Bodaj w 1988 roku, na urodzinach Dżemu w Spodku (odbywały się przez pewien czas co roku), zespół ogrywał materiał z Najemnika. Riedel szalał. Nigdy wcześniej (i później) nie widziałem go tak aktorskiego. Był niesamowity, pewnie trochę naćpany, ale wiedział, co się dzieje dokoła. Pamiętam, że w moim ukochanym Najemniku II nawet padał na scenę. To naprawdę robiło wrażenie.

[more]
A przecież nigdy nie był dla mnie istotą tej kapeli, istotą było współistnienie sześciu ludzi, oni razem. Moje wykształcenie polonistyczne nigdy nie pozwalało mi na bezkrytyczne przyjmowanie wyśpiewywanych przez Riedla tekstów. Wiele z nich jest bardzo naiwnych, zahaczających o grafomanię. Choć bywa, że nawet w słabych tekstach pojawiały się, ni stąd ni zowąd, wersy dużej próby. To wszystko jednak nie miało znaczenia: naturalność, prawda bijąca od tego faceta, świetna, coraz doskonalej grana muzyka uwiarygodniały jego przekaz. Takie głosy jak jego, tak mokro w gardle mieli i mają nieliczni. Chyba nikomu nie przeszkadzało, że miał coraz większe ubytki w uzębieniu i śpiewał coraz bardziej niewyraźnie. Aż wreszcie, przed Detoksem, wstawił sobie zęby i było fantastycznie.
Nie byłem na ani jednym koncercie instrumentalnym, nie wiedziałem, nie zdawałem sobie sprawy, że jest z nim aż tak źle. Że bywały trasy, gdy zespół nie miał pewności, czy danego wieczoru wyjdzie na scenę.
30 lipca 1994 roku wiele zmieniło się w polskim rocku. Wiadomość nie tylko dla fanów zespołu była straszna. Zmarł ktoś wyjątkowy, jedna z największych postaci w historii rodzimego showbiznesu.
Nie zapomnę tego dnia. Był to czas zapaści programu trzeciego PR, a okres świetności Metzowego RMF. Włączyłem radio, a tam cały czas grali kawałki Dżemu. Jeden, potem drugi i następny. O rany, chyba coś się stało! To „coś” – to mogło być wtedy tylko jedno…
