Księga Genesis w dwóch częściach (2)

Od 1983 roku wyraźnie mamy do czynienia z kapelą, która powinna nazywać się Phil Collins and (his) Genesis. Płyta o nazwie tej samej co zespół (tzw. Mama) przyprawiła mnie o dreszcze towarzyszące wysokiej gorączce. Ze starego, ambitnego grania nie został już kamień na kamieniu.

[more]

Oto popowy zespół, gdyby nie pochodzenie, można by powiedzieć, całkiem przyzwoity. Gitary takie sobie, klawisze skromniutkie, zwrotka – refren – zwrotka, pan wokalista śpiewający od pierwszej do ostatniej sekundy każdego utworu (trochę przesadzam, ale niewiele), niepozostawiający już miejsca na jakiekolwiek instrumentalne popisy. Zresztą – Rutherford nie umie, a Banksowi się już nie chce, już jest wypalony, w dodatku kasa leci, popularność grupy olbrzymia jak nigdy dotąd, więc po co majstrować przy maszynce do robienia pieniędzy?

Bez Collinsa to już nie Genesis – słychać było zewsząd po jego rozstaniu z kolegami w drugiej połowie lat 90. A ja się cieszyłem: może taka zmiana sprawi, że ci ludzie jeszcze coś wycisną z siebie? Może wreszcie, po latach, znów trochę pograją? Matowy, chrypiący głos Raya Wilsona przywodził na myśl Gabriela.

Calling All Stations (1997) jest rzeczywiście inna. Nie tylko z tego powodu, że został zmieniony najważniejszy instrument, czyli głos, ale jest na tym CD trochę muzyki. Lecz bez przesady, tylko trochę. Nie ma Hacketta, który wsparłby i wzbogacił brzmieniem gitar parę całkiem niezłych kawałków. Ale co z tego?! W Europie jeszcze jakoś idzie. W Polsce – w styczniu 1998 roku – Spodek pełny. Było nieźle, a przy starych kawałkach zakręciła się łza w moim oku. Jednak trasę po Stanach trzeba było odwołać, bilety się nie sprzedawały. Chcemy Collinsa!

No i w 2007 roku był ten Collins, była koszmarna ulewa, burza z piorunami, starsi już panowie w niezłej formie, pełne zawodowstwo, ale… Ja, łysiejący zgred, czekałem na te najstarsze utwory z ich repertuaru, na ślady prawdziwego Genesis. Szedłem na koncert, wiedząc, że będzie nie tak, jak bym chciał, że Collins powinien więcej siedzieć za bębnami, a nie przy mikrofonie, że… Mój syn był zachwycony, z koncertów na Stadionie Śląskim w 2007 roku (jeszcze Pearl Jam i Red Hot Chili Peppers) ten podobał mu się najbardziej. Natomiast ja szedłem, wiedząc, że musi być raczej popowo, bo takie są proporcje czasowe w historii grupy i na to czekają ludzie, z których większość zawarła bliższą znajomość z zespołem w okolicach In The Air Tonight.

Więc mnie nie dziwi, że nie było dalszego ciągu, że Collins nagrał (podobno ostatnią, ale nie wierzę w takie deklaracje) bardzo słabą płytę, podczas gdy zdolniejsi od niego kompozytorzy z dawnych lat przeżywają renesans formy i popularności (np. Robert Plant).

Nie wolno odmawiać ludziom prawa do robienia w życiu tego, co wychodzi im najlepiej, czyli, w przypadku muzyków, do grania. Szkoda jednak, że czasem tak bardzo odchodzą od tego, co tworzyli w młodości, co miało i ma niezaprzeczalną wartość i na trwale wpisane jest w historię muzyki rockowej. Ale po co psioczyć na Genesis, skoro można znaleźć znacznie gorsze przykłady, jak na rodzimym rynku zejście ze sceny O.N.A. i Kombi-reaktywację? To jest dopiero danie pewnej części ciała. W dodatku męskiego, niemłodej już i ździebko pomarszczonej.

*

No i proszę – mimowolna coda do moich powyższych wymóżdżeń. Ledwie dwa dni po napisaniu tych słów – jeden z młodszych o parę lat kolegów w pracy, gdy przypadkiem zgadaliśmy się o muzyce, powiedział: „Dla mnie Genesis zaczyna się od Mamy. Za..bista płyta!”. I co?! Powiedziałem tylko zrezygnowany: „A dla mnie kończy” i umilkłem.

(pisane latem 2011)


Dodaj komentarz