nie… pewien skrawek lądu. Jakiś nierealny, jakaś wyspa szczęśliwości? Nie, funkcjonująca w ostrym podziale rasowym Republika Południowej Afryki. Może to właśnie apartheid sprawił, że wieści stamtąd dotarły do Stanów i samego zainteresowanego tak późno. I to za sprawą jednego człowieka, właściciela sklepu z płytami w Kapsztadzie, który uparł się, był odnaleźć Sixta albo dotrzeć do pewnych o nim informacji. Oto nagle okazało się, że jest taki kawałek ziemi, na którym zupełnie nieznany gdzie indziej artysta jest popularniejszy od Presleya i Rolling Stonesów.
Mężczyzna wsiada z córkami w samolot, bo przecież staje się jasne, że musi zagrać w RPA. Konsternację wśród miejscowych wywołuje fakt, że przybywa bez zespołu, naprędce więc kapela przewidywana jako support staje się składem akompaniującym.
I te fragmenty są w filmie chyba najbardziej niesamowite. Jest 1997 rok, koniec dwudziestego wieku, Europa i Stany wariactwo na punkcie rockidoli mają już dawno za sobą, a w Afryce Południowej publiczność płci obojga, i to nie tylko ta nastoletnia, reaguje na artystę wręcz histerycznie. Wciąż mam przed oczami te kadry!
Przypadków potwierdzających regułę, że
nikt nie jest prorokiem we własnym kraju,
showbiznes zna wiele. Genesis szaloną popularnością cieszyli się najpierw w Belgii i we Włoszech, Kings of Leon, kapela z USA, zdecydowanie większym szacunkiem darzona jest na Starym Kontynencie. Ale żeby tak, z ćwierćwiecza niebytu, po tylu latach od dokonania jedynych w życiu nagrań?!
Co będzie dalej? Facet już raczej się nie zmieni, pozostanie normalny i skromny. Jeśli ktoś zbił fortunę na jego nagraniach, to nie on. Tyle że film o artyście dostał w tym roku Oscara za najlepszy dokument. Nie mam pojęcia, jakich ten obraz miał konkurentów, ale historia Rodrigueza jest zupełnie bajkowa, niewiarygodna. A jednocześnie wzruszająca i, co istotne dla widzów, świetnie opowiedziana.
Czy Sixto, w filmie wciąż dokądś zmierzający, wciąż w ruchu, ma jeszcze światu coś do powiedzenia? Czy ma w zanadrzu piosenki, które nie ujrzały światła dziennego, czy może ten szum wokół jego osoby uruchomi w nim nowe pokłady twórcze? Bo jego stare piosenki, które od niedawna docierają do moich uszu, są – jak to w najlepszym folku – proste i prawdziwe. Świetne. Panów z gitarą było i jest wielu, z Dylanem na czele. Ale w głowie każdego miłośnika muzyki znajdzie się miejsce na jeszcze trochę porządnego grania.
Padają z ekranu mądre słowa – o tym, że każdy człowiek próbujący tworzyć marzy o chwili, gdy zostanie zauważony, doceniony. Większość umiera, nie doczekawszy zainteresowania świata. Co zrobi Sugar Man? Teraz – gdy jeszcze nie wiadomo, czy to jego pięć minut, czy przejście do historii?
