Przez parę miesięcy biłem się z myślami (ale bez przesady, nie za mocno i tylko od czasu do czasu), czy uruchomić drugiego bloga, by w nim pomieścić te notatki, których nijak do muzycznych zaliczyć się nie da. Ostatecznie jednak stwierdzam, że ani nie jest ich szczególnie dużo, ani też chyba nie będzie wiele w przyszłości. Z różnych powodów. A jednak trochę żal pozostawić je tak zupełnie na boku, na jakiejś elektronicznej stercie, z którą nie wiadomo, co zrobić.
[more]
Niech mi więc wybaczą ci, których to nie zainteresuje, którzy szukają w BLOG AND ROLLU, jak sama jego nazwa wskazuje, zdań o muzyce. Kosztem utraty jednorodności – ale też dając sobie prawo do napisania czegoś na inne tematy – postanawiam uruchomić nową rubrykę pt. „Zbieg z okoliczności”. W niej, czasami, zamieszczę coś niemuzycznego. Zapraszam każdego, kto zechce zajrzeć. Natomiast czytelników nastawionych na muzykę pragnę zapewnić, że rockowe granie dalej stanowić będzie istotę moich zapisków.
Chyłkiem w kolejny rok
Jeszcze nie wiem, czy to już zawsze tak będzie, ale w tym roku zupełnie nie mam poczucia winy – przede wszystkim wobec żony – że jest Sylwester, prawie dziewiętnasta, a my w całkiem normalnym odzieniu siedzimy sobie jak gdyby nigdy nic w domu i nie mamy zamiaru nigdzie się ruszać.
Nie raz dopadały mnie w życiu chwile, gdy żałowałem, że nie nauczyłem się tańczyć. Po to, by łagodnie przechodzić przez te okoliczności, które nakazywały pojawiać się na parkiecie. By nie cierpieć mąk wewnętrznych i nie skręcać się w obawie, że podepczę partnerkę – jej stopy, a już na pewno buty.
Gdzieś tam w głowie muzyki całe mnóstwo, choć niekoniecznie takiej, przy której ogół lubi wywijać różne figury z okolic gimnastyki artystycznej. Tak przy okazji: nawet na koncertach, w czasie których zupełnie zapadam się w dźwięki dobiegające do mych uszu, też – z pozoru – niewiele ze mną się dzieje. Gwizdać nie potrafię, wielominutowe klaskanie i wycie, by jeszcze raz wywołać artystę na scenę, mimo iż absolutnie do osiągnięcia tego celu niezbędne, też mnie męczy. Dobrze, że inni reagują bardziej spontanicznie, bo sam nie byłbym w stanie doprowadzić do żadnego bisu – poza kolejnym bzyczeniem muchy.
I tak sobie teraz siedzimy, z żoną, a nie muchą oczywiście. Przez szufladkę przewinęła się debiutancka płyta Magnificent Muttley – grupy, o której istnieniu jeszcze parę dni temu nie wiedziałem, teraz kręci się Let Love Rule Lenny’ego Kravitza. Trawimy sobie powoli ostatnie nabytki książkowe, sączymy wino (żona) albo piwo (ja). Zdani na siebie i własne propozycje repertuarowe muzyczno-literacko-filmowe. Wieczór jak wiele innych. Fajerwerki słychać z pewnego oddalenia, sztuczne ognie rozjaśnią niebo za parę godzin. Jeszcze tylko parę esemesów i telefonów, kieliszek o północy i będzie po wszystkim.
Czyli prawie jak zwykle. Może tylko z każdym rokiem niepokoju więcej i nostalgii, pragnienia, by życie bolało jak najrzadziej i pozwoliło nam jeszcze pobyć trochę w tej grze. By zmian jakichś szalonych i bolesnych nie doświadczyć, byśmy znów za rok, a nawet za dziesięć lat – co tam, choćby trzydzieści! – byle o własnych siłach mogli wstać z fotela i wznieść ten dziwny toast.
Mediom, nawet tym ulubionym, odpuszczam w ten wieczór wszystkie muzyczne grzechy. Sobie samemu odpuścić – to i owo, i jeszcze tamto – niestety jest już znacznie trudniej.
(pisane 31 grudnia 2012)
